Trochę o trudach płynących z podróżowania z dziećmi, o ocenianiu, empatii i szacunku. Dużo o wietrze, obłędnych plażach i zachwycających kolorach. O synowej z plastiku i religijnym przebudzeniu 3-latka. O tym kiedy na Sardynii jest ciepło, a kiedy przystępnie cenowo. O tym czy warto, czy nie warto odwiedzić włoską wyspę i w końcu, czy w ogóle powinno się ciągać ze sobą bombelki na wakacje. Trochę o wszystkim i bardzo po mojemu. Zapraszam:)
Krótka dygresja o dojrzewaniu
To niesamowite jak w przeciągu życia się zmieniamy. Ewoluujemy. Dojrzewamy. Jak, w zależności od etapu na którym akurat jesteśmy, zmieniają się nasze pragnienia i potrzeby. Jako nastolatka potrzebowałam wyrwania się z małego miasta, szumu miejskich ulic, gwaru nocnego życia. Każda minuta spędzona na nicnierobieniu sprawiała, że czułam, jakby coś mi umykało. Zachłannie konsumowałam każdą chwila jakby miała być tą ostatnią, jakby jutro miało nie być – dosłownie. Odkąd na świecie pojawił się nasz syn, staram się nadal wyrywać z życia garściami, ale w zupełnie odmienny sposób. Nadal konsumuje, ale bardziej świadomie, spokojniej. W życiu codziennym trudno wyobrazić mi sobie siebie oderwaną od miasta- wrosłam w nie, ale na wakacjach zdecydowanie bardziej od szumu ulic wolę kojący szum morza, a zamiast szpilek, bose stopy leniwie snujące się po białym piasku. Jedni powiedzą „dojrzałaś” inni „zdziadziałaś” (lub właściwie to „zbabciałaś”), ale ja chyba po prostu bardzo świadomie weszłam w kolejny etap życia, etap w którym nie żyje wyłącznie sama dla siebie i dobrze mi z tym.
Potrzeby małego człowieka nie pozostają bez znaczenia podczas wybierania przez nas kierunków podróży. Przestało się liczyć to, że gdzieś już byliśmy i „tracimy czas” na dublowanie kierunków. Nie ważne. Jeśli nasz syn czuje się gdzieś dobrze to my też czujemy się dobrze i idziemy w to!
Nie oceniajmy! Każdy z nas jest inny
Są rodzice, którzy z obawy przed dosłownie wszystkim czekają z pierwszym rodzinnym wyjazdem do momentu, aż dziecko będzie gotowe i dla każdego ta przysłowiowa gotowość będzie oznaczała co innego. Inni bookują bilety na drugi koniec świata tuż po przyjściu dziecka na świat i chwilę później odważnie w ten świat ruszają. Są tacy, którzy wybierają opcje all inclusive, z basenami i placami zabaw dla bombelkow, żeby sami mogli odpocząć, odłączyć się, nie myśleć o tym, że muszą ugotować obiad, zrobić pranie, obudzić się zbyt wcześnie i pędzić do pracy.
