Nasz pierwszy wyjazd we czwórkę zaplanowaliśmy tuż po opuszczeniu porodówki. Najmłodszy z ekipy dostał w szpitalu wzorowe noty, więc uznaliśmy, że jest gotowy by odkrywać z nami świat. Nie mieliśmy szczególnych wymagań co do miejsca. Wiedzieliśmy jednak, że z dwójką bombli na pokładzie najwygodniej będzie lecieć z Poznania. Zależało nam na krótkim locie i dobrej pogodzie. Tylko tyle i aż tyle, bo w grę wchodził październik, a ten potrafi być kapryśny nawet na najodleglejszym południu Europy. Wybór padł na Grecję, a konkretnie na Półwysep Chalcydycki

Jak na greckiej dłoni

Chalkidiki- dawno temu, kiedy pierwszy raz usłyszałam te nazwę brzmiała mi ona w uszach równie egzotycznie, co Honolulu. W rzeczywistości, oddalony od Polski o zaledwie 2,5h lotu, region mieści się w Grecji kontynentalnej i jest znacznie mniej egzotyczny niż wskazywałaby na to jego nazwa. Moim zdaniem jest to zbyt często pomijany skrawek Europy, który zasługuje na zdecydowanie więcej uwagi ze strony turystów, bo oferuje naprawdę wiele za niewiele.
Ceny biletów z Poznania do Salonik i z powrotem można upolować w atrakcyjnej cenie 200 zł i nie jest to żadna promka, a regularnie pojawiająca się w systemie rezerwacyjnym kwota. Oczywiście nie uwzględnia ona wyboru miejsca i dodatkowego bagażu, ale umówmy się, nie wszyscy tego potrzebują. W „czasach przeddzieciowych” sami byśmy nie potrzebowali:)
Podczas, gdy większość zakochanych wybiera Santorini, imprezowe grupy przyjaciół Mykonos, a cała reszta rozprasza się gdzieś pomiędzy Kretą, Korfu, czy Zakynthos, my zdecydowaliśmy się na lot do Salonik, gdzie wypożyczyliśmy auto i ruszyliśmy na podbój (choć to zdecydowanie zbyt szumne określenie) Sithoni i Kassandry- dwóch z trzech charakterystycznych „palców” Chalkidiki. 

Na lądzie i w przestworzach

Pierwszy lot w czwórkę był dla nas wyzwaniem. Po czterech latach podróżowania we troje, niewiele rzeczy było w stanie nas zaskoczyć, a dotychczas najmłodszy podróżnik, zawsze dzielnie znosił trudy podróży. Teraz poznajemy się z najnowszym członkiem rodziny, uczymy się siebie- na lądzie i w przestworzach.
Zupełnie nie wiedzieliśmy jakim typem podróżnika okaże się nasz drugi syn, ale bardzo szybko okazało się, że podobnie jak starszy brat jest bardzo ciekawski i wszystko co nowe wywołuje w nim ekscytację. Przetrwaliśmy. Lot był krótki, a najbardziej zestresowana, jak zawsze byłam ja! 
Po raz pierwszy z grecką uprzejmością zetknęliśmy się już w wypożyczalni aut, kiedy, z racji na to, że było nas czworo, zaproponowano nam większy samochód, bez dodatkowych opłat (całość wyniosła nas ok. 250 euro/10 dni). Chwilę później mknęliśmy fiatem tipo do Nikiti. Do Villa Naiada dotarliśmy po północy. Na miejscu czekała na nas kolejna miła niespodzianka. Maria- nasza gospodyni zrobiła dla nas zakupy. W lodówce czekały podstawowe produkty, dzięki którym nie umarliśmy tamtego wieczoru z głodu!

