W poszukiwaniu fioletowych krów, soczyście zielonych łąk, piwa lanego w litrowe kufle i starych Niemców spacerujących w skórzanych spodniach na szelkach, udaliśmy się w kierunku Bawarii! Na ten, a nie inny kierunek padło trochę z braku laku i jak się szybko okazało, mocno nie doceniliśmy potencjału tego regionu. Bawaria nas zachwyciła!

Pod prąd

Ze względu na pandemię, o której mówi się nieprzerwanie od ponad pół roku, cały świat stanął na głowie, a ten turystyczny świat szczególnie. Nic nie wygląda już tak jak dawniej, wzmożone kontrole, wszechobecne maseczki, nie zawsze racjonalne obostrzenia i naprzemienne izolujące się i otwierające kraje. Tak wygląda lato 2020.
Idąc pod prąd postanowiliśmy nie dać się temu całemu szaleństwu i mimo wszystko nie zamykać w domu na cztery spusty! Nasze plany zmieniały się jak w kalejdoskopie. Na celowniku znalazły się tanie bilety do Portugalii, ale niestety loty w interesującym nas terminie zostały odwołane. Przez myśl przeszła nam też Szwajcaria, ale ta z kolei okazała się niezwykle drogim wyzwaniem, zupełnie nieadekwatnym do zasobności naszych skarbonek. Kiedy już powoli zaczęliśmy odpuszczać temat dalszych wojaży, małżonek rzucił coś między wierszami o Bawarii. Już kiedyś, po jednej z służbowych podróży wychwalał mi uroki Monachium, ale mnie jakoś nigdy szczególnie do tygodniowego urlopu w Niemczech nie ciągnęło, a niesłusznie…

Lipska lipa

Pierwszy przystanek na trasie z Poznania zrobiliśmy w Lipsku. Miasto totalnie nas rozczarowało. Beton, beton i remonty! Na każdym kroku można było odczuć, że Lipsk należał do niemieckiego bloku wschodniego (czy NRD, jak kto woli), zupełnie nic nam się nie podobało. Nawet po wjeździe windą na 29 piętro jednego z budynków w centrum miasta nie drgnęła nam powieka, nadal nic, zero „ochów”  i „achów”. Temu miastu drugiej szansy raczej już nie damy. Kości zostały rozprostowane, kawa wypita, złe wrażenie pozostało i napawało obawami, czy na pewno warto pchać się w głąb tego kraju…

Zaginione „to coś”

Kilka godzin później dotarliśmy do Monachium. Auto zostawiliśmy blisko naszego hotelu, przy stadionie olimpijskim. Pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście do centrum, na Marienplatz, nad którym dumnie prężył się Nowy Ratusz robiący wrażenie nawet na totalnych architektonicznych ignorantach. Pobłąkaliśmy się tego wieczoru bez wyraźnie sprecyzowanego celu, ale podobnie jak i Lipsk, miasto nie zrobiło na mnie efektu wow, mimo, że bardzo starałam się odnaleźć w nim „to coś”.

Golasy w centrum miasta

Kolejny dzień w bawarskiej stolicy rozpoczęliśmy spacerem po Hofgarten i Englisher Garten, zdecydowanie, jak dla mnie, atrakcyjniejszymi od monachijskiej starówki. Oba ogrody znajdują się właściwie w centrum miasta, a drugi z nich jest ponoć rozleglejszy niż nowojorski Central Park! W Englisher Garten można spotkać wypoczywających Monachijczyków, w strojach Adama i Ewy, bo naturyzm jest tu dozwolony i za paradowanie z gołym kuperkiem nie grozi tu żaden mandat. My się nie skusiliśmy, chociaż palące słońce zachęcało do wyskoczenia z łaszków. W ogóle to co bardzo zaskoczyło mnie podczas tego wyjazdu to stosunek Bawarczyków do nagości. Nie spodziewałam się, że mają oni tak dużą swobodę w tym temacie. Zawsze kojarzyli mi się raczej z powściągliwością w tym zakresie, a tymczasem na plażach małe dzieci wesoło hasały tak jak ich Pan Bóg stworzył, a seniorzy bez oporów prezentowali swoje ciała w kostiumach kąpielowych.  Teoretycznie nie ma w tym nic dziwnego, jednak w Polsce coraz rzadziej widzi się małe szkraby bez kolorowych strojów, a przecież to taki synonim beztroskiego dzieciństwa i wolności. Podobnie jest w przypadku starszych osób, nasze społeczne tabu, które sami przecież na siebie narzuciliśmy, doprowadziło do tego, że „starszym nie wypada” i tym oto sposobem, rzadko można spotkać seniorów w strojach plażowych. Szczerze pozazdrościłam im tej otwartości, którą przyznam, że mocno mnie zaskoczyli, pozytywnie oczywiście:)
Dla spragnionych adrenaliny park zapewni jeszcze jedną, bardzo widowiskową atrakcje. Przez środek przepływa lazurowy potoczek Eisbach, w którym teoretycznie obowiązuje zakaz kąpieli, ale w praktyce w upalne dni nie jest on respektowany przez złaknionych ochłody Monachijczyków. Jednak nie sam nurt i kolor wody jest tu najciekawszy, a fala, po której surfują na deskach miejscowi.

