Kiedy zima nieprzyjemnie się przeciągała, a metryczka urodzin niebezpiecznie wskazywała, że zaraz wkroczę w kolejną dekadę swojego życia, z pomocą przyszła Ona! Taka jedna co konie można z nią kraść, z którą zawsze i wszędzie jest fajnie! Na Mazurach i Majorce, na Kefalonii i na Kramarskiej, na Lazurowym Wybrzeżu i nad Bałtykiem. Taka, z którą niezręczna cisza nigdy nie grozi, która zawsze potrafi postawić mnie do pionu, czasem strzelając z armaty w pysk, a czasem troskliwie ocierając łzy. Taka, z którą wchodząc w kolejne wiosny życia zamiast na botoks, pieniądze, będę wydawać na wino i podróże. Taka jedna- wyjątkowa, która z okazji moich okrągłych urodzin postanowiła porwać mnie do… Francji!
NICE to meet you
Zanim dotarłam do Warszawy, spędziłam na dworcu PKP w Poznaniu upojne 2h… Tyle właśnie spóźnił się mój pociąg. Kiedy jednak po ponad 2 latach wyrywasz się na mający trwać cztery dni babski wypad, nawet poślizg EC nie jest w stanie zmazać „kruasą” z Twojej twarzy:)
Nasz poranek w dniu wylotu też nie należał do najprostszych. Samolot z lotniska Chopina, startował o 6 rano, więc budzik zwlekał nas z łóżka o bardzo niewdzięcznej 3:50. Uzbrojone w suszarkę i szczotkę do zębów toczyłyśmy nierówną walkę ze snem zalegającym pod powiekami. Zwyciężyłyśmy! Kawa na lotnisku i emocje związane z tym, że „znowu to robimy” – szybko postawiły nas na nogi.
Francja powitała nas bez ogródek. Po wyjściu z lotniska, pewien uprzejmy Pan wyciągnął z bocznej kieszeni mojego plecaka JBLa i brutalnie sprowadził moją romantyczną duszę na ziemię, tłumacząc, że pełno tu złodziei i powinnam lepiej pilnować swoich rzeczy. Bang! Witaj we Francji naiwna Panienko- od tamtej pory cały czas kurczowo pilnowałam swoich gratów.
Na zegarach wybijała 10:00, a my czułyśmy, jakby dobiegało południe. Zanim odebrałyśmy klucze od naszego AirBnB, wyskoczyłyśmy na francuskie śniadanie. Miło było przypomnieć sobie, jaki to luksus- takie siedzenia w knajpie, z widokiem na tętniącą życiem ulicę. Dla wielu niby nic, a dla mnie tak wiele. Już dawno zapomniałam jak to jest jeść spokojnie, delektować się każdym kęsem, jeść ciepły posiłek, nie goniąc za uciekającym małolatem, co też ma swój czas i urok, ale w tamtej chwili… Było mi egoistycznie dobrze, bardzo dobrze!
Nasz nocleg mieścił się w samym centrum Nicei, kilka minut pieszo od dworca i 2 km od Starego Miasta. Nie chcąc tracić ani minuty z naszej babskiej wyprawy, zrzuciłyśmy z siebie plecaki, wciągnęłyśmy przewiewne kiecki i ruszyłyśmy zaspokajać swoje ciekawskie dusze. Jaka jest Nicea? Na pewno warta odwiedzenie, nietania, trochę podobna do Neapolu (tak przynajmniej stwierdziła Asia:)), głośna i ciekawa. Na początku wszędzie widziałam pełno kiczowatych pamiątek- jak zawsze tam, gdzie są turyści. Z czasem zaczęłam jednak dostrzegać przewagę lokalnego rzemiosła i lokalnych produktów. Francuzi są bardzo dumni ze swoich wyrobów i było to widać jeszcze nie raz podczas naszego wyjazdu.
Poza wodospadem znajdującym się na wzgórzu z widokiem na Promenadę Anglików, warto po prostu po Nicei pospacerować i popróbować drinków w różnych barach. Nie oceniajcie proszę, ale nie mogło być inaczej😊 Było gorąco, a my wreszcie miałyśmy siebie tylko na wyłączność! A gdzie ploty wchodzą najlepiej? No wiadomo, że w barze na drinku, najlepiej w barze z widokiem na morze, najlepiej na skruszonym lodzie w upalny dzień!
