Kiedy myślicie o Toskanii, za pewne pierwsze co staje przed oczami Waszej wyobraźni to romantycznie falujące wzgórza, dorodne winorośle uginające się pod ciężarem ciemnofioletowych owoców i alejki porośnięte, jakże charakterystycznymi dla tego regionu, cyprysami.
Innym to miejsce będzie kojarzyło się ze słynną sceną z Gladiatora, kiedy to wcielający się w rolę głównego bohatera Russell Crowe, powracał do domu przy dźwiękach Now we are free, skomponowanych przez Hansa Zimmera.
Inni z pewnością mają wizję sielankowej Italii, która w naszych głowach zapisała się za sprawą ekranizacji powieści Frances Mayes. Kiedy główna bohaterka pod słońcem Toskanii odnalazła miłość, niejedna z Pań z pewnością zapragnęła kupić bilet do Włoch tylko w jedną stronę.
Poza tym w tym rejonie na świat przyszły tak wybitne persony, jak autor ponadczasowego Pinokia, twórca człowieka witruwiańskiego, czy wybitny astronom, Galileusz. Dużo tu piękna, kultury, sztuki, natury i wina. Z racji na to wszystko i wiele, wiele więcej, nasza wizyta w Toskanii była kwestią czasu, który właśnie nadszedł!
Mokra Włoszka
Drogę do Toskanii, ambitnie postanowiliśmy zrobić „na raz”. Bez żadnych dłuższych przystanków. 16 h ciągłej jazdy, z małymi przerwami na rozprostowanie kości. Na pokładzie 7 osób, w tym dzielny dwulatek i odważny pacjent ze świeżo zoperowanym kolanem.
Pierwszą dłuższą przerwę zrobiliśmy w porze śniadaniowej, nad Gardą, a dokładnie w Peschiera del Garda. Nasze wspomnienia rozległego jeziora, nad którym zawsze świeci słońce rozmyły się w delikatnych kropelkach deszczu, którym postanowiły przywitać nas, tym razem, Włochy. Im dalej w głąb Italii, tym bardziej posępne stawało się niebo. Deszcz padał intensywniej, a alerty o powodziach i burzliwe prognozy pogody, odbierały nadzieje nawet największym optymistom. Obawy o to, że nasz urlop może być bardzo mokrym doświadczeniem, z każdym przemierzonym kilometrem stawały się coraz bardziej uzasadnione. Ratował nas jednak czarny, jak chmury nad naszymi głowami, humor i nadzieja, która nie opuszczała nas do samego końca wyjazdu.
Tuscany Forever
Po ponad 16 h w trasie dotarliśmy na miejsce! Do resortu, o którym od dawna marzyłam… do serca Toskanii, do Tuscany Forever. Ośrodek założony przez Polaka, w którym znaczna część obsługi to również nasi rodacy, od dawna znajdował się na mojej liście miejsc, w których po prostu chcę być, które chcę chłonąć. Dlaczego? Kilka willi położonych pośrodku toskańskich wzgórz gwarantują nie tylko spokój, błogą ciszę i poczucie intymności, ale przede wszystkim – niesamowity widok! Po tym miejscu można kręcić się w kółko (dosłownie!) i w kółko zachwycać się otoczeniem. Tuscany Forever to widok 360 stopni na piękne oblicze włoskiej natury, na to co chce się oglądać będąc w Toskanii. Totalnie zakochałam się w tych widokach!
Do dyspozycji gości jest kilkanaście apartamentów. Nasz (Familiglia No. 1) nie powalał na kolana, był dosyć ciemny i „chłodny”, ale myślę, że podczas pobytu w szczycie sezonu ten chłód może być dużym atutem. Każdy z apartamentów dysponuje prywatnym balkonem lub tarasem i to właśnie na jednym z nich jedliśmy codziennie śniadania i kolacje;)
Na tych, którzy zgłodnieją czeka Osteria Etrusca, w której można zjeść smaczną pizzę lub pastę i napić się wina. Restauracja dysponuje również specjalnym menu dla najmłodszych. Wszystko to bez przerwy na sjestę, do której zawsze, będąc na południu Europy, jakoś trudno nam przywyknąć.
