Jest takie miejsce, gdzie zawsze jest ciepło, gdzie ludzie są serdeczni i uśmiechnięci przez cały rok, gdzie kawę z reguły pija się z alkoholem, gdzie wstaje się wcześnie i późno się zasypia, miejsce w którym jest wszystko- ciepła woda, czarny i biały piach, wysokie klify, wzburzone fale i odrobina kosmicznej magii – my wiemy gdzie to jest!

Sposób na jesiennego lenia

Tyle marudzenia, tyle narzekania, że za dużo pracujemy, że nie mamy dla siebie czasu, że… trzeba wyjechać na wakacje, na których wyłączymy telefony, schowamy zegarki do szuflady, na których będziemy tylko leżeć i popijać rozcieńczone drinki z palemką przy hotelowym basenie. Mieliśmy barbarzyńsko zignorować wszystko co dane miejsce ma do zaoferowania i skupić się egoistycznie na sobie, opalaniu, napełnianiu brzuchów i tyle… nic więcej. No i klasycznie, jak to w naszym wypadku, ciekawość świata zwyciężyła, a optymistyczny plan błogiego lenistwa i nieróbstwa posypał się jak domek z kart…  I dobrze, bo Teneryfa ma do zaoferowania bardzo wiele, a my świadomie chcieliśmy to przegapić. Cóż to byłaby za strata!
Wybór Teneryfy, jako miejsca na jesienny urlop nie był przypadkowy, ale o tym później. Dobici jesienną aurą i perspektywą nieustannie pogarszającej się pogody szukaliśmy kierunku, który zagwarantuje nam solidną porcję wiatminy D. Przy okazji cała wyprawa miała nie zrujnować nas finansowo. Dodatkowo, dni urlopowych w tym roku pozostało mi jak na lekarstwo, więc loty w odległe zakątki świata odpadały już na wstępie poszukiwań. Wybór padł na Wyspy Kanaryjskie, na których jeszcze żadne z nas nigdy nie było. Dlaczego właśnie Teneryfa? Pozostawię to jeszcze przez chwilę w sekrecie, który wyjawię pod koniec wpisu.

Stuart Malutki i olbrzymi olbrzym

Po ponad 5-godzinnej podroży dotarliśmy na miejsce. Od razu wskoczyliśmy w nasze sexi bikini i wyłożyliśmy blade ciałka na kolorowych ręcznikach z letniej kolekcji Pepco:)  Realizacja naszego planu zapowiadał sie obiecująco, nieróbstwo i błogie lenistwo trwało w najlepsze! Trwało… cały jeden dzień.  Nazajutrz obudziliśmy się wraz z pianiem kogutów i w sportowych butach, które zawsze lądują w walizce, ale z których nie zawsze korzystamy, ruszyliśmy poznać Puerto de Santiago, czyli miejscowość, która na tydzień miała stać się naszym domem. Pokonanie biegiem nawet najkrótszego odcinka na Teneryfie jest nie lada wyzwań ze względu na liczne wzniesienia, które niejednokrotnie wystawiały naszą kondycję na próbę. Po kilkunastu minutach biegu i kilku przerwach na pokonanie zadyszki dotarliśmy do Piscina natural de Puerto Santiago, czyli krótko mówiąc, basenu powstałego przy współpracy człowieka z naturą. Andrzej stał jak dziecko wpatrzone w wodę i szturchał mnie w ramię za każdym razem kiedy fala rozbijała się o ścianę zbiornika robiąc wielkie „chlup”. Przyznam, że i na mnie żywioł zrobił wrażenie.

Po dotlenieniu organizmu, szybkim prysznicu i sytym śniadaniu udaliśmy się na Playa de la Arena, niewielką plażę z czarnym piaskiem, który po południu nagrzewał się do miliarda stopni i palił w stopy jak szalony, a ludzie drogę od swoich leżaków do morza pokonywali skacząc jak kangury, inaczej się nie dało.
Ciekawym miejscem, które z pewnością powinno się znaleźć na liście „koniecznie zobacz” są klify mierzące do 600 metrów wysokości, położone w miejscowości Los Gigantes. Dla porównania najwyższe wzniesienie klifu w Orłowie ma 90 metrów, więc uwierzcie mi na słowo, że stając przed takim gigantem jak klif wyrastający z wody przy plaży Los Guios, człowiek czuje się jak Stuart Malutki.

Let’s ride!

