To był cholernie ciężki rok, a jego końcówka to w ogóle jakieś absolutne pasmo porażek zawodowych i problemów prywatnych. 2023- nie spodziewałam się, że tak mnie poturbujesz! Ciągle powtarzam sobie, że wszystko jest po coś, że nic nie dzieje się bez przyczyny, ale żeby odkryć jaki komunikat chciał mi przekazać wszechświat potrzebuje jeszcze czasu i dystansu. W każdym razie na osłodę po tym obfitującym, w nagłe zwroty akcji, ostatnim kwartale roku, nadszedł czas na terapię, a nic nie robi mojej duszy tak dobrze, jak zmiana otoczenia. Nic nie otula mnie tak jak towarzystwo kłębiastych chmur w przestworzach, nic nie daje mi tyle spokoju, co dźwięk wzburzonego morza, nic nie cieszy mnie tak jak czyste powietrze i słońce, które świeci tak intensywnie, że mam problem z szerokim otwarciem oczu. W grudniu słońce z pewnością świeci mocno w Tajlandii, Meksyku i innych egzotycznych zakątkach świata, ale mi do szczęścia potrzeba po prostu Hiszpanii!

Znowu to zrobiliśmy!

Nasza zeszłoroczna wizyta w Maladze była całkiem dużym spontanem. Cały tydzień spędziliśmy w słonecznej stolicy Andaluzji. Nie mieliśmy auta i żadnego planu. Tego nam było wtedy trzeba. Tamta wizyta rozbudziła we mnie chęć dalszego odkrywania południa i wtedy obiecałam sobie, że tu wrócimy. Swoją tegoroczną wyprawę rozpoczęliśmy tradycyjnie od wizyty w Maldze, w której spędziliśmy pierwsze 6 nocy naszego pobytu. Zatrzymaliśmy się w apartamencie, który z przyjemnością bym Wam poleciła, ale do dziś toczę z nimi walki o zwrot depozytu, więc oszczędzę Wam tych nieprzyjemności.

Po raz kolejny zatrzymaliśmy się, w dobrze znanej nam już dzielnicy, Pedregalejo, która jest takimi spokojnymi przedmieściami tętniącej życiem Malagi. Pierwszy dzień przeznaczyliśmy na niespieszne powitanie się na z Hiszpanią, czyli lody, spacery i inne proste przyjemności, które w słońcu smakują najlepiej:)

Zbrodnia i nagroda

Kolejny dzień zaczęliśmy od niemałej sprzeczki z naszym charakternym 3- latkiem, której kulisów Wam oszczędzę. Atmosfera była, delikatnie mówiąc napięta, ściany drżały w posadach, a każdy z nas głęboko oddychał w innym kącie apartamentu. Dzień zapowiadał się nerwowo i milcząco, ale jak to zwykle bywa, z nami niekonsekwentnymi rodzicami na wakacjach- tylko się zapowiadał. Finalnie wylądowaliśmy w ZOO w Fuenigiroli – taka oto „kara” za złe zachowanie czekała naszego dziecia. W Bioparcu, bo tak nazywa się miejsce do którego się wybraliśmy można podziwiać z niewielkiej odległości małpki, goryle, krokodyle, tygrysy, ogromne jaszczury, różowe flamingi, gigantyczne żaby i wiele innych ciekawych okazów. Na tych, którzy zgłodnieją, czeka przyjemnie zacieniona restauracja z widokiem na plac zabaw. Mam wrażenie, że w ogóle w Hiszpanii wszystko robione jest  zmyślą o rodzinach z dziećmi, tak jak np. w tym parku – siedzisz, delektujesz się w spokoju swoim espresso, a pod Twoim nosem szaleje szczęśliwy bombelek. Odkąd na świecie pojawił się Jan i ujawnił przed nami pokłady swojej niespożytej energii, takie drobne udogodnienia bardzo mnie – matkę cieszą.