Błoga synchronizacja i „kłality tajm”

Ostatniego dnia września Jasiek kąpał się w basenie, zbierał kamyki nad morzem i rozpływał w zachwycie nad każdym napotkanym sierściuszkiem (tak nazywa koty), a tych na Chalkidiki było pełno! Stefan po raz pierwszy moczył swoje małe stópki w morzu i złowrogo marszczył brwi, kiedy dopadały go promienie słońca. Wieczorami, znacznie mniej entuzjastycznie znosił zmianę miejsca i odreagowywał w jedyny znany mu sposób, płacząc. Powoli zaczynaliśmy odczuwać różnice w podróżowaniu większą ekipą. Przypominało nam się jak to było kiedy Janek był niemowlakiem i uświadamialiśmy sobie jak wiele zmian zaszło w tym małym człowieku przez cztery lata naszej wspólnej podróży przez życie i świat.
Pierwszy dzień w Nikiti kończyliśmy widokiem epickiego zachodu słońca! Stefcio drzemał na rękach, podczas kiedy Jasiek zupełnie niespodziewanie przysposobił sobie wózek młodszego brata i też zasnął! Ta cudowna synchronizacja pozwoliła nam na chwilę się wyciszyć i nacieszyć widokiem płonącego nieba. 
Z racji na komfortowe warunki, które niespodziewanie zaserwowali nam synowie, mogliśmy pierwszy raz od dawna pozwolić sobie na długą rozmowę, na którą zazwyczaj, w ferworze codziennych spraw, brakuje czasu. Mieliśmy swój „kłaliti tajm”:)

Grecja kotami stoi!

Zdecydowanie! Sierściuszki były na każdym kroku, dzięki czemu Jasiu był w stanie ciągłej euforii. Długo staraliśmy się separować go przed bezpańskimi zwierzakami, ale finalnie polegliśmy. Kupiliśmy saszetki z karmą i pozwoliliśmy mu pełnić honory kelnera dla włochatych stworzeń, a kiedy już wygłaskał i wykarmił połowę osiedla mogliśmy ruszać.

W związku z tym, że Stefan nie jest wielkim fanem podróży samochodem, w grę podczas tego wyjazdu, wchodziły jedynie bliskie wycieczki. W myśl tej zasady 10 min później byliśmy na Koviou Beach, na której na naszych oczach dokonywało się zamykanie sezonu. Robotnicy demontowali parasole, zawijała się ostatnia budka ze sprzętem wodnym, a poza nami na plaży nie było nikogo. Pierwszy października okazał się dniem, który ewidentnie wieńczył sezon turystyczny na półwyspie, ale nie dla nas. My korzystaliśmy w pełni z uroków pustej plaży i ciepłej wody.

Wcześniejszy zachód słońca  był dla nas na tyle spektakularny, że nie chcieliśmy przegapić kolejnego. Tym razem podziwialiśmy go z plaży Agios Ioannis, która znajduje się tuż przy luksusowym hotelu Ammoa Luxury. Dojazd w to miejsce wcale nie należy do oczywistych, bo Google kieruje do hotelu, a tam czeka szlaban i uprzejmy Pan ochroniarz, który pełni też  (nieoficjalnie) funkcję przewodnika zagubionych na trasie. Dzięki jego wskazówkom dotarliśmy do plaży, na której poza nami była jeszcze tylko jedna para. Ukradkiem nas obserwowali i posyłali naszym maluchom pełne czułości spojrzenia. Z kolei ja, niczym sędziwa staruszka patrzyłam na nich z nostalgią i czułam, że są w tym samym punkcie, w którym my byliśmy jeszcze kilka lat temu, że są młodzi, szczeniacko zakochani i…wyspani:)

Przepis na katastrofę

…a skoro o spaniu mowa to na kolejnej plaży, Fava Beach, Stefan postanowił nie spać, a jak niemowlę na plaży nie śpi no to mamy gotowy przepis na katastrofę. Otoczeni, pięknie pachnącym, sosnowym lasem jechaliśmy w nadziei, że młody jednak odpłynie, ale On miał inny plan. Kiedy dotarliśmy do celu, powitały nas ogromne kamienie o obłych kształtach, przejrzysta woda i kilkoro innych entuzjastów turystyki posezonowej.
To zdecydowanie nie był dzień naszego najmłodszego podróżnika. Nie pomagało noszenie, bujanie ani kojący szum fal, ale nie poddawaliśmy się, bo to przecież była „jego pora”. Kiedy jednak starszak zaoferowany zabawą w pirata nagle ją przerwał i oznajmił, że musi tam, gdzie król chodzi piechotą, uznaliśmy, że to się nie uda, że trzeba wracać, bo wszechświat chyba chce nas z tej plaży wygonić. Skutecznie. Dziś trochę się uśmiecham, kiedy wyobrażę sobie jak musieliśmy wyglądać z boku, ale w tamtej chwili zupełnie nie było nam do śmiechu. To są te momenty w życiu rodzica, kiedy myślisz, że wszystko co najlepsze już się skończyło, że nic, nigdy nie będzie takie samo, że błogi relaks to przywilej wyłącznie bezdzietnych. Chwilę później zerkasz na tylne siedzenie i patrzysz jak te małe potworki, które odpowiadają za Twój życiowy chaos, pochrapują i cała złość się ulatnia, a Ty poczochrana i z rozmazanym tuszem, wyglądająca jak KUPA nieszczęść czujesz jakbyś wygrała na loterii, loterii zwanej życiem.

