Nie zawsze musi być niskobudżetowo, nie zawsze musi być sztywno według określonego planu, ale zawsze powinno być w dobrym towarzystwie- podróżowanie!
Powrót do przeszłości
W Turcji ostatni raz byłam na obozie młodzieżowym, miałam wtedy jakieś 14 lub 15 lat. Z reguły staram się nie jeździć dwa razy do tego samego kraju, ale tym razem stało się inaczej. Jak się później okazało to była dobra decyzja, bo Turcja potrafi się bardzo różnić w zależności od regionu, który się odwiedzi.
Wraz z grupą znajomych podjęliśmy decyzję o wspólnym wyjeździe, wyznaczyliśmy sobie budżet i przystąpiliśmy do organizacji wycieczki. Trudno jest jednak znaleźć miejsce, które będzie relatywnie niedrogie, w satysfakcjonującym wszystkich standardzie i z opcją All Inclusive- tak, tak, dobrze widzicie:) Czasami potrzebujemy, aby ktoś postawił nam wszystko pod nos. W końcu znaleźliśmy, tygodniowy urlop w tureckim Bodrum, w nowiutkim hotelu tuż przy morzu, z opcją „wszystko w cenie”. Wszyscy byli zadowoleni!
Slow motion versus tryb szwędacza
Nie można raczej zaliczyć tego wyjazdu do aktywnych, to było błogie lenistwo, dla mnie szczególnie cenne ze względu na to, że tuż przed urlopem zakończyłam pracę w wydawnictwie, z którym związana byłam ponad rok, a zaraz po powrocie zaczynałam pracę w nowej firmie. Potrzebowałam takiego nic nie robienia, przynajmniej tak mi się wydawało…
Dwa dni leżakowania sprawiły jednak, że zaczął uruchamiać mi się „tryb szwędacza”. Zaczynałam rozglądać się za ciekawą alternatywą na spędzanie wolnego czasu. Idąc dalej tym tropem trafiliśmy do tradycyjnej łaźni tureckiej, gdzie wyszorowano nas od stóp do głów. Nieszczególnie jednak przypadło nam to do gustu. Jeśli ktoś liczy tutaj na jakieś szczególne traktowanie i chwilę relaksu to może się przeliczyć. Wszystko przebiega bardzo szybko, a wręcz taśmowo, za wszystko słono sobie liczą, a każda nadprogramowa minuta spędzona w strefie tzw. „relaksu” budzi nieprzyjazne spojrzenia personelu. W grupie jednak drzemie siła, więc całą naszą wyprawę do łaźni obróciliśmy w żart:)
Nie bylibyśmy typowymi turystami, gdybyśmy nie odwiedzili tureckiego bazaru, na którym pełno było rozmaitości, od wszelkiego rodzaju podróbek znanych marek, przez różnobarwne rękodzieła na orientalnych przyprawach kończąc. Tam jest chyba wszystko, trzeba tylko dobrze poszukać i umieć się targować.
Pewnego dnia zdecydowaliśmy się na wynajęcie jachtu, choć to zdecydowanie zbyt szumne określenie. Kiedy dotarliśmy na „statek” okazało się, że dalece odbiegał on od tego prezentowanego nam w broszurze. Nie tracąc jednak czasu zdecydowaliśmy się popłynąć w rejs naszym morskim Lamborghini. Poza nami na pokładzie znalazł się sternik, jego kilkunastoletni pomocnik i przewodnik w gratisie. Nie trzeba nam było dużo czasu, aby zapoznać się z nowymi towarzyszami podróży. Cały dzień pływaliśmy od wyspy do wyspy, piliśmy wino i skakaliśmy z dachu do przezroczystej wody. Poprawka, skakali najodważniejsi, ci mniej odważni… Pili wino by dodać sobie odwagi:)
Urlop trwał siedem dni i tyle absolutnie wystarczyło nam, żeby złapać głębszy oddech i wyłączyć skomplikowane procesy myślowe. Do pracy wróciliśmy opaleni i pełni pozytywnej energii.


















