Po hotelowej sjeście, na koniec dnia udaliśmy się do pobliskiego parku olimpijskiego, w którym Polska reprezentacja w piłce nożnej, w 1972 roku pokonała Węgry i zdobyła złoty medal igrzysk!

Chociaż w planach było więcej, bo i muzeum BMW, które mieliśmy właściwie pod nosem, jak i wjazd na Olympiaturm, z której podobno widać Alpy, to tym razem postawiliśmy na chillowanie w miejskich ogrodach, które ze wszystkich monachijskich atrakcji najlepiej trafiły w nasz gust.
Wieczór zakończyliśmy tradycyjnym niemieckim posiłkiem, czyli tureckim kebabem!

Trochę wody dla ochłody

Tę noc spędziliśmy jeszcze w Monachium, w dusznym hotelowym pokoju, w którym klimatyzacja z kretesem przegrała walkę z upałem. Kolejnego dnia wsiedliśmy w samochód szukając ochłody nad jeziorem Chiemseee, największym w Bawarii. Na ten sam pomysł co my wpadła chyba połowa Monachium, bo po przyjeździe na miejsce zastał nas spory tłok. Jezioro dalece odbiegało tego dnia od instagramowych obrazków prezentujących puste przestrzenie z krystalicznie czystą wodą mieniącą się na tle alpejskich szczytów, ale spokojnie, spokojnie… takie widoczki, chociaż nie wiedzieliśmy były jeszcze przed nami:)
Jeśli ktoś ma ochotę spędzić czas aktywnie, może wynająć sobie wodny rowerek, łódkę, czy paddle. Jeśli natomiast zamiast leżeć plackiem nad wodą wolicie się ukulturalniać, możecie wybrać się w rejs statkiem po dwóch wyspach leżących na jeziorze.

Cabrioletem na schabowego

Po południu planowaliśmy przedostać się do ponoć jednego z najpiękniejszych bawarskich jezior – Konigssee, ale jak to bywa z planami – lubią się zmieniać.
Zupełnie niespodziewanie dostaliśmy zaproszenie od jednego z klientów Andrzeja, mieszkającego 13 km od Monachium. Skoro byliśmy już tak blisko, warto było spotkać się ze starym znajomym i dać mu się porwać w miejsca znane tylko miejscowym. Nie pożałowaliśmy tej decyzji:)
Gunther zabrał nas swoim błękitnym cabrioletem na wycieczkę po okolicznych wioskach. Słońce leniwie zachodziło nad polami, w powietrzu unosił się zapach… krowy, a my sunęliśmy w kierunku malutkiego jeziorka skrytego w głębi lasu, do restauracji, w której zjedliśmy prawdziwego niemieckiego sznycla!

Droga (bardzo) romantyczna

Dwie kolejne noce spędziliśmy w maleńkiej bawarskiej wiosce Bad Bayersoien. Spaliśmy w Landhotel Zum Metzgerwirt – typowym dla tego regionu pensjonacie, skąd mieliśmy świetną bazę wypadową nad Kochelsee, Walchensee, Staffelsee i Forggensee, no i żeby nie było, że samymi jeziorami żyjemy… na Romantische Straße, szlak którego wartości po raz kolejny, jak wielu innych bawarskich perełek, nie doceniliśmy!

