Niebezpieczny Meksyk, pełen walczących ze sobą karteli narkotykowych i rdzennych mieszkańców, których jedynym celem jest ustrzelenie Gringo- taki obraz tego kraju zgotowało nam amerykańskie kino, jak jest naprawdę? Zupełnie inaczej! Kuchnia, która podbiła nasze serca, serdeczni ludzie uśmiechający się na każdym kroku, zmrożona margarita i piekielne habanero, do tego biegające boso dzieciaki, ciągnące się kilometrami białe plaże i bezpańskie iguany chętnie pozujące do zdjęć. Nagromadzenie tak wielu kontrastów w jednym kraju nadaje temu miejscu wyjątkowy klimat, który sprawia że chce się tam wracać, bo cały czas czuje się, że można odkrywać go po stokroć, za każdym razem w inny sposób

Powrót do przeszłości

Cofnijmy się na chwilę w czasie. Jest zima 20013 roku. Codziennie po zakończonych zajęciach, biegnie do pracy w centrum handlowym roztrzepana blondynka. Szybko przebiera się w „mundurek” i chwilę później układa ubrania na półkach popularnego sklepu odzieżowego. O 22:00 żegna ostatnich klientów i z dziką przyjemnością wpatruje się w opadającą za nimi kratę zwiastującą zamknięcie galerii handlowej. Muzyka spowalnia, a ona marzy o tym by zrzucić z siebie uniform i wypić puszkę coli. Około północy jest już w domu, daleko jej jednak do Kopciuszka, to zupełnie inna bajka. Rozczochrana i zmarznięta bierze gorący prysznic i kładzie się spać. Właśnie rozpoczęła się jej ulubiona część dnia, na którą czekała od samego rana. Teraz już nic jej nie krępuje, może podróżować gdzie tyko chce, ogranicza ją jedynie wyobraźnia, a ta była szczególnie ostrożna na lekcjach geografii:)
Tak, jak pewnie nietrudno się domyślić, ta dziewczyna to ja i gdyby ktoś tamtej zimy powiedział mi, że za kilka lat przemierzę pół świata, żeby zrealizować jedno ze swoich największych marzeń, prawdopodobnie kazałabym postukać mu się w głowę, a teraz? A teraz siedzę w samolocie, który właśnie przelatuje nad Florydą i odhaczam na swojej liście marzeń, kolejny zrealizowany cel- Meksyk!

Patent na Liechtenstein

13 godzin- mniej więcej tyle czasu dzieliło nas od wymarzonej destynacji. Do imprezowej stolicy Jukatanu- Cancun dostaliśmy się bezpośrednio z Warszawy. Prosto z lotniska wraz grupą kilku innych osób dotarliśmy do miejsca, w którym mieliśmy spędzić kolejne dziesięć nocy, do Playa del Carmen. Po kilkunastu godzinach lotu nasze spragnione aktywności nogi zaprowadziły nas na 5th Avenue, długi bulwar tętniący energią przez całą dobę. Znaleźć tam można wszystko to co w Barcelonie na La Rambli, czy na zakopiańskich Krupówkach (no może z wyjątkiem oscypków), czyli restauracje ze zbyt wygórowanymi cenami i masę straganów, z których wszyscy sprzedawcy próbują nakłonić Cię do odwiedzin w swoim „sklepie”. W celu obrony przed zmasowanym atakiem meksykańskich naganiaczy sklepowych zastosowaliśmy pewien patent, o którym czytaliśmy w książce Kuby Bączka. Monolog typowego naganiacza zawsze i wszędzie przebiega w ten sam sposób: „Cześć przyjacielu! Jak się masz? Skąd jesteś?” No i jeśli w tym momencie wdasz się w dyskusję to wpadłeś jak śliwka w kompot, już nie da Ci spokoju. Zacznie się wypytywanie o imię i inne drobiazgi, a skończy się na zakupieniu kolejnego zbędnego magnesu, czy pudełka na rupiecie, z którym nie wiadomo co zrobić po powrocie do kraju. Na pytanie o pochodzenie odpowiadaliśmy zgodnie Liechtenstein, a sprzedawcy milkli i dawali nam spokój, bo jak tu pociągnąć rozmowę, skoro nie można podzielić się żadną anegdotą. Dla porównania, kiedy mówiliśmy, że przyjechaliśmy z Polski to zaraz padała salwa: Lewandowski, Jan Paweł II… Pudzian! i zaczynała się międzykulturowa integracja, która zmierzała w jednym tylko kierunku… zakupów.

