Hiszpanie kochamy i do Hiszpanii chętnie wracamy, starając się jednak za każdym razem poznawać inne jej części. Dzbanki aromatycznej sangrii, południowy brak pośpiechu, słońce- wszystko to sprawia, że coraz poważniej myślimy o tym kraju, jako o miejscu docelowym na spędzenie jesieni życia:) Zanim jednak zacznę literacko rozwodzić się na temat emerytury, wcześniej zahaczę o tegoroczne święta, bo to właśnie ten magiczny okres wybraliśmy na zapoznanie się z urokami Walencji
Wymarłe Castellon i zbawienne orzeźwienie
23 grudnia Boeingiem 737 poszybowaliśmy z poznańskiej Ławicy w kierunku Castellon. Na miejscu zaskoczyła nas pustka. Lotnisko oddalone od Walencji o zaledwie 2 h drogi przyjmuje tygodniowo ok. 5-7 lotów, w tym dwa z Poznania. Nic więc dziwnego, że poza punktem informacyjnym, otwieranym wyłącznie na czas przylotów, nie było tam nic, dosłownie nic. Po opuszczeniu hali przylotów wyszliśmy na parking, na którym stał jeden autokar oczekujący na pasażerów z Polski. 20 Euro i jazda! Słońce leniwie zachodziło, a ja rozczulałam się nad tym widokiem jak małe dziecko nad ciastkiem czekoladowym, którego dawno nie jadło. Problem smogu w dużym mieście, zbyt krótkie dni, zbyt długo trwająca zimowa szaruga- to wszystko sprawia, że każdy promyk słońca mnożę razy milion!
Ku naszej ogromnej radości, autokar zatrzymał się 400 metrów od hotelu. Tego wieczoru, nim oddaliśmy się w objęcia Morfeusza, spróbowaliśmy jeszcze Aqua de Valencia – lokalnego drinka składającego się z soku pomarańczowego, wina musującego cava, wódki, ginu, lodu i odrobiny cukru. Orzeźwiający napój dodał nam mocy, która doprowadziła nas do jednego z najbardziej charakterystycznych punktów miasta- Ciudad de las Artes y las Ciencias, które w nocy prezentuje się zjawiskowo!
Vox populi
W wigilijny poranek wyruszyliśmy na bliskie spotkanie z miastem. Zaczęliśmy od spaceru Ogrodami Turii. To miejsce jest fenomenem na skalę co najmniej europejską. Długi, ponad 7-kolometrowy, zielony pas ciągnący się wzdłuż centrum miasta jeszcze do niedawna był korytem rzeki siejącej spustoszenie. W wyniku jednej z powodzi do której doszło w 1957 r. zginęło 80 osób, wówczas władze miasta zdecydowały się przeobrazić teren w autostradę. W obliczu nacisków mieszkańców plany jednak zmieniono. W przeciągu 10 lat rzeka przeistoczyła się w park pełen placów zabaw i terenów rekreacyjnych. Wysokie palmy, soczyście zielone trawniki, tryskające w słońcu fontanny, wszystko to sprawia, że trudno ukryć zachwyt tym miejscem. Wszystko to za sprawą ludzi, mieszkańców miasta, którzy wzięli sprawy w swoje ręce. Na prawdę zacna inicjatywa społeczna, godna naśladowania!
Podano do stołu- wigilia
Komunikacją miejską dostaliśmy się pod zabytkowy budynek dworca Estacion del Norte, który usytuowany jest tuż obok jednej z największych aren w Hiszpanii Plaza de Toros. Stamtąd udaliśmy się w kierunku serca miasta, czyli Plaza del Ayuntamiento. Plac z każdej strony otoczony jest bardzo wysokimi budynkami o zróżnicowanych fasadach. W centrum znajduje się ratusz miejski, a obok okrągła fontanna, pod którą koniecznie trzeba zatrzymać się na selfie:) Wysokie budynki nie są po prostu wysokie, są monumentalne! Stojąc na środki drogi, która w okresie świątecznym była zamknięta dla ruchu samochodowego, miałam wrażenie, jakby budynki rosły i przechylały się w moją stronę, jak… w Incepcji!
W tym miejscu postanowiliśmy zrobić sobie przystanek, zamówiliśmy sangrię w jednej z restauracji na świeżym powietrzu, upajaliśmy się słońcem, podziwialiśmy spektakularne upadki amatorów łyżwiarstwa na pobliskim lodowisku i odpoczywaliśmy.
Swoje następne kroki skierowaliśmy w stronę starego miasta, przechadzaliśmy się wzdłuż alejek otoczonych przez drzewa uginające się pod ciężarem owoców pomarańczy, natknęliśmy się na arcy-starego Fikusa i budynek, który wyglądał jak z kreskówki (Palacio del Marques de Dos Aguas). Później tupot naszych stóp zaprowadził nas do Mercat de Russafa, który pomyliliśmy ze słynnym Mercado Central, ale to wszystko przez sangrię, która lubi płatać figle:) Wieczorem w ramach wieczerzy wigilijnej, zamiast pierogów zjedliśmy świeżutką paellę, przełamaliśmy się opłatkiem, opróżniliśmy butelkę hiszpańskiego Sauvignon Blanc i wsłuchiwaliśmy w uliczny koncert starszego pana, śpiewającego to co lubimy w święta najbardziej- Feliz Navidad!
