Makaron zamiast tradycyjnego żurku, słońce zamiast wiadra z wodą, a w zastępstwie wizyty w rodzinnym kościele, posiadówa na chodniku pod nieprzeciętnie duża katedrą i prawie rozwód- tak w skrócie można byłoby opisać nasze tegoroczne Święta Wielkanocne 🙂
Halo booking mamy problem
Jak pewnie dla wielu z Was, tak i dla nas święta Wielkiej Nocy nie mają tej samej magii co Boże Narodzenie. Już sama myśl o powrocie w rodzinne strony i rewii mody w kościele przyprawia nas o dreszcze. Dlatego w tym roku zdecydowaliśmy się wykorzystać wolny poniedziałek na małą ucieczkę w południowe rejony Europy.
Wyjazd zaplanowaliśmy z dużym wyprzedzeniem, tak aby bez zbędnych komplikacji spędzić kilka miłych dni we włoskiej stolicy mody. Komplikacje jednak jak się okazuje darzą nas ogromna sympatią o czym przekonaliśmy się po raz pierwszy (i nie ostatni) dzień przed wylotem.
W Bergamo mieliśmy wylądować w sobotę, w późnych godzinach wieczornych, nocnym pociągiem przedostać się do Mediolanu i tam powitać poniedziałkowy poranek. Plan legł w gruzach kiedy właściciel obiektu, w którym mieliśmy spędzić nasz przedłużony weekend, odmówił nam późnego zameldowania. Po wymianie kilku, coraz mniej uprzejmych, maili stanęło na tym, że będziemy musieli zostać na noc w Bergamo. Bez dalszych dyskusji i mnożenia korespondencji zarezerwowaliśmy nocleg w pobliżu dworca PKP i zaplanowaliśmy, że spędzimy w tym mieście Wielką Niedzielę.
Bergamo urzekło nas zdecydowanie bardziej niż sam Mediolan! Piękna pogoda i kameralność tego wertykalnego miasteczka zrobiła na nas ogromne wrażenie. Niestety nie dane nam było w spokoju cieszyć się urokami miasta, bo w międzyczasie wymieniałam korespondencję z hostem, który stwierdził, że w związku z tym, że są święta nie pofatyguje się, żeby przyjechać i przekazać nam klucze… No i zaczęło się, nerwówka, kontakt przez infolinię bookingu, małżeńskie sprzeczki o to, że ja jestem zbyt uległa, a mąż zbyt zasadniczy i tak w koło Macieju! Udręka w pięknych okolicznościach przyrody.
W milczeniu pokonaliśmy około godzinną trasę pociągiem do stolicy Lombardii licząc, że krnąbrny Włoch jednak odnajdzie w sobie resztki człowieczeństwa i nie wystawi nas na najbliższe dwa dni. Nadzieje okazałe się naiwne, bo jak Włoch nie ma ochoty to nie przyjdzie… Nawet nie raczy odebrać telefonu, mimo że prowadzi biznes turystyczny!
Tym oto sposobem, staliśmy pod bramą, gdzieś w Mediolanie, zupełnie bezdomni, zdenerwowani i bez perspektyw na rychłą poprawę sytuacji.
Przyznam, że dział obsługi klienta w rozmowach telefonicznych wspinał się na wyżyny swoich „kołczingowych” umiejętności. W nawijaniu makaronu na uszy byli lepsi niż sami Włosi. Miałam wrażenie, że Pani po drugiej stronie zaraz każe mi wziąć głęboki wdech i zaczniemy seans relaksacyjny. Nie udało się, bo mąż przechwycił słuchawkę i zdecydowanie bardziej stanowczo rozprawił się z rozmówczynią. Ta, trwająca zdecydowanie byt długo, przekomarzanka, zakończyła się tym, że na własną rękę znaleźliśmy i zarezerwowaliśmy inny hotel, nieopodal niepisanej nam rezerwacji.
Nie wchodząc dalej w szczegóły trwającego jeszcze kilka miesięcy sporu na linii my- leniwy Włoch, dodam, że udało nam się odzyskać pieniądze, a Booking podobno zrezygnował ze współpracy z tym gospodarzem.
Ratunkiem na całe zło tego dnia okazała się niezastąpiona włoska kuchnia. Pizza i wino uratowały nasz wieczór. Humor wrócił, a my szybko przeszliśmy w tryb urlopowy.