Przed wyjazdem między mną a mężem padło pewne ustne zobowiązanie- nie wynajmujemy auta. To miał być wyjazd ekonomiczny i leniwy, taki który nie wymaga używania sprzęgła, czy gazu. W grę wchodziły wycieczki, ale komunikacją miejską. To ja zawsze, kiedy gdzieś wyjeżdżamy, nalegam na wypożyczenie czterech kółek, to ja układam plan wyprawy, czytam blogi i służę jako lokalny przewodnik. Kiedy kierujący pojazdem mąż wpatrzony w asfalt przemierza kolejne odcinki trasy, ja nawijam mu na uszy opowieści o tym co mijamy po drodze. Andrzej zawsze prowadzi, to on szuka parkingów i użera się z nie zawsze miłymi uczestnikami ruchu, a ja… towarzyszę mu z nawigacją w dłoni, tylko od czasu do czasu myląc prawo z lewem:)
No i właśnie… auta miało nie być, ale że wiem co zrobić by mąż zmienił zdanie, auto było, a umowa słowna została unieważniona. Kluczyki odebrane, pasy zapięte, jedziemy…
Przez małą miejscowość Tamaimo, jadąc wschodnim wybrzeżem dotarliśmy do La Orotavy, określanej mianem najpiękniejszego miasta na Teneryfie. Znaleźć miejsce parkingowe w tym mieście wiąże się kilkukrotnym jego objechaniem, co dla mnie jako pasażerki wcale nie było takie złe, ale Andrzej powoli zaczynał rozkręcać się z „francuszczyzną”. Udało się! Zaparkowaliśmy tuż przy jednej z największych atrakcji, czyli Casa de Los Balcones. XVII- wieczny dom który przyciąga turystów kwiecistymi zdobieniami i charakterystycznymi dla tego regionu drewnianymi balkonami, mnie szczególnie nie zauroczył, ale to subiektywne spostrzeżenie. Co innego jeśli chodzi o Jardines Victoria, ogrody usytuowane na wzniesieniu, z których roztacza się piękny widok na kolorowe domki wyrastające na tle morza. Myślę, że mogą podobać się jeszcze bardziej wiosną, kiedy wszystkie rośliny dopiero  budzą się do życia. Po opuszczeniu Jardines weszliśmy w kolejną bramę, która zaprowadziła nas do ogrodu botanicznego. Dendrolog, czy botanik ze mnie kiepski i o roślinach wiem naprawdę niewiele, ale miło było na chwilę schować się przed palącym słonkiem pod jednym z wielkich, soczyście zielonych liści, których próżno szukać w naszych rodzinnych stronach.
Po przemierzeniu miasta i drugim śniadaniu zjedzonym bez pośpiechu przy Plaza de la Constitucion, ruszyliśmy w kierunku Puerto de la Cruz, gdzie czekało na nas małe wodne szaleństwo.

Lago Martianez to kilka basenów położonych nad brzegiem oceanu, zaprojektowanych przez architekta z Lanzorotte słynącego z integracji natury z architekturą. Wstęp do tego miejsca to koszt 5,5 Euro za osobę, leżaki w cenie, a szatnia „co łaska”- bajka:) Na zdjęciach to miejsce wydawało się mniejsze, a w rzeczywistości to naprawdę ogromny kompleks, który liczy osiem basenów wypełnionych wodą z oceanu, a wszystko otoczone jest białym, estetycznie wyglądającym murkiem, za którym piętrzą sie wzburzone fale.Po około dwóch godzinach przewracania się z boku na bok i taplania w orzeźwiającej wodzie pojechaliśmy odwiedzić La Lagunę, pierwszą stolicę Teneryfy.

Nie wiem, czy to kwestia niedzieli, palącego słońca, czy jeszcze czegoś innego, ale miasto wyglądało na totalnie wyludnione, jakby przed chwilą obcy uprowadzili wszystkich mieszkańców. Czas snuł się przyjemnie powoli, leniwie pokonywaliśmy labirynt wąskich uliczek, by ponownie wsiąść do naszego skromnego Seacika i ruszyć podziwiać zachodzące słońce z perspektywy Playa de las Teresitas. Plaża położona przy stolicy wyspy różni się od większości innych na Teneryfie. Biały piasek to nie zasługa natury, a czterech milionów worków z piaskiem zwiezionych z Sahary! Pomysł na ostatni przystanek w tym, a nie innym miejscu okazał się szczególnie trafiony. Bardzo spodobała nam się długa plaża otoczona z jednej strony przez góry Anaga, a z drugiej przez ocean, nawet cmentarz położony osobliwie niedaleko brzegu nie był w stanie popsuć nam efektu wow:)Kiedy słońce zaszło, a wiatr zaczął wyganiać z wody dzieciaki z sinymi ustami, stwierdziliśmy, że to najwyższa pora by ruszać z powrotem. Wracaliśmy tnąc prosto wschodnie wybrzeże, świadomie rezygnując z przystanku z kurortach takich jak Costa Adeje, Los Cristianos, czy Playa de las Americas- enklaw wybudowanych na potrzeby masowej turystyki.
Tak oto w jeden dzień przemierzyliśmy całą wyspę, a rano ruszyliśmy dalej, w jedno z najciekawszych miejsc jakie w życiu widziałam!

