Na antipasto igranie ze śmiercią podczas każdej podróży samochodem. Na primo piatto trochę argentyńskiego tanga, szczypta kolonialnego uroku i masa barokowych budynków. Na secondi piatto zatłoczone plaże i diabelskie upały, a na dolci najromantyczniejsze miasteczko świata. To zaserwowała nam największa perła Morza Śródziemnego. Kto wie, może i Wy się skusicie…
Sycylijska szkoła jazdy
Tradycyjnie w swoją podróż wyruszyliśmy z Berlina. Po wylądowaniu wynajęliśmy auto i prosto z lotniska w Katanii ruszyliśmy do centrum, w wiadomym celu. Jak na prawdziwych miłośników glutenu przystało, na pizzę! Andrzej rzadko kiedy oddaje się wnikliwej lekturze menu i z reguły wybiera pierwszą lepszą pozycję, ja wręcz przeciwnie. Z tego też względu, podczas kiedy mi przyszło się rozkoszować tym na co miałam ochotę, małżonek musiał zadowolić się pszennym plackiem z ziemniakami… a trzeba było przeczytać!
W Katanii nie zabawiliśmy zbyt długo, bo odległości na Sycylii są na prawdę spore przez co czekał nas jeszcze kawał drogi. Podczas tej podróży od razy dostąpiliśmy wątpliwego zaszczytu zapoznania się z temperamentem drogowym sycylijskich kierowców. Coś jest w powiedzeniu, że im bardziej na południe Włoch tym gorsza kultura jazdy. Przez siedem dni podróżowania samochodem przeżyliśmy tam prawdziwy survival.
Trasa z Katanii do Ragusy zajęła nam prawie dwie godziny. Z perspektywy czasu trochę żałujemy, że nie zdecydowaliśmy się na nocleg w dwóch miejscach, co pozwoliłoby nam lepiej poznać całą wyspę. Niemniej Ragusa okazała się strzałem w dziesiątkę! To zdecydowanie jedno z najbardziej urzekających miasteczek na świecie, a tak na prawdę fart sprawił, że się tam znaleźliśmy, bo pierwotnie mieliśmy mieszkać zupełnie gdzie indziej…
Azjatyckie poświęcenie
Nie zdążyła wybić jeszcze 10:00, a my już szukaliśmy ukojenia przed upałem nad morzem. Dojechaliśmy do Geli, gdzie w pośpiechu spijaliśmy chłodne piwko Moretti i w ramach ukojenia przed żarem paplaliśmy się w gorącym jak rosół na niedzielny obiad, morzu. Piach tego dnia był na tyle gorący, że przejście boso kilku metrów przypominało spacer po rozżarzonych węglach.
Po południu dojechaliśmy do Scala dei Turchi, czyli wapiennego klifu rozpościerającego się nad mocno przeludnioną plażą. Upadł niesamowicie doskwierał, a rzesze turystów nie ułatwiały kontemplowania okolicznych widoków, ale co zrobić… Taka jest cena za podróżowanie w sezonie.
Kiedy trochę zmęczył nas już wszechobecny ścisk i tłum, nieco podniosła nas na duchu młoda para, która dziarsko kroczyła na sesje poślubną. Na widok Azjatki dźwigającej swoją bezową suknię i pana młodego ubranego w mokrą od potu koszulę, która jakby na stałe przywarła do jego ciała zrobiło mi się jakoś lżej. Szaleńcy!
A kiedy wracaliśmy nie niebie rozlała się purpura… ach te sierpniowe zachody słońca <3
Poszli w tango późną nocą
W związku z tym, że na Sycylii pełno jest robiących ogromne wrażenie miasteczek i zdecydowanie mniej atrakcyjnych plaż, wybór padł głównie na zwiedzanie. Wytypowanie kilku miejscowości nie było łatwe, bo uwierzcie mi, jest z czego wybierać! Tego dnia padło na Modice miasto pełne kościołów, punktów widokowych i parujących od wysokiej temperatury chodników. Po raz kolejny słupki rtęci poszybowały na tyle wysoko, że Andrzej zrobił coś, na co kultura osobista z reguły mu nie pozwala, a mianowicie paradował po ulicach bez koszulki. Tymczasem ja cwaniara założyłam sukienkę a’la przewiewna pidżamka, więc byłam zwycięzcą tej wycieczki!
Do Scicli dojechaliśmy w godzinach rozpoczynających sjestę. Po raz kolejne naszym oczom ukazały się świątynie w piaskowych odcieniach i wielobarwne okiennice, których jak już wiecie po lekturze innych wpisów, jestem fanką! No i białe winko… Uratowało nasze serca, głowy i dusze. Mogliśmy na chwilę odpocząć w cieniu wysokich kamiennych budynków, sącząc schłodzony napój.
Na koniec dnia wylądowaliśmy na jednej z najbliższych plaż, gdzie rozpracowaliśmy na czynniki pierwsze wielgachnego arbuza. Maksymalnie zasłodzeni i lepcy w pobliżu mieliśmy ogromną wannę śródziemną, która pomogła zmyć z siebie cala tą słodycz.
