Tuż przed swoją drugą wizytą na Majorce przeczytałam trylogię Majewskiej o tym rajskim zakątku. Okazało się, że podczas swojego pierwszego razu z wyspą widziałam jedynie ułamek tego co ma ona do zaoferowania. Perypetie uciekającej przed korpo światem i nieszczęśliwą miłością Magdy- matki dorastającego Michasia skłoniły mnie do powrotu, tym razem nie z mężem, a z drugą babą, taką z którą spędzam 8h w klimatyzowanym „ołpen spejsie”, z taką, z którą każde niepowodzenie zamienia się w przygodę
Majorka po raz drugi
Ten rok to zdecydowanie czas powrotów. Za każdym razem zarzekam się, ze już nie wrócę i… wracam, tak było z Ibizą i tak jest z Majorką.
Decyzję o podróży podjęłyśmy spontanicznie… zaczęło się pod koniec pewnego wiosennego dnia, kiedy to w korporacjach zaczyna się wzmożony ruch na Pudelkach, Pomponikach i Fejsbukach, każdy odświeża, sprawdza i odlicza minuty do wyjścia z pracy. My oczywiście w tym czasie ciężko pracowałyśmy! W pocie i znoju wpadłyśmy na genialny pomysł o babskim wypadzie. Jednak jak wiecie od celu do realizacji długa droga, ale nie z nami! Kilka dni później byłyśmy już szczęśliwymi posiadaczkami dwóch biletów na Majorkę, każdy w cenie 40 euro za lot w dwie strony, takie perełki tylko z Easy Jetem:)
Dla poznańskich podróżników Berlin jest cudownym rozwiązaniem. Bogata siatka połączeń i bliska odległość sprawiają, że aż chce się bookować.
Kaszka w drodze
Na wyspie wylądowałyśmy, jak na przyzwoite Kopciuszki przystało, około północy. Prosto z hali przylotów ruszyłyśmy po nasze małe autko- Ford Ka or similar– taka informacja widniała na dokumencie rezerwacyjnym. W rzeczywistości czekał na nas nowiutki Mercedes w automacie. Strach przed okiełznaniem potwora bez manualnej skrzyni biegów zmusił nas do wybłagania czegoś innego, mniej egzotycznego. No i dostałyśmy- czerwonego byka, wóz z dala przypominający pojazd strażacki, Nissana qashqaia- taki Ford Ka or similar, ale „ciutkę” większy. Zanim jednak otrzymałyśmy kluczyki, walczyłyśmy z naszymi kartami płatniczymi, które jakby przeczuwając kłopoty, nie chciały umożliwić nam zapłaty. Zmuszone do wykupienia dodatkowego ubezpieczenia (które jak się później okazało baaaaardzo się przydało), przeszłyśmy przez wszystkie formalności i wreszcie mogłyśmy ruszać. Auto od pierwszego wejrzenia otrzymało od nas nowe imię- od tej pory stało się Kaszką!
Ciemną nocą, nieznanymi nam drogami jechałyśmy w kompletnej ciszy i skupieniu. Miałyśmy za sobą już podróż do Berlina, później lot i teraz to, trasę z portu lotniczego Palma de Mallorca do Magaluf.
Uśmiechnięci Majorkańczycy co chwilę machali mijając nasze auto, jak się okazało nie był to gest powitalny, a sygnał o braku włączonych świateł. Rozlegający się na jednym z mijanych przez nas skrzyżowań dźwięk klaksonu również nie był aktem radości na widok dwóch polskich turystek, a dosadną informacją o wymuszonym przez nas pierwszeństwie- już czułyśmy, że pokochają tu nasz styl jazdy:)
Sanatorium dla młodzieży
Tej nocy odkryłyśmy w naszej Kaszce światła, a w Magaluf nocą życie i kosmitów. Mimo później pory (wszystkie zegarki mówiły jedno, było po trzeciej) po mieście chwiejnym krokiem defilowały grupy półnagich osobników i my- damy z plastikową siatką piwa i kawałkiem pizzy w ręku.