Cozumel i zabójcze habanero

Po pobieżnym rozpoznaniu terenu i jednodniowym lenistwie pod palmą postanowiliśmy zaktywizować nasze „cztery litery” i ruszyć na jedną z pobliskich wysp. Za cel obraliśmy sobie Cozumel. Na Wyspę Jaskółek, bo właśnie tak nazwali ją Majowie, dostaliśmy się promem przewoźnika Ultramar, który z Playa del Carmen odpływa każdego dnia, co godzinę. Koszt takiej wyprawy to 150 MXN za osobę w dwie strony. Oczywiście pierwsza cena padająca z ust sprzedawcy to 300 MXN. Na szczęście nie są zbyt wytrwali w negocjacjach i już po chwili okazuje się, że mogą zrobić dla nas wyjątek i cena spada o połowę.
Po około 20 minutach byliśmy na miejscu. Tuż po zejściu na ląd dopadł nas tłum przekrzykujących się naganiaczy proponujących wynajem rowerów, skuterów i starych garbusów. Jeśli chce się zwiedzić wyspę to nie da rady zrobić tego inaczej niż na dwóch lub czterech kółkach. Zdecydowaliśmy się na skuter, którym nigdy wcześniej, żadne z nas nie jeździło, no ale przecież Polak potrafi, nauczymy się! Za całodniowy wynajem naszej maszyny zapłaciliśmy 400 MXN. Nie warto poszukiwać tańszych alternatyw, bo kogo byśmy nie zapytali, każdy podawał nam tę samą kwotę.
Wyspę można objechać bez przystanków w 1,5h, nam oczywiście zajęło to cały dzień. Po co się spieszyć, kiedy jest tak pięknie… Pierwszy przystanek zrobiliśmy przy jednym z wielu przymorskich beach barów. Muszę przyznać, że nie byłam fanką meksykańskiego jedzenia, dopóki nie spróbowałam go na miejscu, aż prosi się żeby krzyknąć ALE MEKSYK! Jest kilka czynników, które wpływają na to, że kuchnia meksykańska jest godna polecenia. Po pierwsze, najesz się wszędzie, bo serwowane porcje są ogromne, bez względu na to, czy zdecydujesz się stołować w przydrożnej budce, czy w jednej z droższych restauracji przy głównej ulicy. Po drugie- różnorodność. Menu jest bardzo bogate, przez specjalności kuchni meksykańskiej takie jak: quesadillas, fajitas, enchiladas, tacos, czy burrito po dania z owocami morza, które kosztują tyle co u nas schabowy z frytkami. Wszystko to oczywiście podawane w zestawie z kilkoma sosami o różnych wariantach ostrości. Jako, że oboje lubimy pikantne potrawy zdecydowaliśmy się spróbować tego, co mają najostrzejsze, czyli habanero. Dziwiło mnie i odrobinę zastanawiało dlaczego kelner uśmiecha się, z jakby lekkim współczuciem, kiedy suto rozprowadzaliśmy na swoich daniach sos. Wszystko stało się jasne, kiedy habanero popieściło nasze kubki smakowe. Margarita zniknęła w ekspresowym tempie, a paprykowy sos zrobił na nas piekielne wrażenie!

