Spragnieni atrakcji po zmroku odnajdą je w Sant Antoni de Portmany. Rodzinom z dziećmi z pewnością przypadnie do gustu nadmorska promenada w Santa Eulalia. Ciekawscy podróżnicy natomiast z przyjemnością zgubią się w labiryncie ulic starej dzielnicy w Eivissie. Romantycy, pragnący usłyszeć „TAK” z ust swoich ukochanych, bez dwóch zdań powinni rzucać się na kolana w okolicach Es Vedra, a łaknący wypoczynku na rajskich plażach odpłynąć kawałek dalej, na pobliską Formenterę. Złamię stereotyp i śmiało stwierdzę, że Ibiza to miejsce dla każdego, wystarczy jedynie sprecyzować swoje oczekiwania, pakować walizki i ruszać w kierunku Balearów

Wczoraj i dziś

Pierwszy raz z Ibizą zetknęłam się 2011 roku. Wszystko mnie wtedy zachwycało, mało co rozczarowywało. Spragniona ciepłych klimatów robiłam sobie fotki pod co druga napotkaną na swojej drodze palmą, po mieście paradowałam z hawajskimi kwiatami na szyj, a na jednego drinka wypitego w knajpie odkładałam przez cały wyjazd, ale jak on smakował… Kolorowy napój w wysokim szkle, z palemką, słomką i świeżym owocem – synonim luksusu dla 18-latki! Poza tym oczywiście było wysmażanie boczków (bez filtra, bo i po co, schodząca z nosa skóra też jest „sexy”). No i to niepohamowane pragnienie zarwania nocy na imprezie, żeby później było co wspominać.
Po siedmiu latach wróciłam na Białą wyspę… Prawie nic się nie uległo zmianie. Nadal więcej mnie zachwyca niż rozczarowuje, nadal robię fotki pod palmami, chociaż jest ich już zdecydowanie mniej (zdjęć rzecz jasna:)). Nie chodzę już, co prawda, z kwiatami na szyj i boczki owszem smażę, ale uprzednio wsmarowuje w nie różne specyfiki. Niewiele zmieniło się w temacie imprez, bo chociaż pragnienie całonocnego balowania ustaje to okazji jakby z wiekiem przybywa, a z asertywnością w tym temacie u mnie kiepsko.

Ibiza na dwa sposoby

Tym razem na Ibizę dotarliśmy w nieco ponad 3 godziny. Jak nietrudno się domyślić, jest to jedna z najczęściej wybieranych form transportu przez urlopowiczów. Poprzednim razem podróż trwała zdecydowanie dłużej… Najpierw jazda autokarem, a co! Do Paryża! Tam ekspresowe zwiedzania, z nocką w jednym z hoteli na dalekich przedmieściach francuskiej stolicy. Rankiem pobudka i dalej w drogę, tym razem do Barcelony, a stamtąd nocnym promem do mekki imprezowiczów, wyspy o której krążą legendy, miejsca o którym marzy każdy nastoletni rojber, na Ibizę!
Trudno jednoznacznie ocenić, który z tych dwóch sposobów na dotarcie do brzegów wyspy jest lepszy. Pierwszy- szybszy i wygodniejszy, drugi- bogatszy w atrakcje. Chociaż dla chcącego nic trudnego, z  pewnością na brak doznań nie narzekał jeden z pasażerów naszego Boeinga, który z samolotu wypełzł na rękach kolegów… Jego impreza właśnie się rozpoczęła:)

Nocne wojaże i puste plaże

Powyższe stwierdzenie idealnie oddaje charakter wyspy, o poranku wręcz bezludna (normą zresztą jest serwowanie śniadań do godziny 12:00), po południu zaczyna wypełniać się plażowiczami, którzy starannie zakrywają swoje skacowane głowy przed promieniami słońca. Wieczorem Ibiza rozbłyska światłami, frekwencja na mieście o tej porze jest najwyższa. Zewsząd dobiegają dźwięki klubowych hitów wymieszane z euforycznymi okrzykami o wyraźnie brytyjskim akcencie, tak, tak… Najgłośniej krzyczą tu Anglicy i bardzo dbają o to, aby ich obecność została zauważona.

Wrrrr… jak drogo!