Noce w Magaluf, jak się później przekonałyśmy, przypominały wizyty w zoo, co kilka metrów spotykało się coraz ciekawsze okazy. Lamparcie cętki i siatki oblekające ciała wyzwolonych Brytyjek, w szybkim tempie uświadomiły nam, że spakowałyśmy nieodpowiednią garderobę. Moje wydekoltowane koszulki i sukienki kończące się nad kolanem, w zestawieniu z trendami panującymi na deptaku w Magaluf, okazały się worami pokutnymi. I takim oto sposobem same nadałyśmy sobie pseudonim seniorek, a nasze miasteczko nazwałyśmy sanatorium dla młodzieży.
Standardem w naszym hotelu były nocne skoki do basenu i pokazy wspinania się po balustradach, które jak później wyczytałyśmy w sieci, są najczęstszą przyczyną wypadków w tym regionie. My, jak na prawdziwe seniorki przystało, nie skusiłyśmy się na tego typu eksperymenty, stwierdziłyśmy, że trudno będzie prowadziło się auto z dwoma nogami w gipsie.
Sierpniowe kąpiele
Drugiego dnia odkryłyśmy w Kaszce panoramiczny dach, który stał się przyczyną kociokwiku dwóch blondynek z Europy Środkowej! Odważyłyśmy się nawet włączyć radio, którego poprzedniego wieczoru, w obawie przed rozkojarzeniem na drodze, wolałyśmy unikać.
Już zapomniałam jak ciepła potrafi być woda w Morzu Śródziemnym w sezonie. Z reguły na wyjazdy decydujemy się wtedy, kiedy masowa turystyka jest uśpiona. Tym razem los chciał inaczej i tylko w ten weekend kalendarz podpowiadał, że będę miała wolne. Dzięki temu kąpałam się w zupie, bo tak śmiało można określić temperaturę Morza Śródziemnego w sierpniu.
Cala Pi i Es Trenc to dwie zupełnie różne od siebie plaże. Pierwsza z nich ukryta pomiędzy skałami w małej zatoce otoczonej sosnami, druga rozległa, piaszczysta i niczym nie osłonięta. Nam podobały się obie, choć zdaniem Asi ten pojedynek wygrała druga z nich. Moim zdaniem na jej decyzje wpłynęła schłodzona sangria serwowana na tej właśnie plaży, a nie warunki naturalne:)
Po plażowaniu nadszedł czas na zwiedzanie, do którego żadnej z nas nie trzeba było długo namawiać. Obie uwielbiamy poznawać nowe miejsca od innej niż plaża strony. Pierwszym celem był Mirador Es Colomer – punkt widokowy położony na 200- metrowej skale, do którego dojeżdża się krętą drogą. Nic tak szybko nie podnosi temperatury ciała jak mijanie na wzniesieniu, na 90- stopniowym zakręcie autobusu. Żałuję, że nikt nie sfotografował naszych min.
Po spokojnym spacerze i niespokojnej jeździe udałyśmy się do Pollency, w której miałyśmy zamiar rozkoszować się słodkim ciastem migdałowym i gorzką kawą na kostkach lodu w centrum malowniczego miasteczka. Nim jednak zrealizowałyśmy nasz plan najpierw nieco urozmaiciłyśmy wygląd naszej mimo wszystko monotonnej Kaszki. Zacznijmy jednak od początku. Jak można wyczytać na Wikipedii: „…centrum miasta charakteryzuje się nieregularnie biegnącymi uliczkami, tworzącymi labirynty, przypominającymi mauretańską medynę…” . Mauretańskie labirynty okazały się na tyle wąskie, że nasz Nissan otrzymał od nas w podarku kilka drapieżnych wzorów imitujących tygrysie zadrapanie, nieco oberwało też tylne nadkole. Po małym liftingu poszłyśmy wreszcie na kawę i deser.