W drodze powrotnej do apartamentu zaczepił nas Ukrainiec, który najpierw zapytał o godzinę, później zagadał skąd jesteśmy i kiedy podzieliliśmy się informacją o pochodzeniu zaczął mówić coś o wojnie, w niepochlebny dla nas Polaków sposób. Przez chwilę zrobiło się co najmniej dziwnie. Wiedzieliśmy, że ciężko będzie się go pozbyć, więc szybko zmieniliśmy temat na bardziej neutralny, zapytaliśmy gdzie jest najbliższy market, a ten z uśmiechem na twarzy odprowadził nas pod same drzwi warzywniaka majacząc coś pod nosem po polsku, włosku i ukraińsku. To była bardzo dziwna niedziela.
Lody o smaku pistacjowym
Co w Mediolanie zobaczyć trzeba? Jako pierwsze na myśl nasuwa się Piazza del Dumo i wyrastająca na nim katedra. Być tam i jej nie zobaczyć to tak jakby odpuścić sobie Sagradę w Barcelonie, czy Notre- Dame w Paryżu, choć może to ostatnie porównanie nie jest dziś zbyt fortunne. Sam budynek robi duże wrażenie, bo jest… duży! Mimo chęci zabrakło nam cierpliwości na stanie w niekończącej się kolejce osób chcących zwiedzić wnętrze i dach katedry. Pierwotnie w planach zwiedzanie zaplanowaliśmy na niedzielę, ale euforia spowodowana tym, że jednak mamy gdzie spać zmiksowana z włoskim winem nie pozwoliła nam dotrzeć na szczyt. Nie daliśmy jednak za wygraną i chcieliśmy kupić bilety przez internet na kolejny dzień, ale wtorek zaplanował dla nas spóźnionego dyngusa, takiego prosto z nieba, a że średnio przepadamy za kwietniowym deszczem, zwłaszcza takim któremu towarzyszy niezbyt przyjaźnie nastawiony wiatr, odpuściliśmy temat i skupiliśmy się na innych atrakcjach! Odwiedziliśmy Galerię Wiktora Emanuela II, a właściwie ekskluzywne centrum handlowe, w których każda szanująca się blogerka modowa powinna odcisnąć swój ślad. Zwiedziliśmy Zamek Sforzów, zrobiliśmy rundkę po Parku Sempione – kulturalny klasyk świąteczny, spacer po kościele tyle, że u nas bez kościoła:)
Nogi zaprowadziły nas do dzielnicy Porto Nuova, gdzie większe wrażenie niż Bosco Verticale zrobiły na mnie lody pistacjowe. Za każdym razem kiedy trafiam do Włoch zapominam się na maxa i bez wyrzutów sumienia pochłaniam wszytko co puści mi oko zza restauracyjnej witryny. Wieżowiec pokryty roślinami, owszem prezentował się ciekawie, ale lody… lody zdecydowanie przyćmiły go swoim blaskiem!
(Nie)winni zombie
Niepisaną atrakcją turystyczną Mediolanu jest też fontanna. Fontanna marki Apple – marketingowe mistrzostwo! Nikt, dosłownie nikt nie przechodził obojętnie obok kurtyny lejącej się wody. Pomysł na 5+, takie outdoorowe działania reklamowe podziwiam!
Wieczorem musieliśmy powoli żegnać się z Mediolanem. Na tę okazję wybraliśmy dzielnicę Navigli, nasz zdecydowany faworyt w mieście! Miejsce może trochę hipsterskie, może dalece odbiegające od kanałów Wenecji, czy Amsterdamu, ale na pewno nie mniej czarujące. Zajadaliśmy się naszym randkowym przysmakiem, pizzą z tuńczykiem i czerwoną cebulą, ale pamiętajcie takie rzeczy je się na randkach po 10 latach znajomości, bo na pierwszym spotkaniu mogłoby to spowodować, że kolejnych by już nie było:)
Droga powrotna tego wieczoru mocno się nam przeciągnęła, bo trafiliśmy do punktu z niedrogimi winami z dystrybutorów. Widok dość powszechny we Włoszech, w Polsce niestety niespotykany, chyba, że wiecie o czymś o czym my nie wiemy. Jeśli tak, dajcie koniecznie znać! Pół nocy przesiedzieliśmy na drewnianej ławce wypijając dużo czerwonego wina, od którego zsiniały nam całe zęby i usta, i gadaliśmy, tak zwyczajnie, a jednak tak jak nigdy nie ma na to czasu. Świat na chwilę się dla nas zatrzymał, a nam się nigdzie tej nocy nie spieszyło:)


















