Po walce jaką stoczyliśmy nad talerzem, niezwyciężeni ruszyliśmy dalej! Południowo- zachodnia część wyspy to teren, na którym znajduje  się najwięcej hoteli z prywatnym dostępem do plaży oraz wiele szkół sportów wodnych, co nie do końca było w targecie naszych zainteresowań, więc jechaliśmy dalej. Znaki doprowadziły nas do Muzeum Tequili i majańskich ruin, które były na tyle małe, że gdyby nie strażnik ubrany w kolorowe pióra zachęcający nas do obejrzenia budowli to prawdopodobnie byśmy je po prostu przeoczyli. Prawdziwy zachwyt wzbudziło w nas to, co zobaczyliśmy na wschodnim wybrzeżu, bezludne, ciągnące się kilometrami rajskie plaże, gdyby nie fakt, że czas zaczął nas trochę gonić to prawdopodobnie chciałabym zatrzymywać się co kawałek na każdej z nich. Widoki jakie zaserwowało nam wschodnie wybrzeże wyspy Cozumel na długo pozostanie w naszej pamięci.

Studnia w ziemi i fatamorgana

W podróży bardzo cenimy sobie niezależność, dlatego też większość wyjazdów organizujemy na własną rękę. W Meksyku, mimo wielu ostrzeżeń ze strony znajomych postanowiliśmy zdobyć się na odwagę, wypożyczyć auto i zjechać chociaż fragment Jukatanu. Jak się okazało, zagrożenie było… żadne. Zadbane i spokojne drogi, amerykańscy turyści wlekący się lewym pasem i uśmiechający się Meksykanie zmierzający swoimi pickupami do pracy. Nie ma się czego obawiać, tak przynajmniej myśleliśmy… do czasu, ale o tym później. Pierwszego dnia pojechaliśmy do Valladolid, miasta które jest wpisane na „listę magicznych miast Meksyku” i w którym w 1910 r. zapłonęła pierwsza iskra meksykańskiej rewolucji. Poszwędaliśmy się po wąskich uliczkach, podpatrując jak wygląda meksykańska codzienność. Czas płynął tam wolniej mimo, że mieszkańcy właśnie przygotowywali się do imprezy karnawałowej. Uwielbiam takie miejsca! Dzięki nim  przez moment mogłam poczuć się jak „tamtejsza”, przesiąknąć klimatem miejsca, w którym właśnie się znajdowałam, mimo, że nieco zdradzał mnie kolor włosów, oczu i jasna karnacja- nieczęsto spotykany mix dla tej szerokości geograficznej.

Z Valladolid ruszyliśmy do Chicken Itza, miejsca, którego nie wypada ominąć będąc w Meksyku. Prekolumbijskie miasto, żartobliwie nazywane przez Tour Operatorów „Chicken Pizza”, założone pomiędzy IV a VI wiekiem znajduje się dziś na Liście UNESCO, a wybudowana tam piramida Kukulkana na Liście Nowych Cudów Świata. Bilet wstępu kosztuje 250 MXN za osobę. Na spokojne zwiedzanie należy przeznaczyć kilka godzin, a że idzie się cały czas w pełnym słońcu pośród wypalonych traw i kamieni należy zaopatrzyć się w wodę. W przeciwieństwie do licznych straganów z pamiątkami znajdującymi się pomiędzy budowlami, budek z napojami jest jak na lekarstwo. Kiedy dotarliśmy do jednej z nich przecieraliśmy oczy, w obawie, że to może być fatamorgana.