Wydaje mi się, że jestem w stanie po trochu zrozumieć każdą z tych postaw i każdą z nich po trochu podzielam i nie podzielam jednocześnie. Wszyscy jesteśmy różni, mamy różne dzieci i odmienne potrzeby. Dlatego zachęcam, jeśli jakiś zatroskany rodzic w końcu zdecyduje się zarezerwować ten pierwszy rodzinny wyjazd i zadaje mnóstwo pytań o rzeczy wydawałoby się banalne – nie oceniajcie! Poklepcie po plecach i życzcie powodzenia, wesprzyjcie go w tym pierwszym kroku, żeby z większą przyjemnością stawiał kolejne. Być może w przyszłości to właśnie ten nieśmiały podróżnik stanie się dla Was inspiracją:)
Jeśli ktoś nieustannie podróżuje z niemowlęciem, które jeszcze do niedawna jedyne wody jakie znało to te w brzuszku swojej mamy, a zaraz będzie wsiadało na swoją pierwszą deskę surfingową – nie oceniajcie! Żaden rodzic nie chce przecież wyrządzić swojemu dziecku krzywdy. Jeśli uznał, że to dobry moment na podróż z noworodkiem na Antypody to jego sprawa. Sama nie mam w sobie wystarczające dużo odwagi, żeby zabrać Janka do amazońskiej dżungli i wiem, że dostałabym zawału wspinając się z naszym żywiołem, nawet po niezbyt wysokich, górach, ale każdy z nas jest inny. Szanujmy to. Może i na nas przyjdzie czas… a może nie przyjdzie i okaże się, że naszą ulubioną formą odpoczynku będzie przysłowiowy basen w Egipcie, na którym nasze dzieciaki będą szalały od rana do nocy i to będzie właśnie nasza definicja udanego urlopu. Nie oceniajmy! Szanujmy, wspierajmy, inspirujmy się. Podróżujmy na swoich zasad i według swoich potrzeb, wtedy satysfakcja gwarantowana:)
Półśrodek podróżniczy
Chociaż często podkreślam, że nie lubię półśrodków, to niedawno zdałam sobie sprawę, że odkąd jest z nami nasz syn, często się na nie decyduję. Przynajmniej w kwestii podróży. Sardynia była dla nas takim, pewnego rodzaju, półśrodkiem. Chociaż lubimy grzać się w słońcu, wiedzieliśmy, że wyspa w kwietniu może nie zapewnić nam tego luksusu. Chociaż lubimy szwędać się ulicami miast to ta tułaczka zdecydowanie różni się kiedy uprawiacie ją solo lub w duecie i nabiera zupełnie innych barw, kiedy towarzyszy Wam dziecko. Nie ma co się oszukiwać. Nie pospacerujecie i nie wypijecie spokojnie butelki wina we włoskiej knajpie, romantycznie patrząc sobie w oczy, kiedy towarzyszy Wam maluch. Chyba, że ktoś z czytających ten tekst ma taką spokojną i wyrozumiałą pociechę, wtedy zwracam honor:) Nam trafił sie egzemplarz wyjątkowo energiczny, więc na randki chodzimy przypadkiem, ale o tym za chwilę…
Sardynia poza sezonem okazała się być idealną odpowiedzią na zapotrzebowanie naszej 3-osobowej rodziny na aktualnym etapie naszego życia. Kierunek zdublowany, bo już raz przez nas odwiedzony, no i jednak włoski, więc nie spodziewaliśmy się większych zaskoczeń i kulinarnych rozczarowań. Dość przewidywalnie, spokojnie i bezpiecznie. Tym razem jednak zdecydowaliśmy się odwiedzić północno- wschodnią część wyspy, bo ta nie bez przyczyny nazywana jest szmaragdowy wybrzeżem, a obok takiej nazwy trudno jest przelecieć obojętnie:)… no i tam nas jeszcze nie było! Więc kierunek znany, ale odkrywaliśmy jednak zupełnie nowe oblicze wyspy.
Dziecko w samolocie! TAK czy NIE?
