Krótka historia o kapryśnej wrześniowej pogodzie, mężu na medal, cudzie w Makarskiej, radosnej twórczości Zenona Martyniuka i kolacji nad Dunajem… Zapraszam do lektury:)
Dlaczego tam?
Chorwacja, ostatni raz byłam tam na wakacjach razem z mamą. Było to jednak na tyle dawno, że postanowiłam przywołać wspomnienia z dzieciństwa. Na naszą decyzję o wyjeździe na Bałkany wpłynęła rosnąca popularność tego kierunku, a skoro ludzie tam jeżdżą i zachwalają, to czas przekonać się, czy rzeczywiście jest tak jak mówią. Po drugie- ceny, kuna chorwacka w porównywaniu z krajami strefy Euro zdecydowanie przyciąga:) Po trzecie, pogoda. Zdecydowaliśmy się na wyjazd w ostatnim tygodniu września, i bardzo zależało nam na przedłużeniu sobie lata. Chorwacja okazała się receptą na nasze potrzeby, jednak zanim się o tym przekonaliśmy pogoda zdążyła spłatać nam kilka figli…
Pogodowa sinusoida
Deszcz, chmury, mgła i tak na zmianę przez kilkanaście godzin. Staraliśmy się zachować pozytywne myślenie i nie dać się ponieść czarnym myślom, ale to było trudne zadanie. Z Polski wyruszyliśmy nad ranem, a do Plitvic dojechaliśmy w nocy. Mój mąż w roli kierowcy spisał się na medal! Całą drogę czujny i opanowany, bezpiecznie dowiózł naszą piątkę do celu. W Plitvicach spędziliśmy pierwszą noc, od rana mieliśmy zwiedzać Park Narodowy. Niestety, pogoda pokrzyżowała nasze plany, padał deszcz. W sumie to nawet nie padał, lało jak z cebra! W dodatku mocno wiało i nic nie zwiastowało poprawy pogody. Jednomyślnie stwierdziliśmy, że nie ma sensu zmuszać się do zwiedzanie w takich warunkach i ruszyliśmy naszym białym Kangoo(rem) w dalszą drogę.
Mknęliśmy autostradą, a niebo wcale nie zwiastowało poprawy warunków atmosferycznych. My, łowcy słońca i pięknej pogody nie traciliśmy jednak nadziei i cały czas powtarzaliśmy sobie, że im dalej na południe tym będzie cieplej. Nagle stał się cud! Tuż przed wjazdem do ostatniego z tuneli pogoda pozbawiała nadziei na cokolwiek dobrego, a po wyjechaniu z niego naszym oczom ukazało się soczyście błękitne niebo i morze! Temperatura skoczyła, a my już w aucie zamienialiśmy długie rękawy na krótkie. Jesteśmy w Makarskiej!
Codziennie odwiedzaliśmy inną plażę, a trudno było się zdecydować, bo wszystkie były piękne, woda krystalicznie czysta, a dookoła cisza i spokój. Nawet kamienie, które w dzieciństwie były dla mnie zmorą chorwackich plaż, teraz w ogóle nie przeszkadzały.
Przez twe oczy zielone…
Jednego dnia zdecydowaliśmy zostawić naszych towarzyszy i ruszyć tylko we dwoje na pobliską wyspę Jelse, słynącą z uprawy lawendy i z tego, że ponoć cały rok świeci na niej słońce. Dwugodzinny rejs statkiem wycieczkowym okazał się dla nas ogromnym zaskoczeniem. Kapitan powitał liczną Polonię i… puścił disco polo! Do plastikowych kubków lała się chorwacka raki, wliczona w cenę biletu, a nasi rodacy śpiewali coraz głośniej i odważniej. Kiedy przybiliśmy do brzegu, zdecydowana większość pasażerów biegła do wyjścia, jakby co najmniej statek miał za chwilę utonąć a ucieczka miałaby uratować im życie. Widok bardzo zbliżony do tego co dzieje się podczas wejścia do samolotu, wszyscy pchają się i tratują, jakby samolot miał odlecieć bez nich- to była bardzo analogiczna sytuacja. Nie daliśmy porwać się tłumowi i wyszliśmy jako jedni z ostatnich.
Wyspa okazała się bardzo malownicza, wąskie uliczki, porozkładane przy domach skrzynie z winogronem i siwy pan handlujący raki, nadawały temu miejscu zupełni innego charakteru niż ten, który poznaliśmy w części kontynentalnej. Po godzinnym spacerze, ruszyliśmy na kolejną wyspę. Tuż po wejściu na pokład z głośników wydobyła się popularna melodia „przez twe oczy zielone…” i dalej w drogę.
Wyspa Bol nas rozczarowała, była na niej masa turystów i pełno straganów z pamiątkami, na moje oko, pochodzącymi z Chin. To czego jednak można pozazdrościć temu zakątkowi to przyroda, największa atrakcja tej części świata, przejrzysta woda i drzewa iglaste subtelnie zacieniające fragmenty wybrzeża. Szkoda tylko, że mało kto zatrzymywał się by na chwilę się rozejrzeć, większość osób gnała na znaną z przewodników plażę Zlatni Rat, która okazała się mocno przereklamowaną atrakcją.
W drodze powrotnej rodacy już nie tylko śpiewali, przeszli do działania zaczęły się tańce! A w nas nasilało się pragnienie dobicia do brzegu, zanim disco polo dobije nas…
Kolejnego dnia, pięknie położoną jadranką, dojechaliśmy do Splitu, który nie jest już typowym kurortem. Wzdłuż murów imponującego Pałacu Djoklecjana toczy się życie Chorwatów, spotykają się tam wieczorami w barach i celebrują wolny czas. Bardzo podobało mi się to miasto, ale to subiektywna ocena, bo z natury jestem okropnym mieszczuchem, lubię pęd i dynamikę jaką nadają miastu samochody i tramwaje, spieszący się ludzie, rozdzwonione telefony i wieczny niedoczas. Taka już moja zboczona natura, dlatego też Split zadziałał na mnie magnetyzująco. Była dynamika, ale było też morze i ławeczki nad brzegiem, które pozwalały na złapanie chwili oddechu przed dalszym biegiem. W Splicie spędziliśmy ostatni dzień naszej chorwackiej przygody, a przed nami Budapeszt!
Polak, Węgier, dwa bratanki
Na zaprzyjaźnienie się ze stolicą Węgier mieliśmy niecałe 48h, dlatego też „grafik” był napięty. Zatrzymaliśmy się w jednej z typowych dla tej stolicy kamienic, szybki prysznic i w drogę na nocne zwiedzanie! Po kilkugodzinnej podróży nogi nie niosły już jednak tak dzielnie i ograniczyliśmy się do kolacji w jednej knajpek położonych nad Dunajem.
Następnego dnia podziwialiśmy miasto z innej perspektywy- Góry Gellerta. To miejsce warto zobaczyć, podobnie jak kolejne do którego się udaliśmy. Droga prowadząca do Baszty Rybackiej nie zwiastowała niczego spektakularnego, jednak po dotarciu na miejsce byliśmy miło zaskoczeni samym miejscem oraz widokiem, jaki nam zgotowało:)
Ostatnim punktem naszej wycieczki był budynek Parlamentu, którego nie sposób było pominąć. Majestatyczna budowla usytuowana w sercu miasta budzi swoim ogromem respekt, a dla nas była synonimem kończącego się urlopu.



















































