W planach tego dnia mieliśmy jeszcze jedno miasto, jednak po kilkugodzinnym marszu w upale zmieniliśmy zdanie i udaliśmy się spełnić jedno ze swoich marzeń- kąpiel w cenocie! Naszą ofiarą padła najbliższa Ik- kill, do której wstęp kosztował 80 MXN, w cenę nie wliczone są szafki, za które można dopłacić opcjonalnie 30 MXN. Skok do zimnej wody okazał się dla nas zbawienny, siły wróciły, słońce schodziło coraz niżej, a my wracaliśmy do hotelu mijając przydrożne chaty pokryte suszonymi liśćmi palmowymi i dzieci zbierające na poboczu puszki po napojach. Przychodzą w podróży takie momenty wewnętrznych refleksji, kiedy w głowie kotłuje się milion myśli- to był właśnie jeden z nich. Jechaliśmy dalej, bezskutecznie poszukując jakiejkolwiek odbierającej stacji radiowej, a w naszych lusterkach rozgrywał się słoneczny spektakl zmierzającego ku końcowi dni.

Zasadzka na Gringos

Następnego dnia rano pojechaliśmy do Tulum, które chcąc uniknąć tłumu turystów najlepiej odwiedzać o wczesnej porze. Wstęp do strefy archeologicznej i pobliskiej plaży kosztuje 70 MXN. Miasto położone na klifie było najpóźniej opuszczonym ze wszystkich majańskich miast. Nie tylko dla ruin docierają tu turyści, a dla kolejnej porcji niesamowitych widoków, które rozpościerają się z klifu. Rozbijające się o skały fale, nasycone kolory, pozujące na skałach iguany i czyste powietrze- czy jest lepszy sposób na wypoczynek?
Dla odmiany, strefa hotelowa w Tulum to już nie bajka, pełno hoteli porozstawianych ciasno jeden przy drugim sprawiają, że jadąc drogą przez dłuższy czas nie widzi się nic innego poza bramami wjazdowymi do resortów, tej strefy nie polecamy, choć pewnie zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy turysty, który zamieszkuje jeden z 5- gwiazdkowych domków na drzewie.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na plaży w Akumal, która słynie z tego, że często spotyka się na niej żółwie, które wyjątkowo chętnie lgną tu na spotkanie z turystami. Tuż przy brzegu snorkowało pełno ludzi i co chwilę ktoś podnosił rękę na znak tego, że zobaczył zwierzę, my niestety nie mieliśmy tyle szczęścia, ale traktujemy to jako kolejny powód do tego, aby ponownie odwiedzić Meksyk.

Jeśli chodzi o nasze obawy dotyczące samodzielnego podróżowania po Jukatanie, tak jak wspominałam, okazały się zupełnie bezpodstawne, do momentu, w którym nie zatrzymała nas Policia Municipal, czyli trochę taka nasza służba drogowa. Za co? Za przekroczenie prędkości. Cała sytuacja była kuriozalna, na dwupasmowej drodze duże ograniczenie prędkości, wszyscy dookoła łamią zakaz, więc i mój szofer wciska pedał gazu, nagle zapalają się za nami czerwone lampy, ewidentnie zwiastujące zbliżające się problemy. Blond Gringo za kółkiem przekonany o tym, że to na pewno nie o nasze auto chodzi jedzie dalej, po krótkiej chwili oboje jednak orientujemy się, że to jednak nas próbują dogonić funkcjonariusz prawa i czas zjechać na pobocze. Zaczyna się przedstawienie, w którym upiaszczeni turyści z drugiego końca świata próbują  wszelkimi środkami perswazji przekonać pana policjanta, aby potraktował ich najłagodniej ja się tylko da. Pierwsza kwota była absurdalna, na tyle, że nie pamiętam jaka była, ale wiem, że zmiękły mi kolana i portfel. Mieliśmy dwie opcje, zapłacić pieniądze na najbliższym posterunku lub dać tyle ile mamy panu policjantowi do ręki. W zamian żadnego pokwitowania, tylko podpis na kawałku serwetki, uścisk dłoni i dalej w drogę. Fuks! Wizja dogadania się po hiszpańsku na meksykańskiej komendzie, podczas gdy nasza znajomość języka hiszpańskiego ogranicza się do odpowiedzenia muy bien na pytanie como estas, była przerażająca bardziej niż wypłata pieniędzy z bankomatu. Po wyjściu z auta chyba tak przygrzało nas słońce, że zamiast rozpaczać nad bezsensowną utratą równowartości jakichś 200 PLN zaczęliśmy sobie wręcz gratulować dyplomacji i cieszyć z tego, że w portfelach pomyliły się nam przegródki i daliśmy mu tylko część pieniędzy, które faktycznie mieliśmy tego dnia przy sobie.
Stresy dnia poprzedniego najlepiej odreagować na plaży, co też, z dziecięcą radością, uczyniliśmy. Cały dzień spędziliśmy, taplając się w ciepłych wodach Playa Delfines w pobliskim Cancun.