Tour de Fuenigirola

Kilka godzin spędzonych na spacerze pomiędzy klatkami i akwariami na tyle wymęczyło Juniora, że nie dał rady dojść do samochodu o własnych siłach. Wtulony w ramiona taty udał się na drzemkę, a my udaliśmy się odkrywać Fuenigirole. Zaczęliśmy od wizyty… w sklepie obuwniczym, bo młody sygnalizował, że w starych butach „piętki go bolą” – trampki to jednak niezbyt dobry wybór na dłuuuugie wycieczki piesze. Tak więc za złe zachowanie dostał jeszcze nowiutkie adidaski- tak, wiem, pogrążam się, ale cóż… tak było! Po małym Tour de Fuenigirola zatrzymaliśmy się nie gdzie indziej, jak na plaży i zakopaliśmy topór wojenny z synem, którego uśmiech na widok piachu i morza totalnie rozczula nasze lodowate serca.

Na obiad pałaszowaliśmy przysmaki prosto od rybaka na dużym Mercado, którego nazywa już nie pamiętam, ale znajduje się on niedaleko plaży i oferuje wiele opcji do wyboru. Można zjeść w knajpie specjalizującej się w tapas, owocach morza, można napić się winka, albo skosztować słodkiej babeczki.

Dzień uratowany!

Ilość witaminy D działała na Młodego tak relaksująco, że kiedy tylko ruszaliśmy w kierunku kolejnego miasteczka, odpłynął i przespał całą wizytę w Mijas. Ominął go cudowny zachód słońca roztaczający się z Mirador del Compas i kawusia, którą spijaliśmy w blasku kończącego się dnia. Nie napiszę Wam tu zbyt wiele o atrakcjach tego uroczego Pueblo Blanco, bo to jedno z tych miejsc, po których trzeba się poszwędać i pozaglądać w jego różne zakamarki. Nie jedzie się tam zwiedzać kościołów i muzeów (chyba, że ktoś tego szuka, to bardzo proszę na pewno jakiś kościół się znajdzie:)), jedzie się tam chłonąć ducha miasta. Tak więc, przy akompaniamencie pochrapywania Młodego chłonęliśmy- tak pięknie kończył się dzień, który rano prawie spisaliśmy na straty.

Szlakiem Pueblos Blancos

Oczarowani Mijas, kolejnego dnia, ruszyliśmy dalej szlakiem Pueblos Blancos – czyli miasteczek o charakterystycznej, białej zabudowie. Kolejną pinezką na naszej mapie była Frigiliana. Miejscowość oddalona godzinę drogi od Malagi była naszym przystankiem w drodze do Nerji. Nie było dla nas zaskoczeniem, kiedy syn po raz kolejny przespał całą drogę wraz ze zwiedzaniem miasta. Tamtejsze powietrze wyjątkowo kojąco wpływało na Jaśka, ostatni raz tak dużo spał kiedy był niemowlakiem! Nie ukrywam, że taki stan rzeczy był dla nas wygodny. Młody kimał w najlepsze, a my bez zbędnego pośpiechu i bez obowiązkowych przystanków na zabawę w chowanego, rozkoszowaliśmy się schłodzonymi napojami. Siedzieliśmy na jednym ze skwerów skąpanych w południowym słońcu, obserwując toczące się życie zwykłych ludzi, starszych panów z fajkami w zębach i seniorek ubranych w rajstopy i puchowe kurtki, podczas kiedy my wystawialiśmy nasze blade, złaknione światła, twarze w kierunku słońca. Zaryzykuje stwierdzenie, że Frigiliana była jeszcze bardziej urocza niż Mijas. Biel domów idealnie korespondowała z błękitem drzwiczek i okiennic tamtejszych domów i przy odrobinie wyższej temperaturze, można byłoby pokusić się o stwierdzenie, że przypominała trochę krajobraz Santorini.  