Po opanowaniu emocji i śmiechu, który mimo wszystko towarzyszył nam po „zdarzeniu drogowym” ruszyłyśmy zobaczyć charakterystyczny punkt miasta, czyli 365 schodów pnących się górę do małej kapliczki. Tego dnia tłumów nie było, bo pogoda nastrajała raczej do morskich kąpieli niż do wspinaczki. Postanowiłyśmy, że nie wejdziemy, bo jest za gorąco i jak to często z nami bywa, postanowienia nie dotrzymałyśmy. Weszłyśmy! Na górze czekała na nas kapliczka i mała restauracyjka, której właściciel był miłośnikiem kotów, co rzucało się w oczy na każdym kroku. Po odsapnięciu i wypiciu lampki wina, nalanego szczerze po brzegi kielicha, zerknęłyśmy na panoramę miasta i w rytm granej przez Pana z gitarą muzyki zaczęłyśmy naszą 365-stopniową podróż w dół.
Nie był to koniec atrakcji tego dnia! Prawdziwe wyzwanie było dopiero przed nami, przede mną jako nawigatorem i przed Asią jako kierowcą. Sa Calobra– malownicza zatoka u ujścia wąwozu Torrent de Pareis, do której dostać się można widokową i kręta drogą. Dowodem na to, że wyzwanie nie należało do najłatwiejszych będzie screen trasy z gogle maps (poniżej). Asia nie zawiodła i mimo jej zapewnień o tym, że lifting Kaszki nie dobiegł jeszcze końca, auto dotarło na miejsce w jednym kawałku, bez nowych znamion.
Do plaży dotarłyśmy tuż po zachodzie słońca, zmęczone całodniowym zwiedzaniem wyspy wskoczyłyśmy ochoczo do orzeźwiającej wody. Stwierdziłyśmy, że z wieczornych kąpieli ustanowimy rytuał podczas tego wyjazdu, każdy nasz dzień na wyspie miał kończyć się właśnie w ten sposób.
Niewypity sok z pomarańczy
Kolejnego dnia na wyspie dokonałyśmy nowego odkrycia w naszym Fordzie Ka or similar – pod podłokietnikiem kryły się dwa, a nie jeden, jak dotychczas myślałyśmy, schowek, a w nim dodatkowe ładowarki, jakże już nam zbędne.
Nauczone doświadczeniami dnia poprzedniego postanowiłyśmy nie ryzykować z pchaniem się naszym wozem strażackim pomiędzy zbyt wąskie ulice, dlatego też w Soller zachowawczo zaparkowałyśmy na pierwszym lepszym parkingu, zupełnie nie zastanawiając się and tym jak daleką drogę będziemy musiały pokonać, żeby dostać się do centrum. Soller słynie z zabytkowego tramwaju kursującego do Palmy i ze słodkiego soku z pomarańczy. O ile przejażdżkę tramwajem postanowiłyśmy sobie odpuścić, o tyle napoju z tutejszych owoców już nie. Pobłąkałyśmy się chwilę ulicami miasteczka, podglądając co kryje się w okiennicach tutejszych sklepów, po czym udałyśmy się Kaszką w kierunku portu, gdzie miała nastąpić degustacja. Ze względu na brak miejsc parkingowych, zwiedzanie portu ograniczyłyśmy do objechania go w poszukiwaniu miejsca postojowego. Tak oto nie wypiłam soku z majorkańskich pomarańczy. No nic… trzeba będzie tu kiedyś wrócić:)
Son Marroig to miejsce bez dwóch zdań idealne na poślubny plener fotograficzny! To właśnie zdjęcia wyszperane w Internecie skusiły mnie, żeby na chwilę zboczyć z głównej drogi i odnaleźć białą altanę idealnie wkomponowaną w śródziemnomorski krajobraz. Po dotarciu na miejsce okazało się, że mój obiekt fotograficznych westchnień znajduje się na terenie muzeum, które akurat tego dnia było zamknięte. Na pocieszenie pozostał nam obłędny widok morskiej panoramy rozpościerającej się tuż przed naszymi oczami.