Na Sardynii są aż trzy lotnisko, czyli jak na realia wyspiarskie – całkiem sporo, ale z racji na to, że jest to druga co do wielkości wyspy morza śródziemnego, ta liczba nie dziwi. Poprzednim razem, czyli jakiś 7 lat temu, lądowaliśmy w Cagliari i zwiedzaliśmy południe wyspy. Teraz samolot dostarczył nas na lotnisko w Olbii. Lot z Berlina kosztował nas jakieś 1300 zł (z bagażem) i zajął niespełna 2h, a droga z lotniska do naszego domu w Pittulongu trwała zaledwie 15 min. Jan po raz kolejny zadziwiał nas swoją wytrwałością w podróży. Mimo, że nasz synek rzadko kiedy ucina sobie drzemkę w samolocie, mimo, że wszędzie biega i zagląda w każdy kąt, przez co i my jesteśmy zmuszeni do ciągłej aktywności, to przy tym jest super dzielnym małym chłopcem. Sam ciągnie swoją małą walizkę, nie marudzi, nie płacze i słucha się kiedy prosimy go, żeby nie kopał w siedzenia innych pasażerów, chociaż czasem trzeba poprosić go o to kilka razy;p. W przeciwieństwie do mnie, cieszy się kiedy samolot wpada w turbulencję i ogólnie należy mu się medal za to, jaki jest podczas naszych wypraw, bo pewnie gdyby był inny nie podróżowalibyśmy tak ochoczo. Opisuje to tutaj, bo wiem, że różnie bywa z zachowaniem dzieci w podróży. Temat ten budzi powszechnie kontrowersje i polaryzuje cały świat. Przed nami siedziała mała dziewczynka, która przekrzyczała cały lot. Jej rodzice byli ewidentnie zmęczeni i totalnie bezradni. Sama próbowałam zagadywać małą, Jasiu dzielił się z nią zabawkami, ale były to bezowocne próby ratowania jej i jej rodziców przed ostracyzmem innych pasażerów. Jeden z nich poszedł nawet poskarżyć się stewardowi na trudne warunki podróży. Wiem, że zdania w tej kwestii są mocno podzielone, ale ja zaliczam się do tej grupy, który uważa, że z dzieckiem należy podróżować, chodzić do restauracji, kina, czy teatrzyków, niezależnie od tego czy komuś się to podoba czy nie. Nie możemy wykluczać małych ludzi z życia na ich pierwsze kilka lat i oczekiwać, że kiedy czas w społecznym odosobnieniu upłynie, one magicznie odnajdą się w każdej sytuacji. Nie kochani, one tak samo jak każdy z nas muszą się wielu zachowań nauczyć, a wiadomo, że najlepsza nauka to ta przez praktykę, która jak życie pokazuje nie zawsze będzie przyjemna dla współpasażerów. Musiałam… musiałam wtrącić te maminą rozkminę, bo wiem jak wiele osób boi się wsiąść w jakikolwiek środek zbiorowego transportu, z powodu „tych spojrzeń” i „tych komentarzy”. Część ludzi odpuszcza ze strachu. Nie my;)! My pakujemy swojego 3-latka i lecimy odkrywać świat przy okazji starając się nauczyć go jak powinno i nie powinno się zachowywać w określonych miejscach i sytuacjach. Wy też się nie dajcie, bo w nagrodę otrzymacie bezcenne wspomnienia, a wasze bombelki wartościowe lekcje:)
Hej wietrze (nie) wiej!
Po opuszczeniu pokładu samolotu pierwsze co nas powitało to wiatr, ale nie jakiś tam delikatny wiaterek tylko wietrzysko, które „łeb chciało urwać” i które już podczas lądowania mocno dawało nam do zrozumienia, że jest i zamierza nam towarzyszyć, jak się później okazało, przez cały nasz pobyt. Do polski w tamtym czasie wróciła zima w nielubianym chyba przez nikogo wydaniu, a na Sardynię, ku uciesze windsurferów, wiatr. Kiedyś taka pogoda mogłaby, delikatnie mówiąc, mocno podkopać nasz entuzjazm płynący z pobytu w nowym miejscu, ale nie wtedy, kiedy nasze dziecko wstaje o 6 rano. Ubiera się w skarpetki, klapki, zakłada na nos okulary spidermana, bierze łopatkę i oznajmia, że idziecie na plażę:)
Właśnie tak zaczęliśmy kolejny poranek. Można byłoby powiedzieć, że tradycyjnie, bo Janek ma jakiś radaro- budzik na nowe miejsce i często po pierwszej nocy wstaje razem z pianiem koguta.
Na śniadanie pojechaliśmy do Olbii, ale miasto, jak się okazało, budzi się znacznie później niż nasz syn. O godzinie 10:00 z trudem znaleźliśmy otwartą kawiarnię serwującą poza kawą kanapki na ciepło. O jajecznicy mogliśmy pomarzyć. Po, nazwijmy to szumnie, śniadaniu ruszyliśmy zwiedzać miasto, które w moim mniemaniu nie należy do szczególnie wartych odwiedzenia. Na przystanek zasługuje na pewno Parco Fausto Noce, gdzie dorośli mogą odpocząć na zielonej trawce, a dzieciaki poszaleć na całkiem sporym placu zabaw lub dokarmić gołębie (ziarnem od course:)).