Kilka kilometrów dalej i kilka drinków później siedziałyśmy w pociągu, który do kolejnej stacji jechał maksymalnie 10 minut. Na tyle krótko, że prawie przegapiłyśmy nasz przystanek – Villefranche-sur-Mer. Miejscowość położona niezwykle blisko Nicei, a jednak zupełnie inna, bardziej cicha, kameralna i romantyczna. Pełna schodów i pięknych ludzi, kobiet w zwiewnych, kwiecistych sukienkach i panów w lnianych koszulach. Zachodzące słońce nie przeszkadzało nikomu w morskich kąpielach przy żwirkowej plaży, na tle pastelowych kamieniczek Villefranche. W takich okolicznościach żegnałyśmy nasz pierwszy lazurowy dzień.
Na czerwonym dywanie
18 km. Tylko tyle i aż tyle przemierzyłyśmy na nogach kolejnego dnia, który rozpoczęłam małą czarną na naszym francuskim balkoniku z widokiem na kamienice, w stylu mi nieznanym, bo na sztuce się nie znam. Zachwycone komunikacją publiczną na Riwierze Francuskiej zupełnie olałyśmy wypożyczanie auta i podobnie jak poprzedniego dnia, pociągiem, ruszyłyśmy w stronę czerwonego dywanu, w kierunku Cannes. Nie rozczarował nas widok Pałacu Festiwalowego, bo o tym, jak bardzo szkaradnym jest tworem, zdążyłyśmy przeczytać w drodze, więc można powiedzieć, że byłyśmy przygotowane. Obok pałacu znajduje się marina, w której po raz pierwszy zetknęłyśmy się z taką ilością przepychu, że głowa boli. Z przepychem w postaci kilkukondygnacyjnych jachtów, które jak się później okazało, były całkiem… skromne. W powietrzu unosił się zapach pieniędzy.
W Cannes spędziłyśmy sporo czasu spacerując tropem cienia i dbając o wewnętrzne nawodnienie naszych organizmów. Minęłyśmy targ staroci, na którym można było kupić m.in. plakaty i przeróżne grafiki w stylu retro – uwielbiam takie rzeczy i przed ich zakupem wzbrania mnie tylko ta myśl w głowie „gdzie ja to wszystko później powieszę…”
Z Cannes pojechałyśmy do Antibes. Idąc z dworca minęłyśmy młyńskie koło i kolejny luksusowy port, jeszcze bardziej ekskluzywny niż ten obok Alei Gwiazd. W porcie znajdowała się przystań o jakże skromnej nazwie „przystań miliarderów” i myślę, że ta nazwa wystarczy, aby wyobrazić sobie skalę przepychu jaki panuje w tym miejscu. Bruk tego dnia parzył, ale zimny spritzer skutecznie nas chłodził😊
Nicea w wieczorowym wydaniu była lekka i przyjemna. Kiedy upał zelżał, można było odetchnąć pełną piersią i nie marszczyć czoła od promieni słońca. Ubrania nie kleiły się już do ciała, a lody nie ciekły po dłoniach. Było przyjemnie znowu usiąść w jednej z restauracji pić wino i niekulturalnie gapić się na tych wszystkich szczęśliwych i beztroskich ludzi, którzy podobnie jak my tamtego wieczoru, kolekcjonowali w głowie wakacyjne wspomnienia.
Księżniczki w Monaco
Nasz kolejny poranek zaczęłyśmy od wizyty w Mentonie. Kolejnego miasteczka pełnego pastelowych, wysokich budynków i wąskich ulic, które oferowały odrobinę chłodu w upalne dni. Tutaj po raz kolejny przekonałyśmy się, że nazwa wybrzeża jest zupełnie uzasadniona, bo woda faktycznie wszędzie ma ten sam, lazurowy, odcień.