Po powrocie do hotelu skusiłam się na sycylijski przysmak, gelato con brioche, czyli po prostu lody w bułce maślanej. Szybko pożałowałam decyzji, a skutki tego odczułam jakąś godzinkę później podczas wieczornej przebieżki po okolicy. Biegłam bardzo szybko! Sytuacje na szczęście udało się całkiem sprawnie opanować:)
Tej nocy cała Ragusa grała, śpiewała i tańczyła… Najpierw w jednej w restauracji, którą ze względu na bezdenny dzban wina, opuszczaliśmy chwiejnym krokiem, muzyk z akordeonem przygrywał przy jednym ze stołów „sto lat”. Na dwóch miejskich skwerach, oddzielonych od siebie kilka minut spacerem odbywały się dwa miejskie koncerty, a kiedy późną nocą wracaliśmy do hotelu najpierw nasze uszy otrzymały tajemniczy bodziec… Z każdym kolejnym krokiem, mimo późnej pory, coraz głośniej rozbrzmiewała muzyka. Kiedy przyspieszyliśmy kroku zza rogu wyłonił się nam zaskakujący obrazek. Na środku skweru, grubo po północy, kilkanaście par tańczyło tango! Nie był to pokaz zawodowców, ale podstawowy krok znał każdy z zebranych. Wrażenie było takie, jakby ktoś na moment przeniósł nas do Argentyny, a nogi aż rwały się do tańca!
I obiecuję, że Cię nie opuszczę…
Kolejny pranek rozpoczęliśmy od filiżanki espresso w Noto. Schody pod świątyniami były tak rozgrzane, że kiedy próbowaliśmy na nich usiąść chociaż na chwilę, pośladki płonęły i cały plan brał w łeb… trzeba było chodzić!
Dalej wybraliśmy się do Syrakuz, ale zwiedzanie w tak wysokich temperaturach bywa mocno utrudnione, nawet dla nas, młodych ludzi cieszących się dobrym zdrowiem i całkiem przyzwoitymi warunkami fizycznymi. Może antyczna kolonia zrobiłaby na nas większe wrażenie, gdyby spadła choć kropelka deszczu. Tymczasem nam po raz kolejny marzyła się orzeźwiająca kąpiel…
Spełniliśmy marzenie udając się na plażę Calamoshe. Nijak to miejsce nie miało się do obrazków prezentowanych w googlowskiej galerii. Pełno było kolorowych parasoli, chyba nie jedyni wpadliśmy na genialny pomysł spędzenia popołudnia nad morzem. Dodam, że dojście na tę plażę nie było najłatwiejsze, ze względu na to, że jest częścią Riserva Naturale di Vendicari, a więc po pierwsze autko zostawiamy na parkingu oddalonym od miejsca docelowego o jakieś dwa kilometry, a po drugie na miejscu nie było żadnych budek z jedzeniem, czy napojami, nawet koszy na śmieci.
To był chyba ten dzień, kiedy upał rezonował na nas tyle mocno, że zaczynaliśmy odczuwać zmęczenie urlopem. Głupio, wiem, wiem, ale wyjazdy w szczycie sezonu to jednak zdecydowanie nie nasza bajka! Dlaczego więc zdecydowaliśmy się lecieć w sierpniu? Standardowo, trafiły się tanie bilety i stwierdziliśmy, że chociaż raz chcemy być pewni pogody przez cały czas pobytu. No i faktycznie… mogliśmy być pewni, że upały nas prędko nie opuszczą.
Krajobraz śląski na ziemi włoskiej
Kolejny dzień okazał się dla nas niezwykle aktywny, rozczarowujący, a dla mnie bardzo kosztowny.
Wybraliśmy się na Etne! Planowaliśmy zdobyć ją pieszo, bo po zdobyciu Teide na tyle spodobało się nam poskramianie wulkanów, ze honor nie pozwolił nam wjechać tam kolejką. W przeciwieństwie do wspomnianego wulkanu na Teneryfie, Etna mocno rozczarowuje. Już na parkingu pełno było nie tylko aut, ale i straganów z magnesami, koszulkami, mapkami i… miodem. Na szlaku natomiast trafiły się egzemplarze, jak w naszych polskich górach. Przed nami np. wspinała się Pani w klapkach i kostiumie kąpielowym, szybko jednak zniknęła z naszych radarów, ciekawe dlaczego… Po drodze mijaliśmy jeszcze kilka ciekawych przypadków, które chyba źle zmierzyły swoje siły na zamiar pokonania dość wymagającego wzniesienia. Sama momentami żałowałam, że nie miałam butów typowo trekkingowych z zabudowaną kostka, bo czarny żwir co chwila wsypywał się do moich asicsów. Sama droga była dość wymagająca i mało atrakcyjna jeśli chodzi o widoki, a to co spotkaliśmy na szczycie mocno zawiodło nasze oczekiwania. Przemysł turystyczny w rozkwicie, górka do zarabiania na ludziach i masa ludzi, która daje na sobie zarobić. Sam wjazd kolejką na górę był drogi, a po dotarciu na nią już czekali przewodnicy, bez których nie można udać się dalej, bo grozi to wysokim mandatem. Zjedliśmy to co mieliśmy w plecaczkach, wytrzepaliśmy buty, poskakałam trochę na potrzeby utrwalenie wspomnień i powolutku zmierzaliśmy w dół.