Nieco rozczarowani tym co ma do zaoferowania miasta, wróciliśmy na plażę, która znajdowała się tuż przed naszym domem. Mimo, że na próżno szukać opisów spiaggia lo squelo w przewodnikach, to musicie wiedzieć, że nawet te plaże, którym autorzy nie poświęcają zbyt wiele uwagi w książkach o Sardynii, potrafią na prawdę mile zaskoczyć. Oddalona zaledwie 10 min drogi od miasta, w sezonie jest oblegana przez lokalesow. Poza sezonem była właściwie wyłącznie do naszej dyspozycji. Mimo, że wiatr nie dawał za wygraną to my też się nie poddawaliśmy. Rozbiliśmy swoje małe obozowisko, czyli koc, a plecy taty posłużyły nam jako parawan. Janek, w miejscu długo nie usiedział i mimo, że drobinki piaski smagały jego delikatne łydki i nieproszone wdzierały się do oczu, to tylko czasami się krzywił, odwracał głowę w przeciwnym do wiatru kierunku i lądował bosymi stopkami w wodzie, jakby szukał w niej schronienia przed wiatrem.
Popołudnie spędziliśmy w Portorotondo, „uroczym miasteczku portowym”- jak podaje google. Uporczywie wiejący wiatr odbierał jednak nieco uroku temu miejscu i uprowadził mu też chyba mieszkańców, bo oprócz jednej Pani w jedynym otwartym sklepie odzieżowym nie minęliśmy żywej duszy. Jan upodobał sobie za to czerwonego plastikowego żółwia, który stał przed (zamkniętą oczywiście) restauracją i liczne brukowane ryby, z których składała się kostka pod naszymi stopami. Pewnie gdyby nie ten mały odkrywca nawet nie zwrócilibyśmy uwagi, że stąpamy po wodnym ekosystemie;)
…a później poszliśmy na randkę zorganizowaną przez, nieplanującego pewnie pójścia spać o tak wczesnej porze, syna. Całkiem przypadkiem, oddelegowani przez zamykającą juz plażowy bar panią, dotarliśmy do restauracji Lo Squello specjalizującej się w owocach morza, położonej nad samym brzegiem. Janek spał, a my na chwilkę przestaliśmy być tylko mamą i tatą i staliśmy się randkującym małżeństwem, którym z racji na codzienne sprawy nie mamy okazji bywać zbyt często. Mimo, że stroje nie były odświętne, a wiatr zrobił z naszych włosów dość osobliwe fryzury to fajnie tak było w spokoju pogadać o wszystkim, a później złapać się za rękę i wrócić na sofę obejrzeć razem serial na netflixie:)
Coś za coś
Kolejne dni upływały nam pod znakiem plaż, walki z wiatrem i szukaniem schronienia przed nim w małych miasteczkach. Wiem, że to połączenie nie brzmi jak idealna urlopowa kombinacja, ale trochę się z tym liczyliśmy rezerwując bilety na wiosnę, a nie np. na czerwiec, kiedy pogoda na Sardynii jest przewidywalna tak samo jak i liczba turystów i wygórowane ceny. Coś za coś, jak to mówią, a kiedy budżet nie jest z gumy, trzeba kombinować.
Jednym z naszych miasteczek- azyli było San Teodoro. Po raz pierwszy odwiedziliśmy je w drodze na plażę la cinta. Janek wstąpił do biura informacji turystycznej i zabrał kilka map, z których każda wyznaczała drogę do jakiegoś ukrytego skarbu;) Zdecydowanie bardziej kameralne niż Olbia miasteczko, z racji bliskości wielu pięknych plaż i otwartych, również poza sezonem, restauracji sprawiło, że wróciliśmy tam jeszcze raz kilka dni później.
Kiedy wiatr pozornie złagodniał udaliśmy się na spiaggia la cinta. Miękki i biały jak mąka piasek, szmaragdowa woda, szeroka i długa plaża – idealne miejsce na rodzinny wypoczynek… gdyby nie ten wiatr!
Nie mogłam nacieszyć oczu kolorami i wydawało mi się, że nic piękniejszego tego dnia już mnie nie spotka, ale… 10 min drogi później okazało się, że kolor wody na plaży Lu Impostu jest równie obłędny. Byliśmy w raju, bardzo wietrznym raju i zaczynaliśmy doskonale rozumieć dlaczego ceny na Sardynii w wakacje bywają tak samo obłędne.