W Nerji, która była naszym kolejnym przystankiem, spotkaliśmy się ze znajomymi, którzy od miesiąca podróżowali po Andaluzji (tak, wiem, wiem – szczęściarze:)). Miasto nie zrobiło na nas jednak piorunującego wrażenia. Widać było tam znacznie więcej masowej turystyki, były większe tłumy i ogólny tłok, ale przyznaje się bez bicia, że nie spędziliśmy tam też wystarczająco dużo czasu, żeby wydać definitywny osąd, że nie warto tam jechać. To co spodobało się nam chyba najbardziej to widok z apartamentu naszych znajomych. Z ich tarasu rozpościerała się piękna panorama na morze i malutkie budynki w oddali, co przy zachodzącym słońcu tworzyło wyjątkowo magiczną atmosferę.

…a później przyszły święta

…i do Malagi przylecieli nasi kolejni znajomi. W wigilijny poranek dzieciaki bawiły się beztrosko na plaży w Pedregalejo, od czasu do czasu namawiając nas na plastikowe zabawki z automatu, a my leniwie zaczynaliśmy kolejny dzień.
Nasze auto odpoczywało na parkingu, zrobiliśmy sobie wolne od zwiedzania i świętowaliśmy. Bez białych koszul i obrusów, bez sianka na stole i opłatka, inaczej, po swojemu. Na kolacje wigilijną zamiast karpia były krewetki, a zamiast makowca ciasteczka czekoladowe z Mercadony. Coraz częściej myślę sobie, że to „inaczej” stanie się naszą świąteczną tradycją. Tego sobie właśnie życzę kochany święty Mikołaju:)

Andaluzyjski koszmarek

W pierwszy dzień świąt odwiedziliśmy Benalmadenę, ale na temat tego miejsca powiem tylko, że NIE WARTO. Chyba, że jesteście miłośnikami restauracyjnych naganiaczy, betonozy, komerchy, i głośnych Brytyjczyków. Z natury jestem osobą otwartą i tolerancyjną, ALE Anglicy na wakacjach są chyba najgłośniejszą nacją świata. Tam gdzie oni, tam nie zaznasz spokoju. Wiem, że teraz mocno generalizuje i wcale nie mam intencji, żeby kogokolwiek obrazić, ale takie są właśnie moje doświadczenia.  
Chociaż w tym mieście spędziliśmy maksymalnie godzinę wracałam zmęczona hałasem, krzyczącymi do mnie z każdej strony restauracyjnymi banerami i ogólnym bałaganem, jaki panował w tym miejscu. Nie! Takiej wersji Andaluzji nie kupuje. Przeraża mnie fakt, że są ludzie, którzy przyjeżdżają w takie miejsce i spędzają w nim, załóżmy, tydzień. Później wracają i opowiadają znajomym, że ta Hiszpania to w sumie bez szału. Bez szału jest Benalmadena, ale Hiszpania to zupełnie inna bajka…

Ciepło-zimno- mokro

W drugi dzień świąt Hiszpanie wracają do codzienności. Nie ma odpoczynku. Jest praca. Sklepy są otwarte, wszystko działa jakby nigdy nic. My tamtego dnia można by powiedzieć… zmieniliśmy strefę klimatyczną. Odziani w lekkie ciuchy ruszyliśmy w głąb lądu. Godzina drogi z dala od wybrzeża potrafi zrobić kolosalną różnicę w amplitudzie andaluzyjskich temperatur. Nie powiem Wam ile stopni powitało nas w Iznajar, ale… było rześko! Bardzo! Miasteczko jest dość górzyste, różnice więc nie dotyczą nie tylko temperatur ale też poziomu nachylenia terenu. Spacer z wózkiem, ze śpiącym w środku brzdącem był niezłym treningiem nóg. Iznajar, poza świeżym (!) powietrzem i licznymi wzniesieniami będzie kojarzył mi się jeszcze na pewno z niebieskimi donicami, które można było tam spotkać na każdym rogu. Z widokiem na turkusowy zbiornik wodny, który otaczał miasteczko w taki sposób, że odnosiło się wrażenie, jakby było się na wyspie. Poza tym nie zapomnę uśmiechających się do nas Hiszpanów, którym ewidentnie widok małżonka w krótkich spodenkach przysporzył dużo radości tamtego dnia. Niektórzy nawet nas zagadywali i padały wtedy sformułowania „frio” (zimno) oraz „pantalones cortos” (krótkie spodenki)- nie trzeba być poliglotą, żeby domyślić się co chcieli nam przekazać:) Na rozgrzewkę zamarzyły nam się ciepłe napoje, nawigacja doprowadziła nas do knajpy, która podobno miała być otwarta. Jak to jednak na południu bywa- nie ma co sugerować się godzinami otwarcia podanymi w Google, rzadko który właściciel gastronomii skrupulatnie dba o poprawność zamieszczonych tam informacji. Na szczęście tuż obok otwarty był bar, w którym ogrzewali się lokalesi, sami mężczyźni, w tym część wydziarana, jakby przed chwilą opuściła zakład karny. Taki bar z jednorękim bandytą, lekko zaśniedziałymi szklankami i dużą ilością alkoholu. Raz kozie śmierć! Chcieliśmy napić się tylko herbaty. Przeżyliśmy i swoją wizytą ośmieliliśmy chyba innych turystów, bo po chwili zaczęło napływać więcej osób, które wcześniej z nutą niepewności zerkały tylko przez okna lokalu.