Morza szum- I dzień świąt
Walencja to miasto o idealnych proporcjach. Z jednej strony doskonale zachowane stare budynki, z drugiej modernizm krzyczący z daleka. Dla zapracowanych i spragnionych życia w biegu- centrum, dla tych złaknionych spokoju- dzielnica nadmorska. Do tego wszystkiego sięgające nieba palmy, ponad 300 słonecznych dni w roku i chyba nic więcej do szczęścia nie trzeba:)
Pierwszy dzień świąt spędziliśmy na plaży, a właściwie dwóch plażach, Playa de la Malvarrosa i Playa de las Arenas, pomiędzy którymi granicy nie widać, a różnicy moim subiektywnym okiem, nie ma żadnej. Obie są szerokie i piaszczyste, obie oddziela promenada (Paseo Neptuno) pełna zachęcająco wyglądających restauracji, specjalizujących się w owocach morza. Co ciekawe, dzielnica nadmorska jeszcze do niedawna nie kojarzyła się zupełnie z kurortem, wszystko zmieniło się w 2007 r., kiedy władze Walencji podjęły się organizacji American Cup. Wówczas port przemysłowy przekształcono w atrakcyjną dla turystów i mieszkańców marinę. Dzień świąteczny nad morzem, nie różni się niczym od pozostałych dni, no może większa liczbą spacerowiczów. Restauracje są otwarte, a na chodnikach odbywa się handel, w grę wchodzą towary luksusowe, torebki „Majkela Korsa”, okulary „rajban” i wiele innych dobrodziejstw prosto z Chin. Kąpieli nie było, ale grudniowy spacer brzegiem morza w koszulce na krótki rękaw i okularach przeciwsłonecznych, jest jak najbardziej do zaakceptowania, ba… do pokochania!
Podwodny świat zwierząt- II dzień świąt
Drugi dzień świąt przywitał nas „kapuśniaczkiem”, wiatrem i zachmurzonym niebem. Dzień wcześniej zastanawialiśmy się, czy odwiedzimy Bioparc, czy wybierzemy się do Oceanarium. Oceanarium, a konkretnie L’Oceanogràfic zwyciężyło. Największy w Europie tego typu obiekt ma naprawdę masę atrakcji do zaoferowania. My spędziliśmy tam ponad 3 godziny, a i tak mam wrażenie, że nie wszystko udało się nam zobaczyć. Mogłabym godzinami patrzeć na te wszystkie kolorowe rybki i mozolnie poruszające się meduzy. Oboje nie mogliśmy doczekać się rekinów i krokodyli, ale te nas rozczarowały. Krokodyl leniwie leżał w jednej pozycji, zupełnie tak jakby był wypchany, a rekiny wyglądały jak przerośnięte ryby. W sumie to nie wiem czego oczekiwaliśmy, potężnych kreatur, które będą rzucały się jak oszalałe w kierunku przechodniów? Tak, czy inaczej zwierzaki nie miały na nas „smaka”.
Pozytywne zaskoczenie spotkało nas w strefie arktycznej. Zwierzęta pływające w akwariach były ogromne i przerażające. Zupełną przeciwwagą dla zimnokrwistych monstrów były eleganckie pingwiny, które na maxa nas rozczuliły. Stały za szybą wdzięcząc się do aparatów niczym przedszkolaki podczas przedstawienia. Wszystkie, w indywidualny dla siebie sposób, zabiegały o to, aby przykuć uwagę „paparazzich”- przeurocze widowisko!
Stare Miasto i jego wąskie ulice prowadzące w różne ciekawe części Walencji, na tyle przypadło nam gustu, że postanowiliśmy spędzić tam ostatni wieczór. Włóczyliśmy się od knajpy do knajpy obserwując sesję modową nastoletnich przyjaciółek pod katedrą na Plaza de la Virgen. Niczym labirynt przemierzaliśmy kolejne wąskie ulice dzielnicy Barrio del Carmen nie mając pojęcia gdzie dokładnie dotrzemy i w tym właśnie tkwi kwintesencja podróżowania. Mimo najstaranniej przygotowanego planu, zawsze może spotkać cię coś nieprzewidywalnego, coś nowego, coś pięknego. Taka mała, prosta i skuteczna metoda leczenia wszystkich nieszczęść, które nas dotykają- podróżowanie- recepta na szczęście, recepta na wszystko… Dobrej nocy!












