Na dwóch kółkach

Po kilku dniach spędzonych w aucie zmieniliśmy środek lokomocji i  wypożyczyliśmy rowery. Tym razem zostaliśmy w Playa del Carmen, ale postanowiliśmy wypuścić się poza strefę hotelową i poznać lepiej miasto. Tuż po minięciu ostatniego znaku symbolizującego koniec zona hotelara zaczęły wyłaniać się budynki pomalowane w kolorowe graffiti, place budowy pod kolejne luksusowe hotele przy plaży i zaniedbane podwórka, które momentami przypominały mi obrazki z niektórych polskich wsi, więc nie budziły we mnie szczególnego lęku.

Przejeżdżając miasto dookoła wyraźnie dostrzega się dysonans jaki panuje w tej części świata, podziału są tu szczególnie mocno dostrzegalne. Jednak Meksykanie, z którymi mieliśmy do czynienia to zupełnie inni ludzi niż Ci, których obraz kreują nam amerykańskie filmy. Nie mają o nic pretensji, dzielnie znoszą utarczki ze zniecierpliwionymi turystami, cały czas są uśmiechnięci, pogodni i zadowoleni. Z Polakami łączy ich to, że lubią dużo i dobrze zjeść, czego (nie)najlepszym dowodem są statystyki, wskazujące, że ponad połowa meksykańskiego społeczeństwa boryka się z problemem nadwagi. Poza tym są bardzo religijni, co widać chociażby po ilości dzieci, które posiadają. Krótko mówiąc, są zupełni inni niż wyobraża ich sobie przeciętny Europejczyk. Ze względu na to, że Meksyk jest ogromny, a współczynnik morderstw, gwałtów czy innych prawnych wykroczeń jest wysoki trudno mi odnieść się obiektywnie do całego kraju. Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że więcej obaw budzi we mnie wieczorny spacer po owianej złą sławą poznańskiej Wildzie, czy gdańskiej Orunii niż podróż samochodem po meksykańskich bezdrożach.