Młodego, tradycyjnie, wszystko ominęło, bo spał, ale nadrobił swoje kiedy po południu w Maladze wpadł w całym opakowaniu do morza. Kąpiel w grudniu? Czemu nie:)

Splendor i szmira

Następny dzień przyniósł zmiany. Pożegnaliśmy się z naszym tymczasowym mieszkaniem i ruszyliśmy w stronę Estepony. Podróż z Malagi zajęłaby nam godzinę, ale po drodze chcieliśmy zatrzymać się jeszcze w owianej sławą Marbelli, słynącej chyba najbardziej z obecności celebrytów, luksusów i wystawnego życia. Zawsze kiedy słyszę, że jakieś miasto ma „taką” etykietę to z góry zakładam, że raczej nie będzie fajnie, ale moja dociekliwość nakręca mnie do weryfikacji plotek. W przypadku Marbelli, niestety, plotki miały swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nasze pierwsze wspomnienie stamtąd to korki i problem ze znalezieniem miejsca parkingowego. Kolejne to, ciemnoskórzy mężczyźni porozstawiani ze swoimi „luksusowymi” towarami wzdłuż plaży. Poza tym oczywiście dużo ludzi, ale tym razem nie ludzi w puchowych kurtkach, a roznegliżowanych turystów  z północy, dla których, podobnie, jak zresztą dla nas, pogoda była iście wiosenno- letnia. Podczas naszej wizyty język polski był jednym z tych, które najczęściej przewijały się pośród tłumów i wcale nie chodzi o to, że naturalnie wychwytujemy go w ulicznym szumie, ale o to, że w okolicy jest naprawdę dużo rodaków.
Nie chcę demonizować tego miasta, bo wiem, że ma wielu fanów i zdecydowanie ma też swoje jasne strony. Jedną z nich jest np. bardzo urokliwa starówka, po której polecam się poszwędać. Z pewnością nie jest to koszmarek pokroju Benalmadeny, ale czuć tam wyraźną powierzchowność, pozorny luksus, mix splendoru i szmiry. Zdecydowanie miejsce nie w moim stylu, ale warte odwiedzin.

Spacer po Casares i mroczne opowieści

Podczas pobytu w okolicach Estepony warto też z pewnością odwiedzić Casares, w mojej opinii, zdecydowanie bardziej malownicze niż Marbella. To jedno z tych miasteczek, które określa się perełkami regionu. Takie, w którym jest niewielkie centrum, kilka kawiarni, restauracji, jakiś charakterystyczny kościół lub zamek i jeszcze obowiązkowo punkt widokowy. Casares wszystkie te wymogi spełnia, jest też bardzo strome, pełne schodów i ciasnych białych uliczek. Mąż wraz z naszym śpiącym królewiczem po kilku metrach spaceru zrezygnował z dalszego zwiedzania. Poszłam więc sama i nie żałuję, że się skusiłam, bo spokój i harmonia bijąca z tego miejsca była dla mnie, po wizycie w Marbelli, przyjemną odskocznią. Myślę, że nie bez powodu tego typu mieścinki zamieszkują głównie starsi ludzie, życie tam musi być bardzo monotonne, ale przystanek na doładowanie baterii to zdecydowanie godne polecenia rozwiązanie.