Na liście naszych wakacyjnych westchnień nie mogło zabraknąć oczywistego punktu, czyli Monaco! Księstwo po raz pierwszy odwiedziłam z mamą mając jakieś 7 lat. Pamiętam, że wrażenie jakie wywarło na mnie to miejsce na długo utkwiło w mojej pamięci. Dodam, że był to początek XXI wieku, więc dla dziewczynki pochodzącej z maleńkiego miasteczka w Polsce to był powiew czegoś zupełnie odrealnionego. Kolory, zapachy, samochody, które dotychczas widziałam tylko w telewizji – luksus, życie jak z bajki. Kolejny raz byłam tam mając 18 lat. Wtedy miasto nadal mi imponowało. Wróciłam teraz. Mając 30 lat zupełnie zmieniła mi się perspektywa. Być może to upał, który nie miał dla nas litości, a być może kwestia tego, że przez ostatnie lata sporo się w moim życiu wydarzyło, że widziałam już wiele skromniejszych i znacznie piękniejszych miejsc. W każdym bądź razie, niezależnie od powodów, mój odbiór był znacznie inny niż ostatnim razem, znacznie bardziej krytyczny. Wszędzie dookoła rozgrywały remonty. Poza tym miasto jest nieprzystosowane dla pieszych. Mają ładny dworzec i kiepskie oznaczenia. Przed wjazdem należy pamiętać, żeby wcześniej pobrać nawigację, lub tak jak my, poruszać się z papierową mapą, bo w Monaco nie obowiązuje europejski roaming. Kierowcy sportowych aut nie szarżują po drogach, nikt nie ma potrzeby prezentowania swojego ego poprzez dociskania pedału gazu w podłogę. I to jest akurat fajne. Tam bogactwo i przepych to chleb powszedni, nikt nic nie udowadnia, nie przechwala się, tam wszyscy mają, wszyscy mają dużo… dużo pieniędzy. Zupełnie inny świat, świat, który mi nie imponuje, nie mój świat, ale warto było popatrzeć na tych wszystkich którzy mają i na tych, którzy przyjeżdżają z marzeniami, że chcieliby mieć… my, bardzo przyziemnie, marzyłyśmy o cieniu i butelce wody;)
W drodze powrotnej wysiadłyśmy w Eze. Mimo, że byłyśmy na właściwym przystanku to na miejscu okazało się, że aby z dworca dojść do Eze Village trzeba mieć cierpliwość (autobusy jeżdżą co godzinę, a ostatni właśnie odjechał) lub siłę w nogach, żeby dojść niezły hektar pod całkiem sporą „górkę”. Cierpliwości i siły tego dnia zaczynało nam już brakować. Skończyło się wizytą na plaży i czekaniem na kolejny pociąg do Nicei.
Przyjechały… nawet dwa pociągi! Dwa na maxa wypełnione ludźmi. Zrezygnowane i bez nadziei, że uda nam się wsiąść do wyładowanego po brzegi pasażerami, pociągu, porozumiewawczo spojrzałyśmy w kierunku dwóch, jak się później okazało, Holenderek. Z naszych ust niemal w tym samym czasie padło hasło: Uber. Zrobiłyśmy międzynarodową zrzutkę i razem wróciłyśmy do Nicei.
Wieczorem spacerując Promenadą Anglików rozmawiałyśmy o tym, że to był bardzo dobry teaser. Trwająca trzy dni zajawka tego, że pełnometrażowa przygoda na Lazurowym Wybrzeżu może być megahitem, bo na poznanie tego rejonu potrzeba znacznie więcej czasu i warto ten czas Francji poświęcić.
Walizka lazurowych refleksji
To co przywiozłam z tej podróży to wspomnienie serdecznych, uprzejmych i bardzo pomocnych Francuzów. Francuzów, którzy średnio lubią komunikować się w języku innym niż francuski, ale mimo to niewerbalnie wyjaśnią Ci wszystko i zaprowadzą wszędzie dokąd chcesz.
Zdecydowanie na plus będę mówić i pisać o komunikacji międzymiastowej, która zawiodła nas tylko raz, podczas próby powrotu z Eze. Poza tym jednym epizodem, miasteczka są na tyle dobrze skomunikowane, że bez obaw można wznosić toasty, bez konieczności poszukiwania parkingów w labiryncie zwartej zabudowy lazurowych miast.
Friends Will Be Friends
Ten wyjazd bardzo dobrze nam zrobił. Myślę, że każdy z nas powinien pielęgnować w ten sposób relacje z przyjaciółmi. Pewnie część z Was myśli sobie teraz, „tak, łatwo jej mówić…”, bo każdy jest w innej sytuacji życiowej i ma inne priorytety, ale wierzcie mi, że ja mogłabym z tą dziewczyną jechać pod namiot nad pobliskie jezioro i przywiozłabym stamtąd najpiękniejsze wspomnienia, bo to nie pieniądze, a ludzie tworzą klimat. Wiem, że żyjemy w szalonych czasach, trudno nam znaleźć przestrzeń dla własnych rodziców, mężów, dzieci, ale warto. Warto zrobić mały przystanek, nacieszyć się drugim człowiekiem, docenić to, że są dookoła ludzie, przy których nigdy nie grozi nam samotność, na których zawsze możemy liczyć. Którzy razem z nami dojrzewają, z którymi kiedyś szaleliśmy do rana na imprezach, a dziś cieszymy się mogąc pogadać spokojnie przy drinku.
Dobrze było też stęsknić się za swoimi chłopakami, wyściskać ich po powrocie i po raz kolejny utwierdzić się w przekonaniu, że jak zniknę na kilka dni to ich świat się nie wali, a mój mały chłopiec to już duży chłopiec…
Dobrze być tu i teraz, dobrze mi w tym miejscu i momencie życia, w którym jestem. Więcej mi nie potrzeba.










































































❤️