Gdy zgasną światła

Zmiana strefy czasowej sprawiła, że budziliśmy się o świcie i wcześnie kładliśmy się spać. Około godziny 22 powieki zaczynały ciążyć, a poduszka sama kleiła się do twarzy. Pewnego dnia postanowiliśmy zawalczyć z naszym wakacyjnym rytuałem i pójść spać odrobinę później niż kuracjusze z Ciechocinka. Zdecydowaliśmy się skorzystać z nocnej oferty, którą oferuje Meksyk po zmroku. Brzmi tajemniczo, niemniej chodzi mi po prostu o imprezowanie. Receptą na przetrwanie miał być alkohol! Wcześniej kolacja na mieście, a do kolacji tradycyjnie maragrita lub daiquiri- co kto lubi, wariantów smakowych jest tam szalenie wiele, a wszystko to zmiksowane z lodem i świeżym owocami. Później wizyta w markecie, cola i tequila, tzn. miała być tequila… Bezrefleksyjnie chwyciłam po pierwszą stojąca na półce butelkę z listkiem agawy na etykiecie i udaliśmy się w kierunku kas. Dopiero w hotelowym pokoju okazało się, że zapewniłam nam bardzo słodką torturę w postaci likieru z agawy! Przy akompaniamencie Iglesiasa i Shakiry, w towarzystwie kostek lodu przemyconych w worku na śmieci (koniecznie muszę dodać, że nieużywanym!) udało nam się wytrwać do 23:00 i ruszyć na bal. 5th Avenue przed północą to zupełni inne niż za dnia miejsce, ciche i spokojne, pozbawione turystów. Odchodząca od niej Dwunasta Ulica to jednak inny świat, mekka dla imprezowiczów, która z pewnością podczas spring break przeżywa prawdziwe oblężenie. Jeśli chodzi o ceny wejściówek do klubów to są one relatywnie wysokie, od 30 do nawet 100 USD, jednak w bilet wliczony jest open bar, co wszystko wyjaśnia: ) Byliśmy przygotowani na tę okoliczność, jednak szybko okazała się, że Dwunasta Ulica działa według podobnych zasad, co imprezowe aleje na Ibizie, czy w Sopocie, co mam na myśli? To, że wszyscy dookoła częstują Cię darmowymi wejściówkami, bo po przestąpieniu progu klubu prędzej, czy później i tak zostawisz w barze pieniądze. Tym sposobem trafiliśmy do Mandali, w której przez pół nocy bawiliśmy się w towarzystwie Meksykanów, którzy podobnie jak my na Jukatan przyjechali w celach wypoczynkowych. Kluby to z reguły coś co łączy wszystkie kraje i narody świata, ludzie bawią się w podobny sposób i tańczą do podobnej muzyki bez względu na język którym posługują się na co dzień. Tylko posiłkują się nieco mocniejszymi niż likier z agawy wspomagaczami, które są szeroko dostępne i otwarcie dystrybuowane wśród potencjalnie zainteresowanych, co zważywszy na to w jakim kraju byliśmy,  niespecjalnie nas zaskoczyło.

Adios Amigos

Dzień przed wylotem skusiliśmy się na ostatnią już wycieczkę. O 8:00 pojechaliśmy do Cancun, z którego katamaranem przedostaliśmy się na Isla Mujeres. Taka przyjemność z transferem Playa del Carmen- Cancun- Playa del Carmen, godzinnym rejsem na wyspę i z powrotem, snorkowaniem w podwodnym muzeum, napojami na statku i jedzeniem na wyspie w cenie, to koszt 60 USD na osobę. Warto! Rejs w pierwszą stronę podniósł mi nieco poziom adrenaliny we krwi, bo zaczęło padać i mocno „kołysać”, do tego stopnia, że jeden z pracowników wypadł za burtę, ale szybko wrócił na statek i jakby nigdy nic dalej rozbawiony biegał po pokładzie i wymachiwał biodrami w rytm wakacyjnego hitu. W połowie drogi statek się zatrzymał i każdy mógł skorzystać z atrakcji jakie oferowało podwodne muzeum. Pozostawione na morskim dnie figury mają służyć rozwojowi rafy koralowej i cieszyć oczy turystów.

Na Isla Mujeres spędziliśmy kilka godzin. Po raz kolejny byłam oczarowane kolorami, Meksyk to prawdziwy raj dla fotografów, tam nic nie wymaga obróbki, wszystko jest zjawiskowe bez ingerencji programów graficznych. Wyspa jest szeroka na kilometr i długa na 7 kilometrów, więc daliśmy swoim stopom wolne i zamiast spaceru było leżakowaniu w niecodziennych okolicznościach przyrody.
Wracając, powoli docierało do mnie, że nieuchronnie zbliża się czas powrotu do domu, podczas gdy Meksyk, aż prosi się by poznać go jeszcze bliżej i jeszcze lepiej, by zostać na dłużej. Czy mogę powiedzie, że przez te kilkanaście dni pobytu poznaliśmy ten kraj? Myślę, że byłoby to ogromne nadużycie. My go tylko „liznęliśmy”, ale na tyle nam zasmakował, że kiedyś tam wrócimy.