Na miejscu dostępne są trzy baseny, które szczególnie przypadną do gustu rodzinom z dziećmi. Nie ma tu kolorowych zjeżdżalni, animacji hotelowych, głośnej muzyki i „rezerwowania” leżaków o świcie, a mimo to zaskakująco dobrze to wszystko działa. Dzieciaki pluskają się w brodziku, ktoś leniwie rozciąga się na leżaku, ktoś inny czyta książkę… pełna kultura i spokój. Uwielbiam to i żyjąc na co dzień w mieście do takich miejsc lubię uciekać, w takich miejscach odpoczywam najefektywniej.
Kawa i pistacje
Na codzienne zakupy jeździliśmy do Saline di Volterra– małej wioski, która na pierwszy rzut oka nie oferowała nic szczególnego, tymczasem z każdym dniem odkrywaliśmy w niej coś nowego. Raz piekarnie, która zapachem świeżo upieczonego chleba skusiłaby do grzechu największego przeciwnika glutenu. Innym razem sklep mięsny, jeszcze innym warzywniak. No i sklep z winem i oliwą, ale ten odkryliśmy już pierwszego dnia i o tym kilka linijek niżej😊 Było tam więc wszystko, co niezbędne do życia. Była też Pasticceria Perla… Będąc na urlopie, mamy niepisany zwyczaj wynajdywanie miejsc, w których staramy się wtopić w tłum lokalesów, podglądając i uczestnicząc jednocześnie w ich codziennych zwyczajach. W Saline takim miejscem była dla nas właśnie ta cukiernia, w której rano piliśmy kawę i kupowaliśmy croissanty (te z nadzieniem pistacjowym to mój zdecydowany faworyt!). Pani ekspedientka zawsze witała Jasia ciasteczkiem maślanym i serdecznym uśmiechem. Widać było, że każdy kto tam wchodził dobrze znał się z obsługą. Na jednej z pokrytych żółtą farbą ścian, wisiała tablica z ogłoszeniami, na innej kalendarz ze zdjęciami lokalnej drużyny piłkarskiej, na kolejnej natomiast czarno-białe fotografie przedstawiające miasto sprzed lat. Nie było tam niczego „fancy”, niczego boho, niczego przy czym można byłoby zrobić fotkę za miliony lajków, ale był niepowtarzalny klimat i to nam zupełnie wystarczało!
In vino veritas
W związku z deszczową aurą, która zastała nas po przyjeździe i ogólnym zmęczeniem po kilkunasto- godzinnej podróży, udzielił się nam barowy nastrój. Na pierwsze zakupy ruszyliśmy właśnie do Saline, wioski w której życie toczy się w bardzo włoskim rytmie. Ekspedient nalał nam wino do 5-litrowego worka (był to najmniejszy worek jaki można było tam dostać!) i schował go w karton, który rekomendował zachować, na wypadek kolejnej wizyty. Podczas naszej wizyty w sklepie przewijali się inni klienci, z mocno sfatygowanymi już kartonami do których tankowali alkohol, tak jak tankuje się benzynę na stacjach paliw. Przychodzili po wino, jak po bułki! Starzy, młodzi, WSZYSCY! Być może to właśnie w winie tkwi nie tylko prawda, ale też sekret długowieczności Włochów:)!
Deszczowa piosenka
Kolejnego dnia powitało nas słońce! Była nadzieja, a jak wiadomo nie od dziś – nadzieja matką głupich, o czym przekonaliśmy się tamtego dnia. Korzystając ze sprzyjającej pogody, udaliśmy się do Volterry, w której akurat odbywał się festiwal wampirów i innych upiornych stworów. Volterra to jedno z tych miast, w których się nie „odhacza”, a po których warto się powłóczyć, pozaglądać w ukwiecone bramy i zgubić w średniowiecznych uliczkach. Podobnie, jak zresztą w San Gimigiano, do którego udaliśmy się później, uciekając przed zbliżającą się do miasta, burzą. Dotarliśmy do celu, kiedy w powietrzu unosił się już zapach nadchodzącego żywiołu… Naiwnie wierząc, że deszcz „przejdzie bokiem”, dziarsko ruszyliśmy w miasto, po drodze zatrzymując się jeszcze na, nie bez powodu owiane sławą, lody! Zajadając się porcją cytrynowego deseru doszliśmy do głównego placu i wtedy właśnie spadł on – deszcz, a właściwie to porządne deszczysko, które rozproszyło tłum turystów, sprawiając, że centrum miasta zupełnie się wyludniło. Chwilę później przestało padać, by za chwile znów zaskoczyć potężna ulewą, która nie pozostawiała złudzeń – lepiej nie będzie, czas na ewakuacje. Najmłodszy uczestnik wycieczki smacznie przespał całe widowisko i obudził się dopiero kiedy wszyscy, przemoknięci do suchej nitki i porządnie przemarznięci, wróciliśmy do samochodu. Wieczorem Jasiek uzbrojony w kalosze biegał po wszystkich możliwy kałużach i chyba jako jedyny z całej ekipy miał zupełnie gdzieś jaka jest pogoda, bo przecież w każdej jest coś fajnego.
