Co łączy ciastka pistacjowe, zapach płynu do płukania, złamany palec surferki z Gran Canarii, Mela Gibsona i utwór Volare? Musicie przyznać, że zagadka jest dosyć zawiła, a odpowiedź wcale nie nasuwa się błyskawicznie na myśl. Mowa o Apulii, południowym regionie Włoch, który większość z nas kojarzy z lekcji geografii jako obcas włoskiego kozaczka, a że jako „typowe babsko” jestem fanką obuwia wszelakiego to i ten obcas musiałam przemierzyć na swoich nogach

A mieliśmy jechać w góry…

Oboje z Andrzejem niezmiennie od 27 i 31 lat cierpimy z powodu terminu naszych urodzin, przypadających na luty i listopad. Nie to, że mamy za złe naszym rodzicom, że wyszło, jak wyszło, ale chyba oboje nie raz marzyliśmy, żeby zdmuchnąć świeczki, na kocyku nad rzeką w jakiś wiosenny czy letni dzień. No, ale cóż, są rzeczy na które mamy wpływ i te, z którymi już nic nie da się zrobić, jak z naszymi urodzinami właśnie. Lekarstwem na umilenie sobie, tych jakże ważnych w życiu każdego sapiensa dni stały się dla nas wyjazdy. W tym roku zdecydowaliśmy, że moją kolejną osiemnastkę będziemy świętować w  górach, a konkretnie w Świeradowie- Zdroju. Andrzej znalazł przeklimatyczny domek z sauną, jacuzzi i miejscem na zimowe ognicho, niby góralska chatka, a jednak cytując klasyczkę „jest jakby luksusowo”. Wszystko szło gładko, oczyma wyobraźni widziałam już romantyczne aniołki robione na śniegu, bałwana, który przy naszych zdolnościach manualnych z pewnością by po prostu nie wyszedł, no i te kiełbasy podczas wieczornego ogniska, ale zima zepsuła nam plany, bo po prostu nie raczyła przyjść! Śnieg nie napadał, więc aniołki co najwyżej moglibyśmy zrobić na błotku, a bałwana wyciąć z papieru. Nawet wizja spaceru wydawał się średnio atrakcyjna, bo jak na złość do polski wkroczyła szalona Sabina, która urywała głowy najwytrwalszym piechurom.
Opcję bezkosztowego odwołania rezerwacji potraktowaliśmy jako znak! Kolejnym symbolem były dla nas bilety po 9 euro – jak mówią gimby… i ja (bo też gimbą byłam), żal nie braść! Tydzień później siedzieliśmy już w dobrze nam znanym boeingu 737, który wcale nie leciał do Świeradowa:)

Zapach płynu do płukania

Po wylądowaniu na lotnisku im. Karola Wojtyły w Bari przywitał nas komitet złożony z sanitariuszy ubranych w kombinezony i celujących w środek naszych czół termometrami elektronicznymi. Taka nowa procedura bezpieczeństwa związana z epidemią koronawirusa.
Po opuszczeniu budynku uderzył w nas nie taki letni wiaterek, ale było słońce, a tego jesteśmy zawsze podczas naszej polskiej zimy złaknieni najbardziej. Godzinę później fiatem qubo (który miał być zgrabną 500, ale ze względu na częste kradzieże zaprzestali go wypożyczać) mknęliśmy SS16-stką do naszej bazy w Ostunii.

Tego wieczoru pysznie ugościł nas Angelo Calo w swojej restauracji. Poza nami w lokalu była jeszcze tylko jedna włoska rodzina, która, jak na tradycyjną włoską rodzinę przystało robiła hałasu za kilka tradycyjnych rodzin polskich:) Domyślam się, że w sezonie to miejsce pęka w szwach ze względu na swoją lokalizację i bardzo szeroką kartę… piw regionalnych! Póki co jednak to my pękaliśmy od pizzy, więc w ramach drobnej rekreacji  ruszyliśmy na rozpoznanie terenu. Tej i każdej kolejnej nocy przemierzający wąskie ulice wiatr roznosił pomiędzy zwartą zabudową Ostunii zapach płynu do płukania. W moich wspomnieniach Apulia już zawsze będzie pachniała świeżym praniem suszonym na zwiastującym wiosnę wietrze.

