Moja kondycja fizyczna przez ostatnie miesiące uległa znacznemu pogorszeniu, ale skutki izolacji spowodowanej pandemią odczułam chyba nie tylko ja. Zbyt długa zima, wiosna, która chyba się na nas obraziła i pozamykane kluby fitness mocno odbiły swoje piętno na formie niejednego Kowalskiego. Główną atrakcją ostatnich miesięcy (przynajmniej dla mnie:)) były niekończące się seanse telewizyjne i ratowanie swojego zdrowia psychicznego poprzez podjadanie rozmaitych pyszności. Jedyną opcją na jakąkolwiek aktywność fizyczną były spacery, ale pogoda jakoś skutecznie do nich zniechęcała, wspinaczka po schodach zamiast jazdy windą (udało mi się może ze dwa razy) oraz sprzątanie. Tak dłużej być nie może! Kiedy tylko podjęto decyzję o zdjęciu części obostrzeń spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w Karkonosze!
Wszystko to, czego nie widzieliśmy
Trasę z Poznania do Świeradowa pokonaliśmy w niespełna cztery godziny. Nie zahaczyliśmy co prawda o fabrykę porcelany w Bolesławcu ani o wyższy niż w słynnym Rio pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie, a można… Jeśli ktoś ma ochotę na tego typu atrakcję to wszystko to czeka na trasie do Świeradowa:) Gdyby był wrzesień to może skusilibyśmy się na przystanek w Zielonej Górze, bo wtedy właśnie odbywa się tam winobranie i można do woli kosztować lokalnych trunków, ale był maj, wina nie było to i z postoju zrezygnowaliśmy.
Pierwszego dnia, zrobiliśmy rundkę po okolicy. Świeradów- Zdrój świeżo co otrząsał się z marazmu spowodowanego pandemią. Mimo zielonego światła ze strony rządu, wiele restauracji było jeszcze pozamykanych, a właściwie to niewiele było otwartych. Co można znaleźć w tej niewielkiej miejscowości uzdrowiskowej? Deptak, park i dom zdrojowy, w którym można spróbować wody o magicznych właściwościach i parszywym smaku, kolej gondolową, którą za 50 zł można w osiem minut wjechać na 1060 m.n.p.m. i zjechać stamtąd w ten sam sposób.
Wieczorem ze względu na ograniczone przez pandemię zaplecze gastronomiczne miasta, kolacje zjedliśmy w Szklarskiej Porębie, w Młynie Łukasza. Porcje serwowane w restauracji były tak duże i tak smaczne, że kolejnego dnia ponownie wylądowaliśmy w tym samym miejscu, sprawdzając czy aby na pewno wszystkie inne pozycje z menu są równie smaczne. Nie zawiedliśmy się:)!
Karkonoska rozgrzewka
Drugiego dnia dojechaliśmy do Karpacza i spod świątyni Wang wybraliśmy się do dobrze nam juz znanego schroniska „Samotnia”, które ze względu na dystans i dosłownie niezbyt wygórowaną trasę było osiągalnym celem dla grupy, ostatnimi czasy, mało aktywnych piechurów. Na górze ze względu na obostrzenia nie dane nam było skosztować naleśników z twarożkiem, ale widok dostatecznie sycił nasze zmysły:)
Trzeciego dnia wbrew prognozowanym opadom deszczu zaskoczyło nas słońce i temperatura wysoka na tyle, że zamiast na długie dresy zdecydowaliśmy się na krótkie spodenki… od pidżamy, bo innych w obawie przed najgorszą pogodą nie spakowaliśmy. Wycieczkę zaczęliśmy od przystanku nieopodal Zakrętu Śmierci, z którego rozpościerał się widok na najbliższą okolicę.
Auto zaparkowaliśmy w Szklarskiej i stamtąd, przez las ruszyliśmy w kierunku Wodospadu Szklarki i dalej na Złoty Widok – drewniany taras widokowy, który oddano do użytku dopiero w tym roku.
Cała trasa zajęła nam niewiele czasu i nie była zbyt wymagająca, więc po wyjściu z kwarantanny nim zdecydujecie się na zdobycie Mount Everestu proponuję metodą małych kroczków wybrać się na rozruch w Karkonosze:)
Mazury w górach
Tego popołudnia pogoda zgotowała nam prawdziwą przeplatankę. Zaryzykowaliśmy, spakowaliśmy koce i ruszyliśmy w kierunku jeziora Leśniańskiego po drodze mijających Mirsk i inne charakterystyczne dla tego regionu niewielkie miasteczka. Rzepakowe pole na zmianę pięknie mieniły się w słońcu, by po chwili stanąć w ostrym cieniu pochmurnego nieba. Po dotarciu do celu nie było sensu zabierać koca, bo słońce zniknęło i tego dnia już się nie pojawiło.
W drodze powrotnej przenieśliśmy się na moment do średniowiecza, prosto na pobliski Zamek Czocha.
Ostatniego dnia, wracając do domu zatrzymaliśmy się jeszcze w Rudawach Janowickich, słynących z czterech kolorowych jezior. Pierwsze, żółte było doszczętnie wyschnięte, więc zwyczajnie go nie zobaczyliśmy. Drugie, purpurowe, w cieniu przypominało plamę benzyny rozlaną na stacji, za to w słońcu odzyskiwało swój intensywny kolor. Trzecie spodobało nam się najbardziej! Błękitne jeziorko było w rzeczywistości bardziej turkusowe niż błękitne i kiedy tylko wychodziło słońce, wyglądało naprawdę zacnie. Najdłużej szło się do ostatniego, zielonego, które przypominało mętną breję, nie zachęcającą nawet do zamoczenia najmniejszego paluszka stopy.
Karkonosze w maju tego roku były wyjątkowe opustoszałe, na szlaku mijaliśmy pojedyncze osoby przez co ogólnodostępne, niewysokie góry wydawały się jakby bardziej dzikie i spokojne jednocześnie. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że coraz lepiej radzimy sobie z Covidem i coraz mniej się go obawiamy, więc mocno trzymam kciuki za turystykę na całym świecie i za podróżników, którzy dzięki swojemu zamiłowaniu do odkrywania nowych miejsc mogą dołożyć cegiełkę do tego wdzięcznego, dostarczającego uśmiechu i budzącego masę pozytywnych emocji, biznesu:)
















