Miasto „Zbyt”
Jednym z tych miejsc, które ponoć wypada zobaczyć będąc w Toskanii jest Piza. Piza, która dla mnie okazała się stratą czasu i wielkim rozczarowaniem. ZBYT dużo ludzi, ZBYT wysoka temperatura, ZBYT wiele straganów, ZBYT duży ścisk, ZBYT dużo takich samych zdjęć… Myślę, że Plac Cudów może być cudowny, ale pod warunkiem, że spaceruje się po nim przed wschodem słońca, kiedy nie jest jeszcze oblegany przez spragnionych jednego, konkretnego, zdjęcia pod krzywą wieżą, turystów i zanim rozbiją się pierwsze stragany z kiczowatymi pamiątkami. Komercyjna otoczka tego typu miejsc, w mojej opinii, odbiera im cały urok. Znacznie przyjemniej było w oddalonej części miasta… ale to nadal nie to. Nie takiej Toskanii chciałam i uwierzcie mi, Wy też takiej nie chcecie.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w budzącym kontrowersje miejscu. Przy plaży w okolicy miasteczka Vada. Jedni się nią zachwycają, a inni omijają szerokim łukiem z racji na jej nienaturalny kolor wody, który zawdzięcza prawdopodobnie toksycznym wyciekom z jednej z pobliskich fabryk. Jaka jest prawda? W Internecie informacje są sporne, ale niespotykany nigdzie w okolicy odcień wody, daje do myślenia. My do plaży nie dotarliśmy, bo Jan miał ważniejszą misję do wykonania. Wolał kopać piłkę i oglądać kraby, mając w głębokim poważaniu toksyczny (?) błękit, który rozgrywał się kilka kroków dalej.
Mały kataklizm i Assassin’s Creed
Mimo, po raz kolejny, niezbyt zachęcających prognoz pogody postanowiliśmy ponownie zaryzykować i ruszyliśmy w trasę, tym razem do Sieny. Kiedy po zaparkowaniu auta usłyszeliśmy pierwsze, zwiastujące nadchodzącą burzę grzmoty, udaliśmy się do knajpy na przeczekanie zbliżającej się ulewy. Zdążyłam jeszcze zbiec na dół (tak, dobrze czytacie, do miasta wchodzi się po schodach, ruchomych schodach!) po bluzę i koc dla pierworodnego, a kiedy dobiegałam do restauracji deszcz sprawił mi orzeźwiającą niespodziankę. Przeczekaliśmy ten mały kataklizm pijąc Chianti Classico i oglądając z Jasiem bajki na telefonie, a kiedy wyszło słońce wyszliśmy i my. Siena zdecydowanie wywarła na nas największe wrażenie. Niby podobna, a jednak zupełnie inna od wszystkich dotychczas odwiedzanych miast. Trudno powiedzieć dlaczego – po prostu, wygrała, mimo deszczu, z którym powoli zaczynaliśmy się oswajać.
Monteriggioni odwiedziliśmy w drodze powrotnej. Odwiedziliśmy nie bez powodu. W naszej ekipie byli fani gry Assassin’s Creed, a Monteriggioni pojawiła się jako tło w jednej z jej części. Chociaż fanką tego typu rozrywki nigdy nie byłam, to skoro ludzie podróżują po Paryżu śladami Emilly, dlaczego my nie mielibyśmy ruszyć szlakiem gier?