Chalcydyckie odkrycie

Kolejny dzień upłynął pod znakiem kolejnej plaży, tym razem nieco mniej bezludnej. Lagomandra Beach oferuje zaplecze gastronomiczne, parking przy samej plaży i płatne leżaki. Jest więc, można powiedzieć, bardziej skomercjalizowana. Nas szczególnie nie urzekła, ale to chyba przez żwirkową strukturę piasku, która uniemożliwiała nam tworzenie wzniosłych budowli, za to nie przeszkadzała w zakopywaniu Janka po samą szyję:)

Ostatni dzień spędziliśmy na plaży Lagonisi, bezdyskusyjnie, najładniejszej ze wszystkich, które dotychczas widzieliśmy na Chalkidiki. Lazurowa woda, wysepka, do której można dojść brodząc kostkami w morzu, leżaki w pierwszej linii za zawrotne 5 euro, cisza, spokój i właściwie brak innych turystów. Zaskoczyła nas nawet jakość pizzy, którą zamówiliśmy w pobliskim lokalu. Z racji na to, że z bogatego menu, po sezonie, pozostało raptem kilka pozycji, spodziewaliśmy się jakiejś parszywej mrożonki, tymczasem dostaliśmy bardzo smaczny i niemały kawałek aromatycznego placka. To był dobry dzień, nasz ostatni na półwyspie Sithonia.

Zmiana „palca”

Kolejnym i jednocześnie ostatnim przystankiem podczas naszych greckich wakacji była Kassandra, a konkretnie miejscowość Paliouri. Standard hotelu  Pnoes Luxury Suites zdecydowanie przewyższył nasze oczekiwania, a takie niespodzianki bardzo szanujemy:)
Duży apartament, z wielkimi oknami, prywatnym basenem, widokiem na morze i dbałością o każdy detal- wspaniale było móc tam wypoczywać, a teraz polecać to miejsce.

Pierwszego wieczoru nasz gospodarz przedstawił nam dwie opcje dotarcia do centrum wioski, jedną oficjalną i drugą „na szagę”. Co wybrały Fałdki? Wiadomo, przygodę! Droga prowadziła przez zachwaszczone pole i plac budowy. Nie powiem, nasz wózek po raz kolejny zdał egzamin, pokazując, że wśród dziecięcych wozideł jest prawdziwym czołgiem. Po wykaraskaniu się z tego istnego toru przeszkód zaskoczył nas zachód słońca, intensywnie pomarańczowy, nasycony, przepiękny!

Centrum Paliouri to zaledwie jedna piekarnia, apteka, sklep spożywczy, kilka knajp, z czego podczas naszego pobytu otwarte były zaledwie dwie. Miało to swój niesamowity urok. Wszystko było skupione w jednym punkcie, dookoła było pełno kotów, a restauracje oświetlone były ciepłym światłem ulicznych latarni. Taki klimat uwielbiam, takiej Grecji chcę, spokojnej, romantycznej, niespiesznej.

W tym niewielkim miasteczku toczyła się nasza codzienność. Rano jechaliśmy do piekarni, w której razem z lokalsami piliśmy kawę, jedliśmy kanapki i obserwowaliśmy codzienne rytuały mieszkańców wioski.