Nel blu dipinto di blu

Volare, oooo, cantare ooooo… Jestem przekonana, że każdy kto trafił na ten wpis, pierwsze słowa tego akapitu rozpocznie nucąc, bo kto nie zna hitu Domenico Modugno, a przynajmniej fragmentu tego znanego na całym świecie utworu, mniej znanego (przynajmniej mi) włoskiego artysty. To w Polignano a Mare prawie sto lat temu urodził się piosenkarz, a my sto lat później przechadzaliśmy się koło jego pomnika. Domenico chyba nie był zbyt dumny ze swojego pochodzenia, bo ponoć przez wiele lat jako miejsce swojego urodzenia podawał Sycylię. Why? Why not:) My totalnie nie rozumiemy tego wyparcia, bo Polignano to przeurocze miasto. Zjedliśmy w nim najlepsze lody czekoladowe na świecie, poznaliśmy Minutolo- wino, którego jeszcze nie piliśmy, ale już wiemy, że będzie trzeba nadrobić tę zaległość:)

Polignano, tym lepiej sytuowanym podróżnikom może kojarzyć się z ekskluzywną Grotta Palazzese, restauracją w jaskini, ze zjawiskowym widokiem na rozbijające się o klify fale. My nie doświadczyliśmy tych luksusów, bo po pierwsze w sezonie zimowym lokal zawiesza swoją działalność, a po drugie (patrz powyżej)- miejsce dla lepiej sytuowanych turystów, nie dla takich, którzy kursują po Europie, z biletem za 9 euro.
To z czego powszechnie znanie jest Polignano to bezsprzecznie plaża Lama Monachile i górujący nad nią most. Dwa najczęściej fotografowane punkty miasta. Przy silnym wietrze w zatoce tworzy się falowanie, które jest nie lada gratką dla fotografów.

Jest jeszcze jedna, mniej popularna atrakcja, a właściwie atrakcje, które na pewno skłoniły do zastanowienia niejednego turystę spacerującego ulicami Polignano. Gdzie nie gdzie na drzwiach, schodach i ścianach można spotkać fragmenty poezji, którą jak się dowiedzieliśmy tworzy miejscowy artysta i za przyzwoleniem mieszkańców publikuje je na wallach, ale nie tych wirtualnych.

Zagraj ze mną w Monopoli

Bezchmurne niebo i przyjemne 15 stopni zachęcało do kontynuowania wyprawy. Tego dnia odwiedziliśmy Monopoli, które wbrew moim naiwnym wyobrażeniom nie miało nic wspólnego ze znaną grą.  
Monopoli to kolejna nadmorska włoska miejscowość pełna kotów, starszych mężczyzn przesiadujących całe dnie na skwerach i taniego espresso! Pierwszy przystanek zrobiliśmy na Piazza Garibaldi, placu, który po wyjściu z zacienionej ulicy cały zalany był słońcem. Nie zastanawiając się byt długo po prostu usiedliśmy na jednej z ławeczek by chłonąć witaminę D, w najprzyjemniejszy z możliwych sposobów. Po chwili lenistwa ruszyliśmy na podbój zamku Karola V, a dalej promenadą Santa Maria na Piazza Palimieri, na którym dalej przyswajaliśmy witaminę słońca.

Do Ostunii wracaliśmy w porze zachodzącego słońca i jak na prawdziwą fotoholiczkę przystało chciałam zatrzymywać się dosłownie w każdej możliwej zatoczce, bo naturalne światło zjawiskowo malowało oliwne gaje, z których Apulia słynie. To właśnie w tym regionie produkuje się aż 40% włoskiej oliwy, czego na prawdę nie da się nie zauważyć, bo oliwki są tutaj po prostu wszędzie.