Monteriggioni to mała perełka, spokojna i urokliwa mieścina, ze studnią w centrum głównego placu, wokół której Jan mógłby biegać całą noc! Nie ma tam nic nadzwyczajnego, nic spektakularnego, o czym warto byłoby się rozpisywać, ale ostatnimi czasy coraz bardziej przekonuję się, że mniej naprawdę znaczy więcej i takich właśnie miejsc, pokroju „mniej”, trzeba mi najbardziej.
M&Msowy grad
Pogoda tego roku w Toskanii była szalona i nieprzewidywalna. Nie bez powodu w tym poście nawiązuje do niej tak często, bo to właśnie ona determinowała nasze plany i wpływa na ich ewentualną zmianę, a to co się działo wtedy we Włoszech, wymagało naprawdę sporej elastyczności i mocno zróżnicowanej garderoby.
Kolejnego dnia nie deszcz, a grad zaskoczył nas swoją obecnością! Z nieba leciały kulki wielkości M&Msów! W planach mieliśmy wycieczkę do winnicy, ale mając wizję picia wina w takich okolicznościach przyrody, powoli szukaliśmy alternatywnych opcji na spędzenie tamtego popołudnia. Był to jednak ostatni dzień naszego pobytu i tym samym ostatnia szansa, kiedy mogliśmy sobie pozwolić na tę przyjemność. Podjęliśmy więc rękawicę i ruszyliśmy w kierunku Tenuta la Macchia. Pogoda tym razem okazała się dla nas nieco łaskawsza i po gradobiciu wyszło piękne słońce. Jasiek wyczuwał chyba w powietrzu zbliżający się Dzień Matki i postanowił zasnąć akurat na czas degustacji wina.
Czy polecam takie doświadczenie? Pewnie się zdziwicie, ale niekoniecznie… Warto zasięgnąć opinii, poczytać i dobrze zastanowić się nad wyborem winnicy. Opcji w Toskanii jest wiele, ale wydaje mi się, że znaczna część z nich nastawionych jest na masową turystykę, na szybki i łatwy zarobek kosztem jakości. W sumie trudno się temu dziwić, w obliczu tak dużego zainteresowania tego typu atrakcjami. Cały czas mam jednak w głowie Santorini i naszą wizytę w tamtejszej winiarni. Niepozorny Pan w dresie adidasa zrobił nam wtedy tour po piwnicy z alkoholami. Opowiedział masę ciekawych historii i solidnie uraczył różnymi trunkami. Nie silił się na bycie miłym, nie odliczał z zegarkiem w ręku kiedy sobie pójdziemy i nie odmierzał skrupulatnie każdego mililitra wlewanego do kieliszka, on po prostu czerpał masę satysfakcji z tego co robił, a wtedy nastrój tworzył się sam! Wierzę, że w Toskanii też można znaleźć takie magiczne miejsca. Trzeba ich tylko dobrze poszukać.
Jak puszczają włoskie nerwy
Następnego dnia o poranku siedzieliśmy już w naszym busie, kierując się w stronę miasta na wodzie. Wenecja to bez dwóch zdań wyjątkowe miejsce, jedyne w swoim rodzaju. Miasto zupełnie niepodobne do innych. Miasto kontrastów. Z jednej strony wąskie ulice, romantyczne mosty, niezliczona ilość kanałów, gondolierzy, gelato i słońce. Z drugiej strony komercja, stragany i drobne oszustwa. Na każdym kroku trzeba się pilnować, żeby taksówkarz nie oszukał Cię na wodnej przejażdżce, czy sprzedawca na targowisku nie próbował naciągnąć na 3 magnesy w cenie 2, finalnie licząc jednak za 3. Wenecja wie, że turyści bez względu na jej drobne niedoskonałości i tak się pojawią i dzięki tej pewności biznes turystyczny kwitnie. Niech nie zniechęcą Was jednak te drobne mankamenty, każde miasto przecież jakieś ma. Myślę, że po prostu warto chociaż raz w życiu, zobaczyć to na własne oczy. Ja swoją Wenecje zwiedzałam bez mapy i planu. Biegałam za Jaśkiem, który jest najlepszym kompasem. Za cel swojego joggingu obierał najbardziej obskurne uliczki, które nierzadko doprowadzały nas do bardzo klimatycznych i właściwie pozbawionych przechodniów miejsc, a wierzcie mi – o takie w Wenecji, nie jest łatwo.
