Ponad 150 przeplatających się ze sobą kanałów, zdumiewająca ilość rowerów przemierzających ulice i specjalnie zaadaptowane parkingi dla jednośladów. Roznoszący się w powietrzu zapach palonej marihuany, miniatury wiatraków i ogromny wybór cebulek tulipanów, a po zmroku miłość na sprzedaż, do kupienia tylko w blasku czerwonych świateł. Takimi atrakcjami uraczył nas Amsterdam- tylko pięć dni, tyle czasu mieliśmy na to, aby go oswoić. Czy się udało?

Wszędobylskie rowery

Wylądowaliśmy… W samolocie nie słychać było gromkich braw, co sugerowało, że jako Polacy byliśmy mniejszością w wehikule, który w szary listopadowy poranek szczęśliwie wylądował w Eindhoven. Ze względu na wczesną porę obserwowaliśmy, jak miasto walczy ze snem, a pędzący do pracy ludzie ogrzewają swoje zmarznięte dłonie o kubki kawy ze Starbucksa. Biegali ze swoimi smartfonami, laptopami i słuchawkami w uszach a my właśnie zwalnialiśmy, starając się maksymalnie wydłużyć, jak zawsze zbyt krótki urlop.
Pierwsze, co urzekło mnie w Holandii to rowery, cała masa rozmaitych rowerów! Po lekturze dwóch przewodników i wielu informacji wygrzebanych z czeluści Internetu wiedziałam, że tych maszyn może być w Holandii więcej niż gdziekolwiek indziej, ale żeby aż tyle?! Rowery były wszędzie.
Mój zachwyt nad wymyślnymi jednośladami został ostudzone przez drobną awarię. Kółka naszej walizki odmówiły posłuszeństwa, jakby subtelnie chciały zademonstrować, że powinniśmy zostać tam na dłużej. Żadnych wolnych szafek na bagaże, pozamykane sklepy i my- podróżnicy z unieruchomioną walizką. Wówczas po raz pierwszy zetknęliśmy z holenderską uprzejmością. Na własną odpowiedzialność poprosiliśmy kwiaciarkę o możliwość przechowania walizki w jej niewielkim blaszanym kantorku, kwiatowym imperium. Z uśmiechem na ustach, płynną angielszczyzną – pozwoliła. Przez kilka kolejnych godzin błąkaliśmy się bez celu uliczkami malowniczego miasta. Korzystając z przystanku w Eindhoven planowaliśmy zwiedzić DAF Musem, w którym znajduje się cała gama atrakcji dla miłośników motoryzacji, Van Abbe Museum– muzeum sztuki współczesnej. W planach uwzględniliśmy też Muzeum Philipsa, ale niestety żadnego z celów nie udało nam się zrealizować ze względu na poniedziałek, który jak się okazało jest dniem, kiedy większość instytucji jest zamknięta. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, przez kilka godzin pobytu w Eindhoven rozsmakowaliśmy się w nieholenderskiej kuchni, jedliśmy pizzę we włoskiej restauracji i piliśmy kawę po wiedeńsku, nie tracąc nadziei, że podczas naszej podróży uda się nam jeszcze skosztować tradycyjnych posiłków.
Późnym popołudniem, korzystając z blabla car udaliśmy się w kierunku naszej bazy wypadowej. Kierowca, z którym ruszyliśmy w dalszą podróż na co dzień pracuje w Eindhoven, a mieszka w Amsterdamie dokąd właśnie zmierzaliśmy.

Historia tulipana

Ten wyjazd różnił się nieco od naszych wszystkich pozostałych. Mój wierny towarzysz podróży wprowadził swoje zasady, na które niepokorna ja…posłusznie się zgodziłam. Kazał schować mi dwa przestudiowane od deski do deski przewodniki i zapomnieć o całym planie wycieczki, mieliśmy iść przed siebie. Mimo, że to sprzeczne z moją naturą przystałam na propozycje, bo to przecież nie tylko moja podróż, dlaczego nie?! Tym właśnie sposobem nieumyślnie udało nam się zwiedzić najważniejsze zakątki Amsterdamu. W dzielnicy muzeów czekała na nas  m.in. Straż Nocna Rembrandta i prawie pachnące słoneczniki Van Gogha. Nie obyło się bez selfie pod Rijksmuseum, które trzeba wykonać tu obowiązkowo. Podobnym turystycznym rytuałem jest pozowanie przy literach tworzących hasło „I amsterdam”, w tym przypadku również nie odstawaliśmy od reszty przybyszów z różnych stron świata.
Spacerując wzdłuż kanałów natknęliśmy się na Bloomemarket, blaszane chatki nad rzeką, w których mimo listopadowej aury cały rok trwa wiosna. Mijaliśmy stragany pełne miniatur kolorowych wiatraków, drewnianych butów i cebulek tulipanów, które w XVII w. doprowadziły Holandię na skraj bankructwa.  Wielu ludzi w ówczesnych czasach dorabiało się fortuny handlując tymi roślinami, a następnie bankrutowało płacąc za nie nieracjonalnie wysokie kwoty.