Zatopione lody i próba przekupstwa
Kolejnego dnia, z racji na poranne obowiązki zawodowe małża, musieliśmy znaleźć plac zabaw blisko knajpki, w której mógł się podłączyć na spotkanie. Padło, całkiem przypadkowo, na Golfo Arancii. Nazwa tego miasta przewijała się kilkukrotnie na różnych blogach i była wyraźnie zaznaczona na googlowskiej mapie, więc uznałam, że znajdziemy tam życie! Znaleźliśmy plac zabaw, kawiarnie, a po porannej zdzwonce również bar w pierwszej linii brzegowej. Jan dostał loda, a nawet dwa, bo pierwszego zatopił w wodach morza śródziemnego, a my znowu otrzymaliśmy widoki i niezmącony spokój. Chwilę później nie byliśmy już sami. Do lokalu weszła para ubrana w swetry, która na potrzeby, najprawdopodobniej social mediów, wyskoczyła z wdzianek i przypozowała z drinkami w ręku do słonecznego selfie. „Kiedy to było” – pomyślałam ja, biegnąca za juniorem, w dresie z primarka, z kitą bez ładu na czubku głowy 🙂
Kolejnym przystankiem tego dnia była spiaggia del Pirata. Wiatr nas oszczędził i przez kilka godzin nie urywało głowy. Rozpłaszczyliśmy się na małej plaży w zatoczce i obserwowaliśmy jak Jan, uśmiechnięty od ucha do ucha, pluska się w wodzie i próbuje przekupić chrupkami małego Niemca, żeby ten dał mu pobawić się swoimi zabawkami. Próba zakończyła się sukcesem, a Janek zyskał nową znajomość. I niech mi ktokolwiek powie o czymś takim jak bariera językowa- dla dzieci nie istnieje. One mają swój ponadnarodowy sposób komunikacji, którym władają bezbłędnie;)
„Aromatyczna” plaża
Po pierwszych dniach na wietrznej wyspie pogoda wymusiła na nas pewien schemat działania. Od rana wystrzegaliśmy się plaż, bo warunki atmosferyczny uniemożliwiały błogi chill, a właściwie to jakikolwiek chill. Poranki to był czas miast, a te na Sardynii, przynajmniej w tej części, którą odwiedziliśmy, nie tętniły szczególnie życiem. Wszystkie dopiero mozolnie budziły się do sezonu, ale to była pobudka bardzo niespieszna.
Kierując się na północ dojechaliśmy do Arzaheny, gdzie zatrzymaliśmy się na drugie śniadanie, a stamtąd ruszyliśmy do Santa Teresa Gallura, w konkretnie na spiaggia Rena Bianca. Po godzinie jazdy praktycznie pustą drogą dotarliśmy do celu. Błękit wody już z oddali zwiastował coś dobrego, ale po wyjściu z samochodu i dojściu na plażę, wyjątkowo nie wiatr stanowił największy problem, a… zapach, zapach ryby. Z morza docierała tak silna woń, że Młody ledwo powstrzymywał odruch wymiotny. Przyznaje, że było to dziwne zjawisko, ale na tyle intensywne, że mimo zachęcających barw musieliśmy się szybko ewakuować, bo inaczej ryzykowalibyśmy, że syn poza odciskami małych stópek na piasku mógłby zostawić na nim również inne ślady swojej obecności.
Na obiad wstąpiliśmy do portu w Palau i nie zdecydowaliśmy się na owoce morza:). Stamtąd odpływają promy, którymi w ciągu 15 min można dostać się na owiany sławą archipelag La Maddalena. Ta wycieczka była w planach, ale z racji na silny wiatr i na to, że płynie się tam głównie z myślą o nurkowaniu w krystalicznej wodzie – tym razem odpuściliśmy. To połączenie by się nie udało, nie tym razem.
2+1=4
Kolejnego dnia wylądowaliśmy na kolejnej rajskiej plaży- Cala brandinchi. W tych słowach nie ma ani grama przesady, a jeśli mi nie wierzycie to serdecznie zachęcam – zweryfikujcie sami, a później połechtajcie moje ego pisząc „miałaś rację” 😉 Plaża jest idealną opcją dla wszystkich, ale rodzice małych dzieci ucieszą się szczególnie mocno, bo zejście do wody jest baaaardzo długo płaskie, na tyle płaskie, że włos nie jeży się na głowie na widok biegnącego w nieznaną dal bombelka. No i kolor wody, po raz kolejny olśniewający błękit, niewymagający żadnej obróbki graficznej.