Właśnie uświadomiłam sobie, że nasz 2-tygodniowy pobyt w Andaluzji obfitował w spotkania towarzyskie, takie na które w ferworze codziennych spraw, w Polsce, brakuje czasu. Wieczorem nasi znajomi zaprosili nas do domu, który niedawno sobie kupili i w którym spędzają zimową część roku. Podczas naszej wizyty rozmawialiśmy m.in. o problemie ocupas (dzikich lokatorów). Ciekawa sprawa. Prawo w Hiszpanii skonstruowane jest w ten sposób, że jeśli podczas Twojej nieobecności, ktoś wprowadzi się do Twojego domu i udowodni przed sądem, że spędził tam nieprzerwanie określoną liczbę dni to prawnie może w tym domu mieszkać. Absurd, prawda? Chore prawo! I tak np. delikwent, który zajmuje Twoją posiadłość, zamawia sobie kuriera do Twojego domu na swoje dane, zamawia jedzenie z dowozem na Twój adres i wszystko sygnuje swoim podpisem, żeby mieć podkładkę, że spędził w danym miejscu określony czas, upoważniający go do zajęcia posesji. Takie rzeczy dzieją się w Hiszpanii i jest to ta zdecydowanie ciemna strona życia w tym słonecznym raju.

Ronda= rozczarowanie

Kolejny dzień był dość wietrzny i jedyna wycieczka na jaką się zdecydowaliśmy to ta na wydmy, ale następnego dnia ciekawość dała za wygraną i ruszyliśmy dalej, w kierunku Rondy. Miejscowości, którą każdy widział chociaż raz na pocztówce z Hiszpanii. Charakterystyczny widok na most zawieszony nad wąwozem to stały punkt wizyty w tym mieście. Niestety było to dla nas kolejne rozczarowanie. Miasto totalnie zdominowane przez tłumy zostało zupełnie pozbawione uroku. Na każdym kroku turyści – tacy z prawdziwego zdarzenia, z selfie stickami i saszetkami zawieszonymi na szyi. Najprzyjemniejsza z całej wizyty była droga do celu, ta do Rondy robiła ogromne wrażenie! Serpentyny i zmieniający się krajobraz, z leśnego w momentami pustynny – cieszył wzrok, w przeciwieństwie do samego miasta. W Rondzie miałam wrażenie, jakbym była na jakimś festynie, na którym każdy walczy o swój skrawek przestrzeni. Kiedy stamtąd uciekaliśmy, do parkingu na którym zostawiliśmy samochód ustawiał się już sznur aut chętnych zająć nasze miejsce.

Zdecydowanie bardziej podobało mi sie nasze leniwe popołudnie spędzone na plaży w Estoponie. Zabraliśmy ze sobą koc i jedzenie od Marokańczyka, który gotował właściwie pod naszym domem. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że obiad na plaży z trzylatkiem to gwarancja piachu w zębach, ale jakoś to przełknęliśmy:)

