Jest taki kraj, w którym nie ma miejsca dla brzuchów nietolerujących laktozy i glutenu, kraj pełen lodów i okrągłych ciast z mąki pszennej z wytrawnymi dodatkami, które pokochał cały świat. Jest taki region, który łączy włoskie roztrzepanie z austriackim porządkiem i chociaż to połączenie może wydawać się mariażem bez świetlanej przyszłości to wbrew pozorom udaje się z sukcesem!
Jest takie jezioro, w którego nazwie wystarczyłoby zmienić „a” na „e”, by stało by się bohaterką baśni Andersena, a Lago di Garda bez wątpienie zasługuje na tym by o nim pisano
Austriacki atak zimy
O tym, że ten region Włoch zobaczyć po prostu trzeba, przekonywałam się niejednokrotnie odświeżając instagramy i inne pinteresty. I chociaż pierwotnie na majówkę chciałam wybrać się w Bieszczady to atrakcyjniejsze cenowo oferty wpłynęły na podjecie decyzji o wyjeździe do Włoch! Jak szybko mieliśmy okazję się przekonać, długi weekend majowy nie był najlepszym pomysłem na podróż. O ile udało nam się dojechać bez większych komplikacji, o tyle wrócić było już gorzej. Jazda autem na tak długich odcinkach nie jest chyba dla nas… staliśmy się starzy i wygodni, a auto chociaż komfortowe to nie da rady osiągnąć prędkości samolotu, a nawet gdyby dało radę to źle mogłoby się to skończyć.
Po kilku godzinach nocnej jazdy zatrzymaliśmy się w Innsbrucku, który powitał nas, jak na wiosnę przystało, siarczystym mrozem. W tempie błyskawicy wciągaliśmy skarpety i żałowaliśmy, że nikt nie pomyślał o zabraniu rękawiczek. Po małym śniadaniu i krótkim spacerze, aby uniknąć odmrożeń ciała wskoczyliśmy do naszej Skody i pomknęliśmy dalej, z nadzieją, że wiosna jeszcze nadejdzie.
Zagapieni
No i nadeszła:)! Przekonaliśmy się o tym robiąc pierwszy przystanek nad włoskim jeziorem, w Riva del Garda. Tam też po raz pierwszym podczas naszej podróży skosztowaliśmy pizzy, zwykłej margarity, która wraz z pierwszym kęsem wynagrodziła nam cały trud nocnej podróży. Riva to jedno z popularniejszych miast nad jeziorem i nic w tym dziwnego, malowniczo położne nad wodą, z każdej strony oblegane przez wysokie góry, zachęca do tego żeby po prostu usiąść na ławeczce i spędzić cały dzień gapiąc się w wodę.
Jeszcze tylko 30 km i będziemy w Tignale! Ze zdecydowanie zbyt dużym optymizmem podeszliśmy do tej pozornie niewielkiej odległości. Droga serpentynami pod górę zajęła nam półtorej godziny! Po przybyciu na miejsce, kierowca padł i z małą przerwą na szklankę winę, obudził się następnego dnia rano, z silnym postanowieniem, że więcej nie da się namówić na tak wyczerpującą podróż. A kiedy tak słodko sobie drzemał nie wydarzyło się nic… No prawie nic, poza tym, że szwagier wykorzystując sprzyjające okoliczności przyrody padł na kolanko i poprosił o rękę swoją wybrankę:) I tak oto reszta wyjazdu i każde wspólnie wypite wino stało się toastem i okazją do rozprawiania o ślubie. Auguri, przyszli Państwo Fałdzińscy!
Z góry widać lepiej. Z Monte Baldo– najlepiej!
Tą parafrazą prezydenckich słów pozwolę sobie rozpocząć akapit o kolejnym etapie naszych włoskich zmagań, bo właśnie widoku z góry będzie on dotyczył. Zaraz po śniadaniu, w pełnej gotowości ruszyliśmy podbijać szczyt. Zważywszy na to, że na Monte Baldo dojeżdża się kolejka panoramiczną, nie była to heroiczna wspinaczka, w ogóle… to nie była wspinaczka, chociaż przyznam, że przyjemniej niż w ciasnym wagoniku lub stojąc w długiej, na jakąś godzinę, kolejce, żeby do wagoniku się w ogóle dostać, wolałabym tam wejść pieszo, ale… mądry Pola po szkodzie. Tak, czy inaczej dotarliśmy, a z góry widok był faktycznie obłędny! Bez krzty przesady! Lekko zachmurzone niebo dodało kontrastu szczytom ośnieżonych jeszcze gdzie nie gdzie gór.