Ten dzień, jak każdy poprzedni i wszystkie następne kończyliśmy tak samo, na plaży pod domem. Wiatr mniej już wtedy dokuczał, a my gapiliśmy się nierozproszonym jeszcze wzrokiem na naszego jedynego synka, który wkrótce zostanie starszym bratem:)
Religijne przebudzenie i synowa z plastiku
Pogoda była przewrotna bardziej niż się spodziewaliśmy i ostatni dzień, który miał być tym najcieplejszym okazał się być najzimniejszym. Po dotarciu do spiaggia Poltu Di Li Cogghj, prawie straciliśmy drzwi podczas wychodzenia z auta i nawet najdzielniejszy i jednocześnie najmłodszy uczestnik wyprawy się poddał. Zamiast plaży było Porto Cervo. Miasto świeciło pustkami, ale to co zaskoczyło mnie najbardziej to nagromadzenie ekskluzywnych sklepów na tak niewielkiej przestrzeni. Próżno było tam szukać Zary, Mango czy innego H&M. Hermes, Prada, Valentino – tymi napisami świeciły neony nad drzwiami tamtejszych budynków. Nie nasza bajka, podobnie jak nie rozumiem fenomenu ulic zakupowych w Mediolanie, czy Paryżu, tak samo nie mieści mi się w głowie jak całe miasteczko można przekształcić w centrum handlowe. Tym bardziej miasteczko, w tak niesamowitym miejscu jakim jest Sardynia. To powinno być zakazane! Pewnie wyjdę teraz na modową ignorantkę, ale zaryzykuje… zupełnie tego nie rozumiem. Nie to, że nie lubię zakupów i kolejnych (nie zawsze potrzebnych) par butów w swojej garderobience, ale widok tych wszystkich brandów na tle pięknej, sardyńskiej przyrody był dla mnie, jak zgrzyt paznokcia na szkolnej tablicy- bolesny.
…i skarćcie mnie proszę jeśli kiedyś zobaczycie tutaj moje zdjęcie pozującej na tle sklepowej witryny:)
Kiedy wsiedliśmy do auta zrezygnowana powiedziałam, co rzadko mi się zdarza podczas naszych wyjazdów, że nie mam pomysłu na dalszą część dnia. Sardynia plażami stoi, a na te było tamtego dnia zdecydowanie za zimno. Mąż przejął na chwilę rolę wakacyjnego rezydenta i kilkanaście minut później byliśmy w San Pantaleo. Małe miasto na tle majestatycznych gór, kilka barów, mały kościół i duży plac, okazało się remedium na pokonsumpcyjny szok, jakiego doznałam w Porto Cervo, które gdyby nie te wszystkie sklepy byłoby jednym z najładniejszych w tej części wyspy. Janek zjadł swoje ulubione danie, czyli lody i pobiegł do kościoła „zobaczyć Jezusa”! Po ostatnich świętach wielkanocnych przeżywa pewnego rodzaju fascynację religią i kościołem, zupełnie nie wiem po kim to ma, ale szanuję 😉
„… bo bez mamy nie ma miłości!”
Następnego dnia żegnaliśmy się z wyspą. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy ciuchy, kluczyk do naszego domku zostawiliśmy w skrzynce i pojechaliśmy nasycić jeszcze wzrok widokiem kolejnej plaży. Porto Taverna trudno nazwać wisienką na torcie wieńczącą nasz urlop. Mimo niekwestionowanego piękna tej plaży wszystkie, które dotychczas widzieliśmy na Sardynii były takimi właśnie wisienkami. W tym konkursie wszystkie plaże były zwycięzcami.
„Tato, nie idź bez mamy, bo jak nie ma mamy to nie ma miłości!” – tymi słowami Jasiu ciągnący swoją małą walizeczkę na kółkach, idący z tatą z rękę przez terminal w Olbii, zakończył naszą tygodniową wycieczkę.
Czy powinno się podróżować z dziećmi? Na koniec podkreślę jeszcze raz, bo nie mam co do tego wątpliwości, nie zawsze będzie łatwo, ale zawsze będzie warto! Na swoich zasadach i w swoim tempie, ale zawsze WARTO!























































