Wszystkie odcienie szmaragdu

Dla urozmaicenia, kolejnego dnia zdecydowaliśmy się pojechać nad… jezioro! Ten plan może na pierwszy rzut oka nie wydawać się zbytnio atrakcyjny, dla niektórych pewnie jest zwyczajnie nudny, ale uwierzcie mi, w Alpach kryją się prawdziwe skarby! My akurat zdecydowaliśmy się poświęcić nasz czas na objazd szlakiem jezior, ale jeśli ktoś preferuje wspinaczkę, woli długie spacery w dolinach, czy jazdę na rowerach zapierającymi dech w piersiach szlakami, to tutaj znajdzie wszystko czego dusza zapragnie + piwko i schabik gratis:)
Tego jak i poprzedniego dnia Bawaria przywitała nas niespecjalnie zachęcającą do wystawienia nosa spod kołdry pogodą. Z nieba lał się deszcz, wszystko było spowite chmurami, nad koronami drzew unosiła się gęsta mgła i znikąd nie zanosiło się na poprawę tego stanu! Nie zniechęciło nas to jednak do dalszej podróży. Po śniadaniu, uzbrojeni w jeden lichy parasol ruszyliśmy w kierunku Eibsee, które w przeciwieństwie do kilku poprzednich akwenów, nad którymi zatrzymaliśmy się podczas wyjazdu, było dużo bardziej komercyjne. Co przez to rozumiem? Masa turystów i co chwilę kursujące autokary z wycieczkami, ale niech Was to nie zniechęci! Nad Eibsee jest pięknie! Woda ma tam głęboki szmaragdowy kolor nawet, kiedy nie przegląda się w nim żaden promyk słońca. Dodatkowym atutem tego, jak i każdego innego zbiornika w tym regionie jest to, że można się w nim kąpać, w dowolnym miejscu! Pragniesz ochłody, ściągasz gatki i korzystasz na całego z przyjemnego orzeźwienia.

Spacer nad przepaścią

Wyjeżdżając z Eibsee, zupełnie niepostrzeżenie przekroczyliśmy granicę z Austrią. Początkowo obraliśmy azymut na jezioro Alpsee, ale po drodze ku naszemu zaskoczeniu pojawił się znak informujący o tym, że znajdujemy się w pobliżu Highline 179 – kto oglądał Down The Road, ten doskonale pamięta most zawieszony na wysokości 115 metrów, który przyprawiał o zawroty głowy uczestników programu. Można się na niego dostać pieszo lub wjechać specjalnie do tego przystosowaną kolejką. Kiedy znaleźliśmy się na szczycie nie było odwrotu, weszliśmy i dziarsko przemierzaliśmy kolejne odcinki metalowej konstrukcji zawieszonej nad przepaścią.

Kiedy adrenalina nieco opadła, wzrósł apetyt, korzystając z faktu, że już do Austrii wjechaliśmy zatrzymaliśmy się w miejscowości Reutte na obiad i podziwianie kolejnych widoków! Drogi prowadzące przez ten region sprawiały, że trudno było zdecydować się, czy robić zdjęcia, kręcić filmiki, czy zwyczajnie gapić się na te cuda natury z nosem przyklejonym do szyby.  Wygrała ostatnia opcja, bo żadna fotka, cz nagranie nie było w stanie oddać tego, co natura tutaj wyczarowała.

Po południu udało nam się wreszcie dojechać do Alpsee, po nim mieliśmy jeszcze przespacerować się w kierunku „zamku Disneya” (a właściwie to Henryka Szalonego:)) i Marienbrucke. Chociaż chęci były to zabrakło już mocy w naszych akumulatorach i po krótkiej przechadzce brzegiem kolejnego jeziora poddaliśmy się. Zamek obejrzeliśmy z perspektywy trasy  prowadzącej do naszego pensjonatu.

Norymberga po tajsku

Kolejnego dnia, z ogromnym żalem pożegnaliśmy naszą alpejską wioskę i ruszyliśmy w kierunku Norymbergii, po drodze zatrzymując się jeszcze na mały plażing nad Starnberger See.
Norymberga, choć dużo bardziej urokliwa niż Lipsk to i tak nie umywała się do widoków jakie serwowały nam alpejskie krajobrazy przez ostatnich kilka dni. To co urzekło nas po dotarciu na miejsce najbardziej to nie nagromadzenie murów pruskich, czy dom Albrechta Durera, ale niepozorna tajska knajpa przy ruchliwej ulicy, oddalona od centrum (Thai Food 1 przy Bucher Straße 23). Ciągły ruch i zapachy wydobywające się z niewielkiego lokalu były sygnałem, że będzie dobrze, ale zupełnie nie spodziewaliśmy się, że aż tak dobrze! Na koniec naszego urlopu zgotowaliśmy sobie aromatyczne wspomnienie tajskich wakacji pod niemieckim niebem.