Megalonissos, czyli Wielka Wyspa– takim mianem Grecy ochrzcili Kretę, największą spośród tysięcy wysp greckich i piątą(!) co do wielkości w basenie Morza Śródziemnego.
Przed wyjazdem spotykałam się z wieloma opiniami na temat Krety. Jedni z perspektywy hotelowego basenu twierdzili, że w sumie to „nic specjalnego”, a inni byli nią totalnie zachwyceni wychwalając kuchnię, wino i grecką gościnność, z którą zetknęli się podczas pobytu na wyspie.
My na szali zachwytów i rozczarowań znajdujemy się gdzieś pośrodku, z delikatną przewagą ku zachwytom😊 Dlaczego? Za chwilę wszystko Wam wyjaśnię
Let’s get it started
Zacznijmy jednak od początku. Za oknem polskie lato, słoneczne i beztroskie, po pracy odbieramy młodego ze żłobka i resztę dnia spędzamy na świeżym powietrzu. Lubimy to i jak ognia piekielnego boimy się nadciągającej jesieni! Zdając sobie jednak sprawę z tego, że spadające z drzew liście i coraz krótsze dni to sprawa nieunikniona, tradycyjnie postanowiliśmy nieco przedłużyć sobie naszą ulubioną porę roku. W tym celu wybraliśmy się do Grecji, czy jak to mawia nasz syn „Glecji”.
Tak więc… W pewien wrześniowy wieczór, spakowaliśmy swoje manatki i prosto z poznańskiej ławicy wylecieliśmy w kierunku słonecznego przeznaczenia.
Na lotnisku w Chanii, mimo późnej pory, przywitała nas wysoka temperatura, co było zwiastunem dobrego urlopu. Witaj Kreto😊!
Życzliwy jak Grek
Auto wypożyczyliśmy w lokalnej wypożyczalni Horafakia. Muszę przyznać, że od dłuższego czasu nie korzystamy już z międzynarodowych sieci, bo po pierwsze- mają wyższe ceny, po drugie- mają dużo dodatkowych opłat i restrykcji, po trzecie- często blokują na kartach wysokie kwoty i zastrzegają sobie prawo do ich odblokowania nawet do kilkunastu(!) dni po zwrocie auta. No i ostatnia, dosyć ważna dla nas sprawa, czyli tak zwany customer service– ludziom, którzy pracują w sieciówkach zwyczajnie się nie chce! Często są nieuprzejmi i w ogóle nie zależy im na opinii, bo przecież na Twoje miejsce mają całą masę innych klientów. W przypadku lokalnych wypożyczalni jest zupełnie inaczej! Oni się starają, zabiegają o klienta! I wcale nie chodzi mi tutaj o rozwijanie czerwonych dywanów przed potencjalnym wynajmującym, ale o zwykłą, ludzką życzliwość. Temat ten już poruszałam przy okazji wpisu o Korfu, ale wracam do tego, bo myślę, że trzeba to podkreślać, żeby nie dać się naciągnąć. Za naszego Hyundaya i20 zapłaciliśmy 154 EUR za tydzień W cenę wliczony był fotelik dziecięcy i ubezpieczenie. Dodatkowo, chociaż Pan nie musiał, dał nam parasol plażowy. Byliśmy z dzieckiem, więc uznał, że może się przydać. Chociaż z parasola nie skorzystaliśmy to musicie przyznać- miły gest😊
Tego samego wieczoru, w drodze do Chanii, spragniona wpadłam do lokalnego marketu, żeby kupić wodę i orzeźwiającego Mythosa. Zabrakło mi dosłownie kilkunastu centów i myślami już z żalem odprowadzałam swoje schłodzone piwko do sklepowej lodówki, ale Pan przy kasie z uśmiechem podarował mi resztę. Kiedy dotarliśmy do apartamentu, na stole czekała na nas buteleczka powitalnej Raki, ale po całym dniu w podróży nikt nie miał odwagi jej spróbować. Bez wspomagaczy, usnęliśmy jak dzieci, chociaż nie wiem czy to trafne określenie biorąc pod uwagę jak (nie)śpi nasz prawie dwulatek.
Pan-Jan basenowy i samoloty
Niebieskooki kogut zapiał chwilę przed 8:00 i zaciągnął nas na basen. Powoli zaczynam osobiście przekonywać się o co chodzi z tym, że każda rodzina z dzieckiem MUSI mieć basen na urlopie, ale pozostawię to bez dalszych filozoficznych wywodów. Basen musi być i kropka.