Burzliwe walentynki

Kolejnego dnia pogoda zademonstrowała nam jaki ma stosunek do dnia św. Walentego, mianowicie, olewczy! Prognozy z tygodniowym wyprzedzeniem ostrzegały nas, że ten dzień może być wyjątkowo mokry, ale niesieni na fali optymizmu wyrokowaliśmy, że w ciągu dnia kapuśniaczek przejdzie no i się pomyliliśmy. Podczas dwóch godzin jazdy do Matery pogoda pogrywała sobie z nami naiwniakami. Raz niebo pięknie oświetlało kwitnące zielone pola i dawało nadzieję, że tak będzie do zmroku, a za chwilę te nadzieję odbierało posyłając nam ciemne chmury spowijające małe miasteczka. To co wydarzyło się po minięciu znaku drogowego informującego o tym, że dojechaliśmy na miejsce, przyprawiło mnie o gęsią skórkę. Ulewa, pioruny i kierowcy redukujący prędkość do 20 km/h, tak romantycznie powitała nas Matera.
Historia tego miejsca jest dosyć przygnębiająca, a panujące warunki atmosferyczne uwydatniały to na każdym kroku. Jeszcze w latach 50′ XX wieku mieszkańcy Matery nie mieli dostępu do elektryczności i bieżącej wody, toczyły ich choroby i doskwierało ubóstwo. Proces odnowy tego miejsca trwał ponad 30 lat. W 1993 roku Matera została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, a w 2019 pełniła rolę europejskiej stolicy kultury. Na początku XXI wieku stało się coś co przyniosło miastu sławę i przyciągnęło turystów. Matera za sprawą Mela Gibsona stała się planem filmowym jego głośnego filmu Pasja. Tyle teorii… W praktyce wiatr i deszcz skutecznie zniechęciły nas do szwędaczki ulicami miasta. Uwierzcie mi, że naprawdę mało rzeczy jest w stanie zrazić nas do odkrywania nowych miejsc, ale podjęcie tego wyzwania groziło skręconą na mokrych kamieniach kostką lub wysoką gorączką. Odpuściliśmy, a niedosyt pozostał… W drodze powrotnej w naszych lusterkach odbijało się przejaśniające niebo, zabrakło nam jednak determinacji, żeby zawrócić. Materę pożegnaliśmy widokiem z jednego z punktów widokowych i przemarznięci udaliśmy się na poszukiwanie gorącej herbaty.

Apulijskie Trójmiasto

Alberobello Locorotondo Martina Franca to jak dla mnie nasze Gdańsk- Gdynia- Sopot, z tym, ze nie nad morzem. Usytuowane w bliskiej odległości od siebie miasteczka są częścią tzw. białej Apulii, nazwanej tak z powodu jasnej zabudowy. Mimo wielu podobieństw, każde z nich oferuje coś innego. W Alberobello niezależnie od pory roku roi się od turystów przemierzających z aparatami dzielnice Rione Monti, słynące z charakterystycznych niskich domków ze stożkowymi dachami. To miejsce mnie nieco rozczarowało. Oczekiwałam kameralnej wioski godnej papy smerfa, a dostałam mocno skomercjalizowaną część miasta obleganą przez turystów i handlarzy pamiątkami.

Locorotondo słynie z owalnej starówki. Zwrócenie uwagi na kształt placu jakoś mi umknęło, bo byłam zajęta zachwycaniem się całoKSZTAŁTEM okolicy! Zwiedzanie zaczęliśmy od leżakowania na ławce w Villa Comunale, dalej jak na drobnych leniuszków przystało zatrzymaliśmy się na kawkę. Locorotnodo mogę porównać do jajka niespodzianki, najpierw zjadasz mleczną czekoladę – spacerujesz dookoła miasta malowniczą Via Nardelli, a następnie dostajesz się do środka i odkrywasz tam prawdzie skarby! Nie wiem, jak to się udaje mieszkańcom, ale w centrum pełno jest kolorowych żywych kwiatów, panuje czystość, spokój i harmonia. Do każdego z mieszkań prowadzą schody, a wzdłuż nich wiją się elegancie balustrady. Na łazikowanie ulicami Locorotondo warto poświęcić co najmniej 2h. Mapy są tu zbędne, a najlepszym sposobem na poznanie tego miejsca jest zagubienie się w jego bajkowych ulicach. To miasto to zdecydowanie mój apulijski faworyt!