W ciągu dnia dużo czasu spędzaliśmy w naszym apartamencie. Mimo, że temperatura wody w basenie, mnie osobiście, mocno zniechęcała do zanurzenia jakiekolwiek części ciała, za to dla Janka nie stanowiła żadnego problemu. Jednego dnia wymyślił sobie nawet, że wykąpie się w pełnej garderobie, bo tak będzie… cieplej. Miał dużo radości z pływania w koszulce i spodniach, więc nie wyprowadzaliśmy go z błędnego toku rozumowania i po prostu cierpliwie czekaliśmy. Kiedy jego usta nabierały śliwkowego odcienia, ruszaliśmy z ciepłym ręcznikiem na akcję ratunkową.

Wieczorem natomiast, kiedy nasze stwory kładły się spać, siadaliśmy na ogromnym tarasie i gapiliśmy się w niebo, na którym dawno nie widziałam tak wielu gwiazd. Spokój i cisza, to dla nas aktualnie towary z mocno ograniczoną dostępnością, więc doceniamy takie chwile, bardzo.

Plaże Kassandry

Plażowaliśmy na Chrousso Beach i Pefkochari. Na pierwszą z nich zwabiły nas fotki z instagrama, jak się okazało, mocno przerysowane. Woda, jak wszędzie w tej części Grecji była przejrzysta i ciepła, natomiast plaża była mocno zaniedbana, zaśmiecona, pełna niedopałków i bezdomnych zakleszczonych psów. Z dwójką dzieci, średnio przyjemna opcja. Daliśmy jej jednak drugą szansę. Z perspektywy Seazon beach house, znajdującego się na plaży, oferującego bezalkoholowe piwko, kurczaka z frytkami i baaaaardzo dobrą muzykę, plaża wyglądała znacznie lepiej niż z jej niezagospodarowanej części.

Pefkochari to natomiast zupełnie inny klimat. Bezludna (podczas naszej wizyty), biała plaża, krystalicznie czysta woda i las pachnący igliwiem. Cieszę się, że po sezonie mieliśmy ją właściwie tylko dla siebie. Możliwość cieszenia oka tego typu miejscami, w zupełnym odosobnieniu, jest dla mnie zawsze wyjątkowym doświadczeniem. Stefan spał, a Janek ze swoim czerwonym sitem próbował swoich sił jako poławiacz ryb. Na szczęście nic nie złowił i nie kazał nam grillować zdobywczy.

Kobietom wstęp wzbroniony

Skoro odwiedziliśmy dwa z trzech chalcydyckich palców, pewnie zastanawiacie się dlaczego nie zdecydowaliśmy się na, trzeci i ostatni, Athos. Odpowiedz jest prosta i jednocześnie nieco zaskakująca. Athos to teren mnichów, a wstęp do tego miejsca mają wyłącznie mężczyźni! Kobiety mogą podpływać łodzią maksymalnie do 300 m od brzegów półwyspu. Przyznaje, że nie miałam pojęcia o tym, że taki twór znajduje się w Europie. Miejsca tego typu utożsamiałam raczej z krajami orientu, dalekiej Azji. Tymczasem w Europie Panowie również mają swoją samotnie, w dodatku administracyjnie usankcjonowaną. Tak więc drogie Panie, na Athos wstęp wzbroniony.

Egzamin z podróżowania

Chalkidiki były dla naszej rodziny testem. Testem, czy z kolejnym członkiem rodziny uda nam się kontynuować naszą podróżniczą pasję i spełniać marzenia o odkrywaniu kolejnych miejsc. Nieśmiało uważam, że go zdaliśmy. Nie na szóstkę, nie na piątkę, ale myślę, że poradziliśmy sobie całkiem nieźle. Pogodziłam się już z faktem, że nie zawsze uda nam sie zobaczyć to co chcemy, że nie zawsze będziemy mieli możliwość spontanicznego zatrzymania się, bo np. widok jest piękny i chcielibyśmy nacieszyć nim oko dłużej niż przez ułamek sekundy jadąc autem.
Nasz sposób podróżowania uległ diametralnej zmianie, ale nie zmieniło się to, że nadal jak tlenu, potrzebujemy regularnej zmiany miejsca. Takiej która pozwoli nam zatęsknić za domem, zresetować głowę i po prostu się razem wynudzić, wykłócić, wyprzytulać, wygłupiać… po prostu być!