Kiedy wiatr zaczął przybierać na sile, a kończący się za chwilę bilet parkingowy motywował do powrotu, wsiedliśmy w kolejkę i zjechaliśmy do Malcesine, kolejnego małego miasteczko charakterystycznego dla tego rejonu Włoch. Mało oryginalnie, po raz kolejny zdecydowaliśmy się na pizzę, ale po raz kolejny wybór okazał się mistrzowski, było pysznie!
Kierując się w stronę Tignale zatrzymaliśmy się w Limone sul Garda, które słynie z rosnących tam cytryn, o czym przekonywaliśmy się na każdym kroku. W witrynach sklepów, na charakterystycznych kafelkach z numerami domów- wszędzie cytryny! A jak cytryny to i limoncello… 🙂
W drodze powrotnej mój spontaniczny mąż przeliczył się ze spalaniem naszego ekonomicznego auta, wijąc się krętymi drogami, prowadzącymi na koniec świata, czyli do naszego domku, samochód zamieniał się w smoka, tego z legendy, który najadł się siarki i wypił rzekę. Nasza Skoda z przyjemnością wypiłaby zawartość dystrybutora ze stacji paliw, gdyby tylko jakiś był… na oparach, z sercem na ramieniu zaczęliśmy wjazd pod górę. Wskaźnik paliwa dramatycznie spadał, a mi na myśl o tym, że za chwile staniemy na ostrym wzniesieniu, pocił się ręce. Ostatnia nadzieją była jedyna stacja, którą po drodze wskazywał nam przyjaciel google. Po dotarciu na miejsce okazało się, że… jest zamknięta, bo jak przekazał nam pracownik pobliskiej restauracji, dziś zmarł ojciec właściciela i wyjątkowo jest nieczynne. Porzuciliśmy, więc nasze autko i dalej pokonaliśmy drogę pieszo. Zanim jeszcze zdążyliśmy zrobić pierwszy krok spadł deszcz, zanim dotarliśmy do domku byliśmy przemoknięci do suchej nitki.
Deszczowe Salo i słodkie Sirmione
Rocznicę uchwalenia Konstytucji spędziliśmy spacerując po Gargnano, jedząc pizzę i dla urozmaicenia makarony w deszczowym Salo oraz pijąc rozgrzewający punch, plączący nogi i język, w Sirmione. Dwie pierwsze miejscowości bardzo podobne do siebie i wszystkich innych położonych nad jeziorem, pełne wąskich kamiennych ulic i przybrzeżnych restauracji z biegnącym wzdłuż wody deptakiem, żyjące w swoim spokojnym rytmie. Sirmione nieco inne, pełne turystów i kuszące niezliczoną liczbą smaków gelato sprzedawanych na każdym zakręcie. Kolor wody, z którym zetknęliśmy się w Sirmione różnił się od tego, z którym spotykaliśmy się w innych miejscowościach, był intensywnie turkusowy i gdyby nie chmury zwiastujące deszcz z pewnością niejedna osoba z przyjemnością wskoczyłaby do jeziora.
Mała Skandynawia
Mimo, że moje trampki nie miały jeszcze okazji stanąć na skandynawskiej ziemi to widoki roztaczające się z tamtejszych szkierów wyobrażam sobie mniej więcej tak:
Niech nie zmylą Was te zdjęcie. Nie teleportowaliśmy się nagle na północ, znaleźliśmy jej fragment we włoskiej Lombardii. Droga na Punta Larici nie była już tak łatwa jak dostanie się na Monte Baldo, trzeba było liczyć na swoje nogi lub rower- jak kto woli. Tym skromnym treningiem prawie wykończyliśmy naszych towarzyszy podróży, ale warto było. Widoki roztaczające się z góry były jednymi z lepszych jakie widzieliśmy w życiu.
„Jak się posiedzi to się zje”
Nasz pobyt zakończyliśmy kalorycznym przytupem! Pizzą i deserem! Na stole zaraz po głównym daniu pojawiły się beza, ciasto migdałowe, lody i tiramisu, a wszystko to w towarzystwie świeżych truskawek. Mimo moich wątpliwości, co do tego, czy uda się nam to wszystko zmieścić, udało się, bo jak mawia Magda- świeżo upieczona narzeczona, wszystko jest kwestią czasu, bo „jak się posiedzi to się zje” i tą kulinarną maksymą zakończę tą włoską opowieść.
















