Imprezowy klimat udzielił się nam bardzo szybko! Bardzo szybko odczuła to też nasza kieszeń. Ogromnym mankamentem Ibizy są ceny- decydowanie zbyt wygórowane. Przepłaca się tu dosłownie za wszystko, przez co wyspa niestety traci na swojej atrakcyjności 🙁
Wejściówka do klubu (poza sezonem!) kosztuje od 20 do 70 euro, dwa drinki wewnątrz to wydatek około 40 euro, a małe piwo 11 euro- za takie pieniądze kopie dwa razy mocniej:) Do tego przydałoby się doliczyć dojazd i takim oto sposobem nim się obejrzysz zerujesz swoją kredytówkę. Ale co tam… Raz się żyje, a nie często pojawia się możliwość wirowania na parkiecie kultowej Pachy, tuż przed konsoletą Robina Schulza. Tyle mi wystarczy, żeby na chwilę zapomnieć o tym, że karta sama się nie spłaci.

Before z Bobem

Pozostając w klimacie imprez koniecznie trzeba wspomnieć o kultowym  Cafe Mambo, miejscu, w którym didżeje rozgrzewają się przed całonocnymi koncertami w klubach. Położony tuż przy brzegu lokal przyciąga masę turystów i choć wzdłuż deptaku w  Sant Antoni de Portmany nie brakuje innych interesujących restauracji, to ta nie ma sobie równych pod względem liczby gości.
Nasz wieczór w Cafe Mambo upłynął w rytmie muzyki granej na żywo przez Boba Sinclara i Finału Ligii Mistrzów transmitowanej akurat na telebimie.  Kiedy na hiszpańskiej wyspie, zdominowanej przez brytyjskich turystów rozgrywa się mecz Realu Madryt z FC Liverpool trudno trzymać nerwy na wodzy. Kiedy dodatkowo emocje podsyca francuski DJ, robi się na prawdę gorąco!

Nie tylko dla imprezowiczów

Dla tych którzy liczą na spokojny urlop na jednej z rajsko prezentujących się plaż mam dobre wieści. Ibiza to nie tylko synonim całonocnego imprezowania, ale też, a może przede wszystkim wyspa pełna uroczych zakamarków, schowanych w malowniczych zatokach plaż i spokoju, ale takiego którego trzeba poszukać. Kiedy już się go odnajdzie to najlepiej nie dzielić się z nikim tą informacją i celebrować chwilę.
My ciszy nie znaleźliśmy, ale przyznam, że jakoś szczególnie jej nie szukaliśmy:) Trafiliśmy natomiast na kilka plaż, które z pewnością przypadną do gustu wymagającym. Cala Bassa, Cala Comte, Cala Pinet– tercet egzotyczny w europejskich realiach:) Na każdą z nich można dostać się za kilka euro wodną taksówką, która odpływa z Sant Antoni co pół godziny. Przy temacie plaż warto wspomnieć o tym, że na każdej z nich można bezkarnie opalać się toples i nikt nie ma prawa wlepić nam mandatu.

Piknik

Naszą bazą wypadową na Ibizie była popularna miejscowość Sant Antoni de Portmany. Ściemniać nie będę, tam spokoju nie uraczy nikt, nawet najwytrwalszy poszukiwacz! Zabawa rozpoczyna się tuż po zmroku, a dogorywających imprezowiczów można spotkać rankiem idąc po bułki. Planując wypad z rodziną proponowałabym raczej północno- wschodnią część wyspy. W miejscowości Santa Eulalia spędziliśmy przyjemne popołudnie spacerując promenadą wzdłuż szmaragdowo mieniącej się wody, zajadając hinduskie curry. To miejsce nie przypominało Ibizy jaką znamy z broszur reklamujących wyspę, czas upływał tam leniwie, dzieci budowały zamki z piasku, a dorośli byli… trzeźwi.
Wieczorem urządziliśmy sobie piknik na plaży. Zamiast koca w kratę były reklamówki z Lidla, zamiast wiklinowego koszyka, dwie damskie torebki, no i… nie było jedzenia, był za to Aperol zmieszany z Prosecco i nocne pogaduchy przy akompaniamencie fal.