Sylwester marzeń

Ostatni wieczór starego roku nie był dla nas nocą spektakularnych wydarzeń, wystrzałowych kreacji i zmysłowych tańców. Mi przede wszystkim marzyło sie, żeby po prostu się skończył. Zamknąć ten rozdział i symbolicznie otworzyć nowy.  Odcięło nas w okolicah 23:00, a o północy obudziły nas huki fajerwerków i innych efektów dźwiękowych, jednak nieatrakcyjnych na tyle, żeby wynurzać nos spod ciepłej kołdry. Mimo, że bardzo zależało nam na tym, żeby zobaczyć jak tej nocy świętują Hiszpanie to nie udało się nam wytrwać. Podjęliśmy próbę i ok. 21:00 wyszliśmy na miasto zobaczyć, czy cokolwiek się dzieje, ale działo się mniej niż zwykle. Poza sceną rozstawiającą się na jednym z placyków w centrum Estepony nic nie zwiastowało, że ktokolwiek zamierza hucznie świętować. Hiszpanie po prostu późno zaczynają imprezę. Jak doczytałam w Internecie, wszystkie wydarzenia sylwestrowe startują około godziny 23:00, czyli wtedy kiedy my właśnie liczyliśmy baranki…

Hop w Nowy Rok

Za to Nowy Rok powitaliśmy najpiękniej jak tylko można! Jeśli wierzyć w porzekadło, „jaki nowy rok taki cały rok”, to ten zapowiada się wyjątkowo!
Wstaliśmy wypoczęci, bez syndromu dnia poprzedniego zwanego popularnie kacem. Przeszliśmy się po raz ostatni ulicami Estepony, wypiliśmy kawę w promieniach budzącego się słońca i ruszyliśmy dalej, w stronę Kadyksu.
Po drodze chcieliśmy zatrzymać się w Tarifie, która już z oddali kusiła nas błękitem wody, ale skapitulowaliśmy po bezskutecznym, ponad 10-minutowym, poszukiwaniu miejsca parkingowego.
Jak się okazało chwilę później, warto było jechać dalej! Kolejnym przystankiem na naszej drodze były wydmy Valdevaqueros, które od pierwszego wejrzenia przywodziły wspomnienia Fuertaventury.
W pierwszy dzień nowego roku siedzieliśmy na miękkim, białym piachu, otoczeni naturą i spokojem. Nie mogłam wyobrazić sobie lepszego początku…

Zwabieni przez morze

Wieczorem dotarliśmy do (prawie) ostatniego punktu naszej wycieczki- do Kadyksu. Nasz apartament mieścił się tuż przy ogromnej plaży, która swoim rozmiarem przypominała nam te w Portugalii. W planach na kolejne kilka dni miałam wizytę w Jerez de la Frontera, słynącej produkcji sherry, Arcos de la Frontera i Vejer de la Frontera, mieliśmy też wybrać się do Sewilli, którą wszyscy zgodnie wychwalają. Nie udało się nam jednak zrealizować żadnej z tych wizyt. Stare miasto w Kadyksie, plaże, klimat tego miasta- wszystko to sprawiało, że nie mieliśmy ochoty się z nim rozstawać.
Jasiek był w siódmym niebie. My też. Całe dnie spędzaliśmy na plaży, skacząc przez fale, grając w memorki, berka, raz dwa trzy baba jaga patrzy, zbierając muszelki i stawiając twierdze z piasku przy pomocy butelek i plastikowych pojemników na jedzenie. Całe dnie… do zachodu słońca.  

Pronto!

Po kilku błogich dniach spędzonych w Kadyksie ruszyliśmy dalej w trasę, tym razem powrotną:( Od rana padał deszcz, pierwszy raz od naszego przyjazdu. Jednak nawet w deszczu ten rejon Europy nie traci swojego uroku.
Ostatnią noc, z racji na wczesny wylot,  spędziliśmy w, położonym niedaleko lotniska, hotelu w Torremolinos. Tego miasta nie polecam równie mocno co Benalmadeny, z tych samych zresztą powodów. Na andaluzyjskim wybrzeżu poza, bezdyskusyjnie, zapierającymi dech w piersiach miejscami zdarzają się niestety też betonowe potworki – turystyczne miasteczka, które nie mają nic wspólnego z prawdziwą Hiszpanią.
Mimo wiecznych problemów z parkowaniem, wszędobylskich palaczy, którzy kopcą Ci pod nosem w restauracji psując całą przyjemność z jedzenia, mimo dzikiego (bez)prawia lokatorskiego, mimo wszystko… Te quiero mucho España y volvere a ti!