Kierując się dalej na południe, wzdłuż wybrzeża dotarłyśmy do bajecznego miejsca, które na długo pozostanie w naszej pamięci, do Dei, górskiej wioski, zamieszkałej przez niespełna 800 osób. Klimat tego miejsca totalnie nas powalił. Puste uliczki i pnące się wzdłuż nich bujne rośliny wprawiały nas w zachwyt, dodatkowym atutem była panująca tu cisza i spokój. Ogarniał nas błogostan, a nasze brzuchy powoli dopadł głód, który rzucił nas w objęcia najpyszniejszemu zaskoczeniu całego wyjazdu!
Skuszone przesmykiem światła wydobywającym się z jednej z restauracji, a zwiastującym deser na tarasie, weszłyśmy do Namy (https://www.facebook.com/namadeia/ – restauracja ma swój fanpage). To była jedna z najsmaczniejszych życiowych decyzji. Zajadając się tartą oreo podaną w bardzo nieoczywisty sposób oraz sticky rice z imbirem nie byłyśmy w stanie wydusić z siebie słowa, takie to było pyszne. Na widok kolejnych dań przynoszonych innym gościom, zaczynałyśmy żałować, że nie zjemy tu obiadu. I takim oto sposobem pojawił się kolejny argument do powrotu:)
Po deserze zdecydowałyśmy się na randkę z Chopinem i Georga Sand, czyli na spacer po Valdemossie, miejscowości w której bohaterka wspomnianej przez mnie na początku trylogii poznaje Tima, który mocno namiesza w jej powoli stabilizującym się życiu. W Valdemosie zdecydowanie mocniej niż w Dei czuć wpływy masowej turystki. Wszystko ze względu na kompozytora i jego kochankę, którzy spędzili tam wspólnie zimę 1838 roku.
W drodze powrotnej nie mogło zabraknąć kąpieli, obiecałyśmy sobie przecież, że będziemy kultywować tę tradycję. Padło na Banyalbufar, miejscowość słynącą z tarasów rolnych. Tym razem w wodzie znalazłam się tylko ja. Plaża mimo zachęcających obrazków w Internecie, w realu rozczarowywała, a drogę do niej przypłaciłyśmy ostrym treningiem, bo jak się okazało, nie tak łatwo było do niej dotrzeć.
Ostatni dzień, ostatnia noc…
Ostatniego dnia naszego pobytu Kaszka nieco obita i zapiaszczona w środku, nie zdradziła nam już żadnego swojego sekretu, za to my czułyśmy się w niej pewnie i komfortowo- zupełnie inaczej niż podczas naszej pierwszej przejażdżki.
Ostatni dzień postanowiłyśmy spędzić na Platja de Muro, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Plaża była szeroka, piasek biały, woda błękitna, a drinki mocno zmrożone. Po kilkugodzinnym przewracaniu się z boku na bok wróciłyśmy do hotelu, podśpiewując pod nosem infantylny hit wyjazdu składający się z monosylab, które bardzo szybko trafiały do uszu i wychodziły ustami.
Po całodniowym lenistwie i popisach wokalnych w aucie, zdecydowałyśmy, że ostatni wieczór spędzimy w stolicy wyspy. Pod katedrą La Seu w Palmie stałyśmy akurat w porze złotej godziny, kiedy wszystko dookoła topiło się w zachodzącym słońcu. Paelle mixte zajadałyśmy na Rambli, a naszego parkingu szukałyśmy zupełnie nie tam gdzie faktycznie się znajdował.
Tej nocy jeszcze tylko prawie zgubiłyśmy się na lotnisku, prawie nie oddałyśmy auta, prawie padłyśmy na kolana przed pracownikiem obsługi lotniska, a nad ranem byłyśmy znowu w Berlinie, gdzie nasza podróż dobiegała końca, a w głowach rodził się plan kolejnej wyprawy.
























