Popołudnie, z drzemiącym w wózku Janem, spędziliśmy na plaży Loutraki. W skali 1-5, oceniam ją na 3. Obok dostępny jest parking. Z dojściem do celu nie ma problemu. Nieopodal jest też restauracja. Woda jest cieplutka (przynajmniej we wrześniu) i krystalicznie czysta. Niestety ogromnym minusem jest piasek, bo niby jest, ale tak jakby go nie było… Trochę mokrego, twardo ubitego piachu i kamienie, średnio przyjemne dla kręgosłupa, a już na pewno niezbyt atrakcyjne dla spragnionych wznoszenia piaskowych budowli, dzieci. Na miejscu można wypożyczyć leżaki i z pewnością wtedy perspektywa jest już znacznie bardziej optymistyczna. Jednak z maluchem, który lada chwila może się obudzić i stanowczo żądać natychmiastowego powrotu na basen, to inwestycja nie warta swojej ceny. Myślę, że trzeba w tym miejscu wspomnieć o tym, że w pobliżu Loutraki znajduje się teren wojskowy, a my mieliśmy przyjemność obserwować ćwiczenia samolotów wojskowych. Dla nas ciekawe doświadczenie, ale dla kogoś kto chce w CISZY poczytać książkę, już niekoniecznie. Warto wziąć pod uwagę tę „atrakcję” planując pobyt na tej właśnie plaży.
Spacer z dreszczykiem
Wieczorem wybraliśmy się do Chanii. Z naszego apartamentu do centrum, a za takie uznaje Stary Port Wenecki, było 2,5km pieszo. Początkowo wydawało się niedużo, ale biorąc pod uwagę powszechny brak chodników i wzmożony ruch samochodowy, to piesza wyprawa do centrum stała się dość ekstremalnym spacerem. W międzyczasie, żeby usidlić nasze szalone dziecko w wózku, dokonaliśmy lodowego przekupstwa. Wytrzymał! Z umorusaną buzią i poklejonymi łapkami dotarł do serca Chanii, a my, z sercem na ramieniu, też. Na miejscu pięknie oświetlony port, brukowane wąskie uliczki, tłumy ludzi i konne dorożki. Jeśli komuś zależy na ucieczce od zgiełku to Chania wieczorową porą nie będzie najlepszym wyborem. Chociaż miasto jest na tyle duże, że przy odrobinie chęci każdy powinien znaleźć swój skrawek ciszy.
Na fali!
Falasarna – tak nazywa się plaża, na którą wybraliśmy się kolejnego dnia. Szeroka i piaszczysta. Faworyt mojego małżonka, ale to przez fale! Andrzej jest wielkim fanem wzburzonego morza, a to co się wyprawia na Falasarnie to zdecydowanie coś co mu bardzo odpowiadało. Dojazd nie był skomplikowany, a po drodze mijaliśmy kilka uroczych knajpek z widokiem na morze. Myślę, że warto zatrzymać się w którejś z nich i przez chwilę podładować zmysł wzroku przed dalszą podróżą😊 Na miejscu był też parking – kolejny bezpłatny. I tutaj, skoro już o parkingach na Krecie mowa, to na chwilę zaparkuje dalsze opowieści i dokonam ważnego wtrącenia! Dacie wiarę, że ani razu podczas naszego 7-dniowego pobytu nie zapłaciliśmy za parking?! Nic, zero! Przyznam, że po Majorce to było bardzo miłe zaskoczenie.
Wróćmy jednak do Falasarny. Na plaży można wypożyczyć sprzęty do sportów wodnych. Są też leżaki, za które płaci się proporcjonalnie do odległości od linii brzegowej, pierwsza linia 40 EUR, ostatnia linia 15 EUR. Plaża bardzo przypadła nam do gustu, jednak wysokie fale sprawiały, że ciągle musieliśmy hamować małolata przed zapuszczaniem się zbyt daleko do wody, więc z leżingu nici, był bardziej jogging. Dla wielu rodzin z dziećmi mankamentem może być momentami silnie wiejący wiatr, który w połączeniu z lekkim żwirkiem nie jest zbyt przyjazny dla dziecięcej skóry.
Wieczór spędziliśmy ponownie w Chanii. Zupełnie nieumyślnie trafiliśmy tam w porze zachodzącego słońca. Czytałam kilka razy o tym, jak bajecznie potrafi być tam o tej porze dnia, ale to co zobaczyłam znacznie przerosło moje wyobrażenia. Niebo zalało się pomarańczem, później różem, który zmieszał się z błękitem. Przez chwilę było purpurowo, aż w końcu zrobiło się czarno. Wtedy blask bijący z lampek portowych restauracji nadał miastu bardzo romantycznego klimatu.