Odrobina sportu i szczypta historii

Kolejnego dnia naszego pobytu wstaliśmy wypoczęci bez konieczności wcześniejszego nastawienia irytującego budzika. Szklanka soku ze świeżo wyciśniętej pomarańczy o poranku to smak, który po zamknięciu powiek przywołuje wspomnienie lata i nieistotny był fakt, że za oknem wiał porywisty wiatr, niesfornie wyginający przechodniom parasolki.
Ten dzień spędziliśmy na stadionach. Najpierw odwiedziliśmy Stadion Olimpijski, zachowany w świetnej kondycji mimo swoich 88 lat. Następnie ruszyliśmy w kierunku nowszego obiektu Amsterdam Arena, który podobnie jak hiszpański Camp Nou ma swoje muzeum i sklepy, w których można zaopatrzyć się w ubrania sygnowane nazwą ulubionego klubu piłkarskiego.
Kierując się jedynie przydrożnymi znakami dotarliśmy pod dom Anny Frank, przed którym ciągnęła się długa kolejka oczekujących na wejście ludzi. Warto choć na chwilę zatrzymać się w tym miejscu, wejść do środka, zreflektować się, pomilczeć, pomyśleć i podziękować za to co mamy i w jakich czasach żyjemy. Po przeciwnej stronie kanału Muzeum Tulipanów… Tam nie było już kolejek.
Przemierzając kolejne wąskie uliczki, mijając kolejne wyglądające identycznie kanały czułam permanentne déjà vu. Odnosiłam wrażenie, że przecież już to widziałam, ale to nie było to samo miejsce- Amsterdam potrafi płatać figle.
Każde miasto ma swoje serce, miejsce które nadaje rytm. Nie inaczej jest w przypadku Amsterdamu. Taką role odgrywa tam Plac Dam, gdzie pod Pałacem Królewskim gromadzi się mnóstwo ludzi, gdzie mimowie chętnie fotografują się hojnymi turystami, a dzieci wysypują gołębią okruchy chleba.
Wieczorem ponownie wyruszyliśmy podbijać Amsterdam. 100 kroków od dworca centralnego i  11 pięter nad ziemią czekała na nas prawdziwa uczta i bynajmniej nie chodzi tu o holenderską kuchnię, ale o ucztę dla zmysłów! Z przeszklonej restauracji unoszącej się nad miastem rozpościerała się zjawiskowa panorama, małe domki i mnóstwo świateł- takie widoki zawsze robią na mnie ogromne wrażenie. SkyLounge zawładnął nami tego wieczoru.

Holenderskie gondole

Każdego dnia naszej wyprawy trzymaliśmy się ustalonego pierwszego dnia planu, czyli tego, że żadnych planów nie mamy. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie przeforsowała chociaż jednego swojego pomysłu. Udało mi się i tym oto sposobem znaleźliśmy się na drewnianej łodzi z przeszklonym dachem i wraz z grupą turystów popłynęliśmy obserwować miasto z rybiej perspektywy. Po kilku dniach nieustającej szarówki Amsterdam zaprezentował nam swoje słoneczne oblicze i bardzo nam się to oblicze spodobało. Po powrocie wylądowaliśmy w znanej sieciowej kawiarni, bo mojemu towarzyszowi nigdzie indziej kawa nie smakuje tak dobrze, jak właśnie tam, kawa na wynos oczywiście, ale co nam po „wynosie”, kiedy z tą kawą nie można wejść do żadnego tramwaju- to dziwne, ale w Holandii z napojami do tramwajów wstęp wzbroniony i jest to zasada mocno respektowana przez motorniczych. Tak wiec dalej ruszyliśmy pieszo, słońce rozpieszczało, a po drodze, dla odmiany… Kanały, kanały i jeszcze raz kanały, w międzyczasie uliczni grajkowie i mnóstwo kolorowych rowerów, przystanek w Vondel Park i ładowanie akumulatorów przed dalszą częścią naszej zbliżającej się ku końcowi podróży.

Rozpusta na deser

Tego samego wieczoru postanowiliśmy oddać się rozpuście, oczywiście nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Udaliśmy się w kierunku dzielnicy owianej niechlubną sławą, dzielnicy czerwonych latarni, zwanej również Wall lub Red Light District. W dzień miejsce to nie wyróżnia się specjalnie na tle innych amsterdamskich uliczek. Niepozorna dzielnica czerwonych latarni wieczorem ulega przeistoczeniu, rozbłyska blaskiem neonów i jak magnes przyciąga turystów z całego świata, w zdecydowanej większości panów. W powietrzu unosi się seks i zapach palonej marihuany, a zakapturzeni panowie proponują „something strong”. Z propozycji jednak nie skorzystaliśmy i udaliśmy się dalej. Z podświetlonych na czerwono witryn uśmiechały się piękne, młode kobiety- prostytutki. Ku naszemu zaskoczeniu niektóre z Pań stojąc w okienku w samej bieliźnie rozmawiały przez telefon lub jadły ciastka! Podsłuchując jedną z rozmów dowiedzieliśmy się, że miłość na czerwonej ulicy można kupić już za 50 Euro. Co ciekawe prostytutki w Holandii mają swoje związki zawodowe, a od świadczonych usług odprowadzają podatki.
W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sexshopu, aby zobaczyć jak daleko posunięta jest holenderska kreatywność i muszę przyznać, że można się zgubić szukając jej granic.
Tylko pięć dni – tyle czasu wystarczyło, aby zaprzyjaźnić się z Amsterdamem, ale na oswojenie go nie starczyłoby życia. Kraj oddalony zaledwie o dwie godziny drogi samolotem zaskakuje na każdym zakręcie i jest świetnym pomysłem na weekend, a może i na całe życie…