”Papież udziela ?? To pytanie padało najczęściej, kiedy informowaliśmy rodzinę i najbliższych, że zdecydowaliśmy się na ślub we włoskiej stolicy. Reakcje były rozmaite, ale przecież każdy ma prawo własne zdanie mieć. Nam do podjęcia tej decyzji wystarczyła kilka minut, w trakcie których zabukowaliśmy bilety i apartament, reszta potoczyła się sama…
8:00 budzi mnie dzwonek do drzwi. Biegnę boso do domofonu, podekscytowana, zdenerwowana, trochę rozkojarzona, niedowierzająca, że to już dziś, a to w rzeczy samej, już dziś! Chyba zaraz wyjdę za mąż…

Foto: Adam Ludwik Photography

Emocjonujący poranek

W drzwiach już stoją specjaliści od zadań specjalnych, poskramiacze ślubnych stresów- kosmetyczka i fryzjer. Oni uchronią moje lekko rozedrgane ręce przed zrobieniem sobie krzywdy. Nerwowo biegam po mieszkaniu, stukając w drzwi wszystkich, śpiących jeszcze, mieszkańców.
Powoli rozczochrane zjawy zaczynają wynurzać się ze swoich jaskiń, a ja mam siedzieć w bezruchu, zaraz wszystko stanie się samo.
Dobiega 10:00, za godzinę ślub, a nic nie robi się samo ! Świadkowie przygotowują królewskie śniadanie, na które już nie zdążę, bo fryzjer ma problemy z okiełznaniem dżungli na mojej głowie.
Przyszły mąż z uśmiechem od ucha do ucha biega w samych slipach i wcale nie spieszy się do wyjścia, a nasz fotograf  stara tą całą emocjonalną mozaikę zmieścić na swojej bogatej kolekcji kart pamięci.

Czeski film we Włoszech

Ufff… udało się. Makijaż jest idealny, ale misterna konstrukcja na mojej głowie nie wygląda zbyt stabilnie, obym się myliła. Po zapłaceniu specjalistom kwoty równej tygodniowym wczasom w Bułgarii, w ofercie last minute, w pokoju zostaję ja i moja druhna. Chyba właśnie teraz powinnam być spokojniejsza, no właśnie- chyba.
Kolejne schody, a właściwie to tylko schodeczki, zaczynają się w momencie zakładania sukni. Klimę ustawiłam na 19 orzeźwiających stopni, aby przypadkiem się nie spocić. Wcale nie idzie tak łatwo jak w salonie. Adam (fotograf) na bieżąco dokumentuję batalię, którą toczymy z 3-kilogramową „rybką”. Sukces! Jestem ubrana i nie podarłam kreacji. Teraz tylko buty, welon, „selfie” ze świadkową i jestem gotowa.

Uberem do ołtarza

To nie koniec niespodzianek! Na zegarku już prawie 11:00, a my nie mamy czym dostać się do kościoła.
W Rzymie jest właściwie jedna korporacja taksówkarska, która zmonopolizowała rynek i czasami po prostu nie przyjeżdżają pod wskazany adres… Napięcie sięga zenitu, a ja zaraz wyjdę z naszego wynajętego na AirB&B apartamentu i stanę w korytarzu ramię w ramię z moim najlepszym kumplem- przyszłym mężem. Nie chcę, żeby powiedział mi, że ładnie wyglądam, chcę żeby zamilkł i oszołomiony moim niecodziennym wyglądem zaczął zbierać szczękę z podłogi. No i nieskromnie powiem, że chyba mi się udało, choć nie wiem czy ten nonszalancki uśmiech i błysk w oku jest spowodowany stresem, czy rzeczywiście moim niecodziennym imagem. Przyjemniej mi jednak z myślą, że to ja, a nie całe zamieszanie dookoła, jest powodem jego reakcji.
Roztargniona, mało subtelnym krokiem, z kiecką zadartą do kolan przemierzam korytarz w kierunku mojego przeznaczenia. Taksówka nie przyjechała, więc do ołtarza jedziemy Uberem.

Zgodnie z tradycją, pannie młodej wbrew

Na przekór mojemu codziennemu poukładaniu, lecz zgodnie z włoską tradycją, zupełnie nieplanowanie spóźniliśmy się na własny ślub. W drzwiach czeka już na nas pocieszny, niewysoki Pan mający za chwilę udzielić nam sakramentu. Przyzwyczajony do włoskiej niepunktualności nie karci nas za spóźnienie. Tam wszyscy noszą zegarki, ale mało kto czyni z nich użytek.
Chwilę po nas do świątyni wbiegają zdyszani świadkowie, którym taksówkarz postanowił zrobić spontaniczną wycieczkę objazdową po włoskiej stolicy. Jesteśmy już w komplecie. Przed rozpoczęciem ceremonii uwikłaliśmy jeszcze drużbę w czytanie z ambony. Też musieliśmy mieć trochę rozrywki, a świadek na tyle wczuł się w rolę, że skradł nawet fragment czytania należący do księdza. Zaczęło się! Zabrzmiały skrzypce, a my ruszyliśmy…
Resztę pamiętam, jak przez mgłę. Czułam, jak moje żebra kurczą się, rozszerzają i szukają miejsca w dopasowanej do ciała sukni naiwnie wierząc, że je odnajdą. Czasem brakowało tchu, ale co chwilę zerkałam na siedzące obok mnie moje „wszystko” i stawałam się jakaś spokojniejsza i oddech wracał i nawet 36-stopniowy upał nie przeszkadzał. Podczas wypowiadania przysięgi nie pomyliłam się, nie płakałam i nie pamiętam co obiecywałam, a mój mąż z rozpędu chciał założyć mi na palec swoją obrączkę.
Mimo drobnych niedoskonałości ksiądz uznał ten związek za prawomocny i tak oto staliśmy się mężem i żoną, Państwem F.

Prosecco pod kościołem

Po wyjściu z kościoła buchnął w nas gorące powiew lata. Świadek z impetem otworzył prosecco i w asyście świadkowej rozlewał je do czerwonych plastikowych kubków. Spijaliśmy pod bazyliką musujące białe wino i wznosiliśmy toasty, za nas, za nich, za przyszłość, przyjaciół i nowy początek.
Czas rozpocząć fiestę! Emocje powoli opadały, a do mnie docierało co właśnie zrobiłam, że w towarzystwie zaledwie czterech innych osób, w miejscu oddalonym od domu o prawie 2000 km wyszłam za najfajniejszego faceta na świecie. Czułam, jakby w moim organizmie uwolniały się endorfiny, które zaraz uniosą mnie w powietrze. I nosiły mnie tej nocy po całym Rzymie, bo wesele było tylko takie po naszemu.
Tuż po wyjściu z kościoła jedną z taksówek szczęśliwie złapanych tuż pod kościołem wróciliśmy do apartamentu, aby chwilę odetchnąć w klimatyzowanym pomieszczeniu. Odpoczynek nie trwał jednak długo, szklanka wody, lampka wina i dalej w drogę… Tym razem na sesje w cieniu południowych drzew w Villi Borghesa.
Po kilkugodzinnej zabawie w modeli wróciliśmy by porwać przyjaciół na kolację, zwyczajny posiłek bez tortu i oczepin za to na siódmym piętrze rzymskiego Savoya, z którego widok w pełni rekompensował nam brak tradycyjnych weselnych zabaw. Tej nocy tanecznym krokiem podbijaliśmy wieczne miasto, a to odwdzięczyło nam się pięknie wschodzącym słońcem w drodze powrotnej do mieszkania.