Różowy piasek i plaża dla wytrwałych
Następnego dnia nasza ekipa niespodziewanie się powiększyła! Ku naszemu zaskoczeniu na grecką wyspę przyleciał szwagier z żoną, czyli dwie dobre dusze, które nasz synek uwielbia i dwie kolejne pary oczy do pomocy przy małym, znikającym często punkcie😊
Wciśnięci w Hyundaya ruszyliśmy na podbój jednej z ponoć dwóch najpiękniejszych plaż Krety. Dojazd do Elafonisi jest bardzo łatwy. Na ogromnym parkingu jest dużo przestrzeni zarówno dla samochodów prywatnych, jak i autobusów zwożących turystów z całej wyspy. Na miejscu jest kilka barów z przekąskami i zimnymi napojami. Chociaż kolejki bywają imponująco długie to doświadczeni pracownicy bardzo sprawnie radzą sobie z obsługą. Z racji popularności tej plaży, nie ma co liczyć na kameralność, przynajmniej we wrześniu, ale z nawiązką rekompensuje to piękny kolor wody i mieniący się na różowo piasek. Warto przejść się kawałek na drugą stronę laguny, gdzie jest znacznie spokojniej, a kolor wody nadal zachwyca.
Myślę, że aby poczuć niebiański klimat tej plaży należałoby przyjechać tu w samym środku zimy, kiedy tłumy jeszcze nie oblegają tego miejsca.
Od miejscowych usłyszeliśmy, że będąc w okolicy absolutnie nie można pominąć wizyty na Kedrodados, znaczniej mniej znanej i przez to niezadeptanej jeszcze przez turystów plaży. O ile udało nam się zaparkować, w trudnym do zaparkowaniu miejscu, o tyle przeszkodą, w dotarciu do celu, okazało się strome zejście. Z dzieckiem na rękach i w klapkach było to zbyt ryzykowne. Musieliśmy obejść się smakiem, byliśmy tak blisko… ale wam polecam! Zabierzcie wygodne buty i w drogę!
Kóz jak „mrówków”
Nazajutrz, pełnym składem, ruszyliśmy na Balos! Miejsce, które siłą rzeczy zna najmniej dociekliwy turysta lądujący na Krecie. Zdjęcia z tej laguny są dosłownie wszędzie! To niewątpliwa wizytówka największej z greckich wysp. Na Balos można dostać się na dwa sposoby. Drogą morską, z portu znajdującego się w Kissamos lub autem. Haczyk tkwi w tym, że ostatni odcinek trasy prowadzącej do celu drogą lądową jest, w delikatnie mówiąc, kiepskim stanie. Przed wylotem naczytałam się legend o owianej złą sławą trasie, tymczasem w rzeczywistości nie była ona aż tak zła, ale… jak już wiecie z poprzednich wpisów, mój mąż to najlepszy kierowca świata, więc mogę nie być do końca obiektywna. Jedyny problem to szutrowa nawierzchnia, ale sama jezdnia jest szeroka na tyle, ze spokojnie miną się na niej dwa auta i stado kóz, których w tej okolicy pełno;) Ostatnie 8 km, bo tyle mniej więcej mierzy najgorszy odcinek trasy, pokonuje się w ok. 20-25 min. Mimo, że wypożyczalnie nieustannie przypominają o tym, że ubezpieczenie nie obejmuje szkód wyrządzonych na tej drodze, to sądząc po ilości wypożyczonych aut klasy A na parkingu, nikt sobie z tego nic nie robi.
Nie ten odcinek był dla nas największym wyzwaniem, a Jan, który wybujany na dziurawej drodze, zasnął dosłownie na 5 minut przed metą! Zupełnie nie wiem po kim odziedziczył to wyczucie czasu;) Na wysokości zadania jak zawsze stanął kochany tata! A zadanie nie było łatwe, bo z parkingu na plaże prowadziła wąska i kamienista ścieżka ciągnąca się przez ok. półtora kilometra. Temperatura tego dnia również nas nie oszczędzała. Dodatkowo w tym samym kierunku podążało mnóstwo ludzi, w klapkach, sandałach, koturnach (!), ogólnie rzecz ujmując, obuwiu które nie ułatwiało im dojścia do celu i tamowało ruch. Dodając do tego ilość przystanków na zrobienie zdjęcia, które każdy chciał mieć, bo to z góry Balos jest najbardziej imponujące, robi się nam niezły kocioł. Przypominam, że na Krecie byliśmy w połowie września! Ciarki przechodzą mnie na samą myśl, jak ta sama droga wygląda w szczycie wakacyjnego sezonu.
Udało się, dotarliśmy do plaży na której małżonek lakonicznie podsumował, że to co zastaliśmy nie było warte tej przeprawy. Nie do końca mogę się z nim zgodzić, ale nie ja dźwigałam 12-kilogramowego chłopczyka po wyboistej drodze w 30-stopniowym upale. Po raz kolejny chapeau bas mężu!