Trochę kultury i uczta dla oka

Pozostając w klimacie zwiedzania warto wybrać się do stolicy wyspy. Eivissa jest największym i jednocześnie najgęściej zaludnionym miastem na Ibizie. Szczególnie polecam spacer wzdłuż zatoki, która przypomina luksusowy parking dla jachtów i innych „wodolotów”. Przede wszystkim jednak zachęcam do odwiedzenia Dalt Vila, czyli starej części miasta, która na tle imprezowej wyspy stanowi interesujące przełamanie. Jest tam wszystko to co lubię w krajach Europy południowej, wąskie uliczki, punkty widokowe, z których rozpościera się panoramiczny widok, z jednej strony na morze, a z drugiej na miasto. Poza tym znajduje się tam plac pełen restauracyjek, w których można skosztować pysznego tapas i orzeźwić się sangrią na bazie owoców i białego wina.
Siedzieć tak kilka godzin i patrzeć na zaczytanych w prasie codziennej dojrzałych Hiszpanów, biegające dzieciaki wynoszące z restauracji krzesła i ich rodziców co chwilę, krzesła odnoszących. Niby bez sensu, a jednak czasami tak niewiele potrzeba by być szczęśliwym, patrzeć po prostu, delektować się słońcem, smakiem nasączonej winem pomarańczy i widokiem zwykłego ludzkiego zupełnie niespiesznego życia, tak odległego od naszej środkowoeuropejskiej codzienności.
Z rozrzewnionym sercem opuszczamy stolicę. Jest jeszcze kilka miejsc, które warto odwiedzić na Ibizie.

Kolejnym z nich bez dwóch zdań jest Es Vedra– skalna wyspa, którą podobno kiedyś zamieszkiwali ludzie, chociaż przyznam, ze dziś trudno to sobie wyobrazić. Na Es Vedra nie dotarliśmy bezpośrednio, większą frajdę stanowi obserwowanie jej z daleko o zachodzie słońca. Jadąc pod górę krętymi drogami pokonaliśmy wyścig z czasem. Google podpowiadało, że zachód słońca już za kilka minut. Po raz kolejny mój niezawodny mąż, kierowca wyborowy, stanął na wysokości zadania i bez większych problemów komunikacyjnych dowiózł nas na miejsce. Słońce zachodziło, zachodziło i zgasło…

Lazurowe wariacje i hipisowski chill

Ostatniego dnia, wstaliśmy nieco wcześniej. Wszystko po to, żeby zdążyć na statek odpływający tylko raz dziennie na Formenterę. Przed wyjazdem nasłuchaliśmy się, że to miejsce trzeba koniecznie zobaczyć będąc na Ibizie, choć paradoksalnie Formentera to już nie Ibiza. Bilet w dwie strony to koszt ok. 30 euro na osobę, na miejscu warto zainwestować w wypożyczenie roweru, skutera lub melexa. Wybraliśmy pierwszą opcję, za którą zapłaciliśmy całe 6 euro za dzień. Trening zrealizowany, pupa obolała, za to łydki jak wykute ze skały!
Najpierw pojechaliśmy na Ses Salines, miejsce, które znajduje się w rankingu 10 najpiękniejszych plaż świata według portalu Tripadvisor. Nie można było odmówić sobie przyjemności zobaczenia jej na żywo. Nie wiem, czy to reguła, ale odniosłam wrażenie, że im dalej idzie się wzdłuż jej brzegów tym mniej ludzi, im dalej się szło tym mniej ludzi było ubranych.  Na końcu było już nago, nago i bosko, bo woda tutaj to prawdziwe dzieło natury!
Dalej ruszyliśmy naszymi miętowo-liliowymi bestiami na dwóch kołach do stolicy wyspy  Sant Francesc, jak dla mnie San Francisco po prostu:) Miejsce urzekło mnie tym, że trudno było porównać je do jakiegokolwiek innego, w którym byłam dotychczas. Ciche, spokojne, zadbane, białe, ale jakieś takie niewytłumaczalnie inne. Zamówiliśmy białe schłodzone wino i wpatrywaliśmy się w taniec wychudzonego hipisa w długich skórzanych spodniach, machającego głową w rytm starych, wszystkim znanych hitów. Widać było, że znalazł tu swojej miejsce na ziemi.
Resztę czasu, która została nam na wyspie spędziliśmy jeżdżąc bez celu od wioski do wioski, na chwilę zatrzymują się przy plaży Migjorn, która swoim urokiem nieco odbiegała od Ses Salines, ale była też zdecydowanie bardziej kameralna. Jadąc dalej, mijając kolejne gospodarstwa, parterowe ciasne domki zwieńczone czerwonymi dachami i niskie płoty przez które można było głaskać kozy, przypomniało mi się dzieciństwo, kiedy razem z mamą wsiadałyśmy latem na rowery i jechałyśmy przed siebie. Czasami tak niewiele trzeba by odkryć w sobie dziecięcą radość cieszenia się z drobnych rzeczy.