Schodząc z wulkanu czekała mnie jeszcze jedna „niespodzianka”, poślizgnęłam się na hałdzie czarnych kamieni i asekurując się ręką, w której trzymałam telefon zbiłam w nim szybkę, której wymiana po powrocie do Polski kosztowała mnie (tutaj głośno przełykam ślinę) dużo!
Byliśmy na tyle zmęczeni tym dniem, że postanowiliśmy nie wracać do hotelu. Znaleźliśmy najtańszy nocleg w okolicy i tam się kierowaliśmy.
Nieplanowany przystanek w Pedarze okazał się ciekawym doświadczeniem. Brudni, głodni i zmęczeni dotarliśmy do domu na obrzeżach miasteczka. Nasza gospodyni o orientalnej urodzie i czekoladowym kolorze skóry sprawiła, że na moment po raz kolejny poczuliśmy się jakbyśmy zmienili kontynent. Dodatkowo aranżacja pokoju w stylu kolonialnym sprawiła, że przenieśliśmy się też w czasie. Totalny odjazd za grosze, czasami warto podejmować decyzję podyktowane spadkiem energii.
Kocie rendez-vous
Nazajutrz wybraliśmy się do Taorminy, która miała nas oczarować, a okazała się zdecydowanie przereklamowana. Jeszcze przed wjazdem zastanawiałam się czy nie wybrać tego miasta jako naszej bazy wypadowej, ale ceny noclegów skutecznie mnie zniechęciły! I dobrze! To byłby straszny błąd. Wszędzie tłok, ale taki, że ludzie na ulicach wręcz ocierali się o siebie spoconymi ciałami. Wszędzie pełno zorganizowanych wycieczek czekających na bilety wstępu do kolejnej atrakcji, które trzeba odhaczyć na swojej liście. Dookoła mnóstwo znaków kierujących do konkretnych hoteli, aż zaczęłam się zastanawiać gdzie oni je wszystkie mieszczą, bo jakoś trudno było mi wyobrazić sobie tą ilość na tak zwartej przestrzeni.
Nie spodobała się nam ta miejska przepychanka, więc uciekliśmy na plażę, gdzie po raz kolejny ratowaliśmy się zimnymi napojami.
Wieczorem usiedliśmy w jednej z nietypowych restauracji. Na schodach porozkładane były poduchy, a za stolik do wina posłużyła nam drewniana skrzynka po butelce. Najlepsze co oferowała ta restauracja to widok na starą część Ragusy, którego nie da się opisać słowami, to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Co jakiś czas spokój naszego wieczoru zakłócał jakiś bezdomny kociak, który łasił się do kogo… no wiadomo, że nie do mnie. Mój mąż ma w sobie jakiś koci magnes, nad czym ubolewa za każdym razem kiedy w okolicy pojawia się jakaś włochata kulka.
To był jeden z tych wieczorów i tych widoków, których się nigdy nie zapomina.

Krewetki w panierce z piasku
Ostatni dzień spędziliśmy na plaży Punta Secca. Nawet nie sililiśmy się na dalsze zwiedzanie miast. Za dużo już nam było ludzi… Potrzebowaliśmy ucieczki. Smażyliśmy się na piachu jak krewetki na maśle czosnkowym, a w ramach jakiejkolwiek aktywności co jakiś czas przemieszczaliśmy się brzegiem morza.
Jeszcze tylko wieczorem użądliła mnie pszczoła, mąż uratował opuchniętą nóżkę przed amputacja, wypiliśmy ostatnią butelkę wina na naszych ulubionych schodach i mogliśmy wracać!
Wrócimy tu jeszcze
Sycylia mimo wszystkich swoich bezdyskusyjnych wad rozkochała nas w sobie! Pokochaliśmy ją miłością bardzo temperamentną, bo pozwoliła nam poznać się od wielu stron powalających na kolana (najromantyczniejsza randka na jakiej byłam), jak i do takich, za którą momentami ją nienawidziliśmy (kultura drogowa, a raczej jej zupełny brak). Chyba właśnie to, że wyspa nie ma jednego spójnego oblicza, sprawia że jest tak pociągająca.
Plaże zdecydowanie nie są jej najmocniejszą stroną. Nie są szczególnie zadbane, a woda poza temperaturą niewiele różni się od tej którą serwuje nam Bałtyk.
Wiemy już, że najlepszy czas na Sycylię to na pewno nie sierpień. Myślę, że zarówno wczesna wiosna jak i jesień będą idealnym czasem na delektowanie się zarówno urokami pustych plaż, jak i spokojnych miasteczek, nie pękających jeszcze w szwach od turystów.
Czy jeszcze tu wrócimy? Na pewno, bo podobnie jak po Sardynii został nam niedosyt. Z tym, ze nauczeni doświadczeniem wybierzemy inny termin i tym razem podbijemy północną część Sycylii. Tak więc… Ci vediamo 🙂


























