Po wyczerpującej przeprawie, na plaży spędziliśmy większą część dnia, pijąc chłodne piwko w ogromnym morskim brodziku. Od czasu do czasu, w ramach aktywności fizycznej, przeganialiśmy jakąś kozę, których w okolicy było pełno i które bezpardonowo częstowały się zawartością naszych plecaków. Jasiu do dziś, w najmniej oczekiwanym momencie, potrafi, pełen wzburzenia, wypalić „kluska anana”, co w wolnym tłumaczeniu z dzieciowego na nasze oznacza, że kózka zjadła mu banana, co było zresztą prawdą!
Balos to piękne miejsce, ale jeśli nie macie wygodnych butów, dobrego kierowcy i dostatecznie dużo determinacji by dostać się do celu to lepiej odpuśćcie lub wybierzcie się tam statkiem.
Ryba w wodzie
Z plażowych historii przenieśmy się na chwile do miasta, a konkretnie do Rethymno, oddalonego godzinę drogi od Chanii. Wąskie uliczki, port, małe restauracyjki – wakacyjny klasyk. Przyjemnie pobłądzić bez celu, zjeść lody, napić się kawy w miłym towarzystwie i biegać za Jasiem, którego ciekawość świata nie pozwala usiedzieć mu minuty w bezruchu.
Popołudnie spędziliśmy, co pewnie nie będzie wielkim zaskoczeniem, na plaży;)
Peristeras Beach nie znajduje się na żadnej liście topowych miejsc do zobaczenia na Krecie. Była po prostu po drodze, więc się na niej zatrzymaliśmy. Kolor wody nie robił już takiego wrażenia jak ten na Balos, czy Elafonisi, ale było tam znacznie ciszej i spokojniej. Po jednej stronie było morze, a zza naszych pleców wyłaniały się Góry Białe. Temperatura wody dawała uczucie przyjemnego orzeźwienia, Janek spał, a ja po raz pierwszy mogłam popływać…;)
Zorba plażowa
Przedostatni dzień spędziliśmy na Stavros beach, plaży która zagrała w popularnym filmie Grek Zorba. Produkcji nie widziałam i szczerze mówiąc nie znam nawet zarysu jej fabuły, ale to właśnie ona rozsławiła to miejsce. Przez to, ze mówi się o niej, ale jednak znacznie mniej niż o Balos czy Elafonisi, jest tez zauważalnie mniej oblegana. Obok znajduje się restauracja z widokiem na morze którą przetestowaliśmy i którą mogę szczerze polecić! Bardzo miła obsługa i pyszne jedzenie w przystępnie cenie.
Po sytym posiłku, korzystając z okazji, ze Janek zasnął, namówiliśmy naszych towarzyszy na wino przy basenie. Cudownie tak usiąść, gadać o pierdołach i zwyczajnie nic nie musieć! Odkąd pojawił się nasz synek doceniam takie ulotne chwile, jak nigdy wcześniej.
Późnym wieczorem, kiedy słońce zachodziło za horyzont wybraliśmy się naszą trójką na pobliską plażę. Nea Chora którą mieliśmy pod nosem, była niezbyt łaskawie oceniana w Google Maps, więc uznałam, że nic nie stracimy jeśli w ogóle się na nią nie wybierzemy. Cóż to byłaby za strata! Być może w ciągu dnia faktycznie nie była najatrakcyjniejsza, ale jej notowania rosły, z każdą minutą zbliżającego się do tafli wody słońca. Dodatkowo tuż przy brzegu był bar, w którym wieczorem czas spędzali głównie lokalesi. Szum fal, wino, zachodzące słońce, spokój… tak kończyliśmy swój pobyt na wyspie.
Kreta nie bez przyczyny zasłużyła sobie na miano Megalonissos. Jest duża i to czuć! Czuć za każdym razem, kiedy punkty na mapie, pozornie bliskie, okazują się oddalone od siebie np. o godzinę drogi samochodem. Dużo tu chaosu, bałaganu, kurzu. W ciągu kilku minut, pokonując jedną tylko ulice można zachwycić się architekturą i wybić zęby potykając się o stos śmieci. Poczuć obłędny zapach wydobywający się z przydomowych bungawilli, a ułamek sekundy później wyczuć odór brudnej ściery, którą ktoś dosłownie przed momentem wycierał barową podłogę. Dużo tu serdeczności, słońca i luzu, niespieszności, prostoty i kotów.
Kreta zdecydowanie różni się od innych, mniejszych wysp greckich, z racji odległości trzeba poświęcić jej więcej czasu, by dogłębnie ją poznać. Jednak podobnie jak każda inna wyspa charakteryzuje się tym, że mieszkańcy żyją w zgodzie z zupełnie innym, niż my Polacy, rytmem, cieszą się z drobnych rzeczy, nigdzie nie pędzą i pięknie celebrują każdą chwilę życia- uczmy się tego! My powoli zaczynamy:)















































