Będąc tam pamiętajcie, że warto odejść nieco od Placu świętego Marka, czy Mostu Westchnień. Bez podglądania znaków i wyznaczania konkretnych punktów, po prostu iść przed siebie, albo… gonić dwulatka!
Zanim opuściliśmy Wenecje byliśmy świadkami tego, jak puszczają włoskie nerwy. Co mam na myśli? Próbując wydostać się z parkingu pewien niecierpliwy Pan po prostu przejechał… I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo samochodami się przecież jeździ, ale on przejechał szlaban, staranował go! …a to wszystko na naszych oczach. Tak temperamentnie pożegnała nas Wenecja.
Kolacja z Mozartem
Wiedeń przywitał nas natomiast znacznie spokojniej i kulturalniej. Kiedy dojechaliśmy do naszego apartamentu, zbliżał się wieczór. Mimo zmęczenia trasą, nie daliśmy za wygraną i zdecydowaliśmy się na miejski tour pod rozgwieżdżonym niebem. Ostatni raz w Wiedniu byłam zimą, piłam grzane wino i spacerowałam od jarmarku do jarmarku. Latem, jak się pewnie domyślacie, miejski vibe był zupełnie inny, znacznie bardziej… imprezowy! Mimo późnej pory miasto żyło, żyło bardzo intensywnie. Ludzie siedzieli i rozmawiali na trawie i chodnikach, w barach, parkach i restauracjach. Pili drinki, jedli lody, śmiali się, a ja z dzielnym 2-latkiem u boku przemierzałam to pełne imponujących budynków i interesującej architektury, miasto. Fajnie tak się z Tobą włóczyć synku i na nowo odkrywać jak zachwycający może być księżyc i gwiazdy na niebie.
Toskańska pointa
Każda podróż nas uczy. Dowiadujemy się więcej na temat nowych miejsc, ale też na temat nas samych- tego co lubimy i do czego się nigdy nie przekonamy.
Czego nauczyła nas ta konkretna wyprawa? Z pewnością tego, że wolimy jednak przemieszczać się samolotem i wynajmować auto na miejscu. Spróbowaliśmy, po raz kolejny daliśmy szansę wycieczce samochodem, ale to zdecydowanie nie nasza bajka. Ta podróż mocno dała się we znaki kierowcom i myślę, że prędko nie zdecydują się oni na powtórkę takiego tripu. Komfort szybkiego przemieszczania się samolotem jest jednak dla nas cenniejszy niż np. dużo miejsca w bagażniku.
Kolejną rzeczą, którą zrobiłabym inaczej to z pewnością organizacja noclegu. Następnym razem, przemierzając Toskanię wybrałabym opcję nocowania po dwie noce w różnych miastach. Odległości, choć na mapie wydają się niewielkie, to w praktyce traciliśmy sporo czasu na powroty do naszego włoskiego domu. Nie popełniajcie tego błędu:)
Inną istotną kwestią jest sposób odkrywania tego regionu. Znaczniej przyjemniej jest gubić się w małych miasteczkach niż „kolekcjonować” kolejne znane punkty rozsławionych miast, które są tak jak Piza, w jakiś sposób, ZBYT. W mojej subiektywnej ocenie to właśnie te zupełnie niekomercyjne miejsca tworzą klimat Toskanii, którą każdy z nas chce smakować.
Czego najbardziej brakuje mi po powrocie do domu? Pistacjowych croissantów i bosych stópek Jasia biegających od rana do wieczora po trawie na tle romantycznie falujących pagórków. Czego jeszcze? Wina! Nawet to przywiezione prosto z Toskanii, w domu smakuje jakoś inaczej, mniej beztrosko.
Po raz kolejny wracam z niedosytem nieodkrytych jeszcze miejsc. Wiem, że Toskania może zaoferować znacznie więcej, niż ten mały wycinek, którego posmakowaliśmy. Tak więc: Toskania? Tak, poproszę. Najlepiej dokładkę.













































































