W Martina Franca zatrzymaliśmy się w porze sjesty, czyli wtedy kiedy nasze brzuszki snują plany obiadowe. Informacje o godzinach otwarcia restauracji dostarczane przez googla, mają się nijak do włoskiej rzeczywistości. Po pocałowaniu kilku klamek zaufaliśmy naszemu zmysłowi i tak prowadzeni zapachem dotarliśmy do zupełnie niepozornej trattorii. Mimo opustoszałych ulic w porze sjesty w lokalu był jeden tylko wolny stolik, jakby czekający właśnie na nas:)

Po uczcie złożonej z kilku serowych i mięsnych przystawek, makaronach i paru lampkach wina udaliśmy się po raz pierwszy zobaczyć morze! Po dotarciu na Costa Merlata naszym oczom ukazał się naturalny spektakl ze skałami i rozbijającymi się o nie falami w rolach głównych. Wszystko to na tle zachodzącego słońca. Przyznam, że trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie dnia.

Karnawał w Lecce i spokój Brindisi

Następnego dnia przenieśliśmy sie do krainy małych Elz z Krainy Lodu, Harrych Potterów i Czerwonych Kapturków. Średnia wieku bohaterów wynosiła maksymalnie pięć lat. Pewnie teraz myślicie sobie, że poprzedniego wieczoru wypiłam za dużo Minutolo i moja wyobraźnia zafundowała mi jakieś dzikie historie. Otóż nie, nie… W ten sposób mali mieszkańcy Lecce świętowali ostatni weekend karnawału. Na ulicach barokowego miasta panował prawdziwie bajkowy klimat. Lecce to największe miasto Półwyspu Salentyńskiego, a my chyba jednak wolimy te małe włoskie perełki.

Z Lecce pojechaliśmy do Brindisi, chyba jednego z najbardziej barwnych narodowościowo fragmentu Apulii. Spotkać tam prawdziwego Włocha to tak jak trafić w mieszance studenckiej na orzech a nie kolejną rodzynkę.
Subiektywnie przyznam, że jeśli goni Was czas to śmiało możecie zrezygnować ze zwiedzania tych miast na rzecz mniejszych, zdecydowanie bardziej urzekających miejscowości.

The man who watched the birds

Marmoladą w pączku tego dnia okazało się ponownie morze, a konkretnie rezerwat Torre Guaceto. Tam zatrzymaliśmy się na spacer wzdłuż plaży. Byłoby całkiem normalnie, gdyby nie niesamowity widok liczonych chyba w miliardach ptaków, które przemieszczały się nad naszymi głowami. Nie szło patrzeć sobie romantycznie w oczy, bo trzeba było chronić swoje głowy przed przysłowiowym szczęściem lecącym z nieba. Oprócz nas jeszcze kilka innych osób podziwiało latające cuda. Gdyby ktoś spojrzał na nas wszystkich z boku to wyglądało to trochę jak kadr z katastroficznego filmu, zastygli w jednej pozie ludzie stojący i patrzący w jeden punkt na niebie, jak w zbliżającą się kometę, która za chwilę zmiecie ziemie z kosmicznej przestrzeni. Nic takiego się jednak nie stało… Ludzie wracali do domu, ptaki leciały w nieznanym kierunku, dzień się kończył, a życie toczyło się dalej:)

Sposób na szczęście

Bari ze względów logistycznych zostawiliśmy sobie na ostatni dzień. Do odlotu mieliśmy około czterech godzin, które roztrwoniliśmy chodząc bez celu w labiryncie wąskich ulic Citta Vecchia, jedząc panzerotto z ośmiornicą i lody pistacjowe.

Tego samego dnia wieczorem wylądowaliśmy w wietrznym Berlinie. Po drodze zabraliśmy na bla bla pasażerkę. Dzięki jej opowieściom droga powrotne jakby skurczyła się w czasie. Dziewczyna była prawdopodobnie przed trzydziestką, miała długie czarne włosy i inspirujące historie do opowiedzenia. Do Polski przyleciała na operację palca, którego złamała surfując na Gran Canarii, gdzie od pół roku mieszka. Wcześniej próbowała przez rok życia na Islandii, a jeszcze wcześniej skończyła poznański UEP i pracowała jako broker ubezpieczeniowy… To taka historia w  pigułce, która inspiruje i po raz kolejny uświadamia, że szczęście to bardzo względna materia. Dla jednego będzie nim stabilna, praca, kredyt, dom,  a dla innego wiatr we włosach, piach pod bosymi stopami i nieskrępowana wolność przemieszczania się po świecie… Tego życzę sobie Wam, żeby każdy z nas zalazł swój sposób na szczęście:)