Witamy w Kosmosie

Za pewne każdy człowiek ma kilka takich wspomnień ze swojego życia, które darzy szczególnym sentymentem i chętnie przywołuje je w pamięci. W moim przypadku jednym z takich właśnie wspomnień będzie z pewnością dzień spędzony w Parku Narodowym Teide. Nazwać to miejsce magicznym, kosmicznym, czy też wyjątkowym to zdecydowanie za mało!Droga, którą należy pokonać, aby dostać się na teren parku, już sama w sobie stanowi nie lada atrakcję. Widoki powalają! Przez chwilę jedzie się lasem, by za moment wyjechać w pustą przestrzeń zawieszoną na wysokości chmur. Po minięciu tabliczki informującej o tym, że znaleźliśmy się już na terenie parku, krajobraz zaczął się zmieniać na coraz bardziej księżycowy. Najpierw mijaliśmy hałdy czarnej ziemi, a właściwie to zastygłej lawy, chwilę później wyrosły przed nami czerwone, za chwilę żółte, dalej pomarańczowe skały. I znowu poczułam się jak mały, wąsaty bohater filmu z ’99 roku, Stuart malutki, tym razem w Kosmosie:)Po dotarciu na miejsce, mieliśmy dwie opcje, albo wjazd na najwyższy szczyt kolejką, albo pokonanie dystansu na własnych nogach. Nie trudno zgadnąć, którą opcję wybrały poznańskie łaziki:) Niestety, aby wejść na sam szczyt niezbędne było pozwolenie. Ze względu ograniczenie dotyczące maksymalnej liczby osób, które mogą wejść jednego dnia na Pico del Teide, należy minimum miesiąc przed wyjazdem zarezerwować sobie miejsce. My tak wiele czasu nie mieliśmy i przez to najwyższy punkt Hiszpanii przeszedł nam dosłownie koło nosa.
O tym, że nie uda nam się wspiąć na sam szczyt wiedzieliśmy już przed wyjazdem, ale wiedzieliśmy też, że jest tam masa innych, równie atrakcyjnych szlaków, których nie możemy odpuścić. Dopytaliśmy jednej z Pań rozdających mapy z opisem szlaków, co zrobić, aby wejść jak najwyżej nie mając pozwolenia, zarekomendowała nam szlak Montania Blanca, oznaczony jako trudny.  W związku z brakiem miejsc postojowych w pobliżu wejścia, musieliśmy zaparkować 2 km dalej. Kolejne 5 km przeszliśmy szybkim marszem zastanawiając się dlaczego ten szlak oznaczony był jako trudny. Kiedy wyrosła przed nam pionowa ściana długości 3 km wszystko nagle stało się jasne.Optymistycznie podjęliśmy wyzwanie i ruszyliśmy w górę. Podejście okazało się bardzo wymagające, tylko nieliczni, których mijaliśmy na trasie docierali do schroniska. Kilka razy zakręciło mi się w głowie, ale myślę, że to nie była kwestia rozrzedzonego powietrza, a bajecznych widoków, które na każdym kroku motywowały do tego aby stanąć i po prostu patrzeć w dal, niesamowitą dal, taką która zapiera dech w piersiach!Pnąc się coraz wyżej czuliśmy spadki energii. Woda się kończyła, głód zaczynał doskwierać,  a my naiwnie wierzyliśmy, że u góry zjemy naleśniki z malinami i bitą śmietaną. Po dotarciu na wysokość 3200 m.n.p.m rzeczywistość brutalnie zweryfikowała nasze wyobrażenia o obiedzie. Zamiast naleśników stały trzy automaty, z napojami ciepłymi, zimnymi i przekąskami. Automaty na bilon… Gdyby nie uprzejmość niemieckiej i francuskiej pary nie zjedlibyśmy nic. Rozmienili nasze papierki, a my delektowaliśmy się smakiem twixa i coli, podziwiając jedne z najpiękniejszych widoków jakie dotychczas dane było nam zobaczyć!W parku można byłoby spędzić tydzień, codziennie przemierzając nowy szlak. Mimo, że całodzienną eskapadę przypłaciłam solidnym poparzeniem słonecznym to warto było, a  wspomnienia tego dnia nie zamieniłabym na żadne inne.

Machu Picchu w sercu gór

Ostatniego dnia z naszym Seatem, postanowiliśmy odwiedzić Mascę, małą wioskę ukrytą w górach  na wysokości 600 m.n.p.m. To właśnie to miejsce zainspirowało mnie do odwiedzenia Teneryfy. Któregoś popołudnia, wracając z pracy przeglądałam różne profile na Instagramie i tam właśnie trafiłam na Mascę. To zdjęcie urzekło mnie na tyle mocno, że wiedziałam, że znajdę się tam  prędzej niż później. Taki oto sekret tego jak znaleźliśmy się na Kanarach:)Opowieści o 6-kilometrowy odcinku drogi, który należy pokonać, aby dostać się do wioski, obrosły w legendy! Czytając przed wyjazdem o Teneryfie, miałam wrażenie, że więcej osób opisuje doświadczenia  z tej drogi niż z samej miejscowości. Fakt, jest dość kręta i niezwykle wąska, ale bardzo dobrze zachowana. Wprawiony kierowca da sobie radę, a takim bez wątpienia jest mój mąż. Do moich zadań należy obmyślenie trasy, a on jedzie, bezpiecznie, nie za szybko, nie za wolno- zawsze perfekcyjnie!Po dniu spędzonym w „Kosmosie” oboje byliśmy fizycznie zmęczeni, w Masce ładowaliśmy akumulatory. Piliśmy kawę, spacerowaliśmy pomiędzy małymi domkami i gapiliśmy się na wielką skałę, która wyrosła w środku wioski. Niby nic, a było przebosko, bo znowu nic nie musieliśmy…

Wyspa dobra na wszystko

Teneryfa to wyspa będąca lekiem na całe zło, zwłaszcza to zwane u nas jesiennym przesileniem. Jej różnorodność sprawia, że zarówno zwolennicy aktywnego spędzania czasu, jak i ci, którzy planują błogie lenistwo, nie będą mieli problemów z realizacją swoich planów. Jeśli ktoś ma ochotę na plażowanie bez względu na porę roku, powinien zdecydować się na południową część wyspy. Dla tych, którzy lubią bujną roślinność i deszcz im nie straszny powinni wybrać północ. Ci zaś, którzy chcą, aby urlop był pełen fizycznych wyzwań bez wątpienia powinni zdecydować się na pobyt w okolicach Teide. Pogoda dopisuje cały rok! My wybraliśmy się na przełomie października i listopada, a temperatura oscylowała w okolicach 25-30 stopni.
Teneryfa to nie tylko cudowne krajobrazy, czy pyszne barraquito, ale także bardzo serdeczni mieszkańcy wyspy.  Ich uprzejmość i pozytywne nastawienie zasługuje na najwyższą ocenę. Wydawałoby się, że ze względu na rosnącą popularność wysp kanaryjskich będą zmanierowani i zmęczeni wiecznie pytającymi o drogę turystami, ale absolutnie tak nie jest. Kiedy w jednej z restauracji zamknięto już kuchnię, kelner sam zaproponował nam dwa inne miejsca w pobliżu, w których dobrze zjemy. Takich miłych sytuacji mieliśmy jeszcze kilka podczas pobytu, co świadczy o tym, że mieszkańcy wyspy to po prostu świetni ludzie!
Ceny też pozytywnie nas zaskoczyły. Z reguły pod koniec wyjazdu zaczynamy używać kart płatniczych, bo kończy się nam lokalna waluta, tym razem wróciliśmy z drobnymi w kieszeni. Będzie na kolejną podróż:)
Mimo swoich niewielkich rozmiarów, wyspa ma do zaoferowanie bardzo wiele. Myślę, że można byłoby spędzić tam miesiąc i ani przez chwilę się nudzić. Jest kilka małych miasteczek, po których można spacerować całymi dniami, co jakiś czas robiąc przystanek na aromatyczną kawę w likierem 43. Praktycznie w każdym mieście znaleźć można ogród botaniczny, z roślinami, który zwożono tu z Ameryki Południowej. Dla pasjonatów historii są najróżniejsze muzea, nawet w małej Masce mieści się Museo Etnografico, w którym przedstawione zostało tradycyjne życie mieszkańców wioski sprzed kilkudziesięciu lat.
Warto też wspomnieć o tym, że wyspa ma wiele do zaoferowania rodzinom z dziećmi. Jest kilka parków rozrywki, wśród nich popularne Siam Park, czy Loro Parque. My nie skusiliśmy się na żaden z nich, ale kto wie… może, w przyszłości. Powrotu nie wykluczamy:)