Słońce, deszcz, wiatr i tak na zmianę kilka razy w ciągu dnia- nie to nie Polska, to sardyńska wiosna, królowa kapryśnej aury pogodowej. Mimo to urocza i nieWINNA, choć wino leje się na każdym kroku i trudno mu się nie oprzeć. Nie do końca przez nas odkryta z dużym prawdopodobieństwem, stanie się w przyszłości ponownie celem naszej podróży, jednak wówczas ruszymy na podbój Szmaragdowego Wybrzeża, tymczasem zapraszam na południe !

Buongiorno Sardegna!

Tym razem za cel podróży obraliśmy Sardynię. Początkowo pod uwagę braliśmy również  jej śródziemnomorską siostrę- Sycylię, jednak ostatecznie tą zostawiliśmy sobie na „inny czas”. Za bilet w dwie strony zapłaciliśmy 200 zł, a za nocleg w wynajętym domku na wsi po 400 zł „na głowę”, do tego auto na 7 dni, wydatek ok. 200 zł na osobę,  tak oto udało nam się po raz kolejny zorganizować niskobudżetowy wypad w nieco cieplejsze niż Polska miejsce:) Tak przynajmniej się nam wydawało…
Na lotnisku w Cagliari przywitał nas wiatr i Pan, który miał podwieźć nas na parking, gdzie czekał już nasz tygrys szos- lśniący w sardyńskim słońcu Ford Focus, rocznik 2016, wehikuł którym w przeciągu tygodnia zjechaliśmy południową część wyspy.
Podróż zaczęliśmy niezwykle włosko- szybkie zakupy spożywcze w Auchan, kawa z Mcdonald’sa w pośpiechu spita pod supermarketem i dalej w drogę! Spragnieni słońca i piachu pod stopami, tuż po odebraniu klucza do mieszkania od uprzejmego Włocha, pojechaliśmy na pobliską plażę Porto Pino. Po drodze mijaliśmy stada flamingów brodzących swoim zgrabnymi szczudłami w wodzie. Jeśli ktoś na hasło „flaming” wyobraża sobie krystalicznie czyste wody Aruby to na Sardynii może przeżyć lekkie rozczarowanie, niemniej różowe ptaszyska i tak mocno cieszą oczy.
Po spacerze brzegiem morza, małym rekonesansie najbliższej okolicy i dokarmianiu bezpańskich kotów zaopatrzyliśmy się w dużą dawkę włoskiego wina, dzięki któremu wyjątkowo smacznie spało się tej nocy…

Podróż po marzenia

Kolejny poranek przywitał nas śpiewająco, świergoczące za oknem ptaki już od piątej rano podrywały co niektórych na nogi. Błoga wiejska sceneria, słoneczny taras i aromat świeżo parzonej kawy, do tego dwie fantastyczne kucharki dbające o nasze podniebienia – to się nazywa dobry początek dnia! Martyna z Leną od razu złapały kuchenne flow, a ja z dziką przyjemnością fotografowałam ich zmagania z bazylią, pomidorami i sardyńskimi serami.

Na Sa Salina o poranku byliśmy jedynymi gośćmi. Zjawisko prezentująca się na fotografiach plaża, w rzeczywistości nie robiła już tak spektakularnego wrażenia. Następnie ruszyliśmy w kierunku Porto Botte. Po drodze mijaliśmy stragan pełen dobrodziejstw włoskiej natury, przy którym obowiązkowo musieliśmy się  zatrzymać. Podczas kiedy chłopaki toczyli swoje męskie rozmowy, a dziewczyny wąchały pomidory, ogórki, melony, pietruszki i w ogóle wszystko co im w ręce wpadło, ja jak zwykle biegałam z aparatem, a to do osiołka z pobliskiej zagrody, a to do skrzynki z jajkami- takie moje fotograficzne zboczenie.

Po satysfakcjonujących zakupach dotarliśmy do celu, polskiej szkoły kitesurfingu w Porto Botte. Każdy z nas jechał na wyspę ze swoim mniejszym lub większym marzeniem do spełnienia. Karol każdego dnia nerwowo sprawdzał prognozę pogody, która determinowała jego dalsze plany, będzie wiatr- będzie pływanie, wiatru nie będzie to z pływania nici. Cel udało się zrealizować:) Martynie marzyło się najprawdziwsze tiramisu w towarzystwie włoskiego latte macchiato- również odhaczone. Lena chciała spokoju i totalnego odcięcia od codziennych obowiązków- myślę, że i ta misja została wykonana.  Andrzej zawsze poszukuje słońca, które ma na niego zbawienny wpływ, a z tym niestety nie zawsze się udawała, mimo to nie narzekał (aż tak mocno…). Mój cel pewnie nikogo nie zaskoczy, tradycyjnie, chciałam móc bezkarnie biegać z aparatem w ręku- udało się, na urlopach zawsze się udaje:)
Kolejnym miejscem, do którego zaprowadziła nas kręta droga była Carbonia– niespełnione marzenie Mussoliniego o byciu niezależną potęgą energetyczną. To na rozkaz Duce powstało to niewielkie miasteczko słynące z wydobycia węgla. Węgiel wydobywany w tych okolicach okazał się jednak pełen zanieczyszczeń przez co marzenie dyktatora legło w gruzach. W drodze powrotnej minęliśmy piękny mural przedstawiający żegnającą się na dworcu zakochaną parę młodych ludzi- takich cudów na budynkach w Sardynii jest mnóstwo, najwięcej podobno w Orgosolo, którego niestety nie udało nam się odwiedzić.
Bardzo mile zaskoczyła nas wyspa Sant’ Antioco, która z Sardynią połączona jest sztucznym przesmykiem. To malownicze miejsce pełne wąskich uliczek, klimatycznych kawiarenek i rybaków wpatrujących się przez wiele godzin w spławik spodobało nam się do tego stopnia, że wracaliśmy tam jeszcze kilkakrotnie.
Po powrocie do naszej włoskiej „hacjendy” dziewczyny po raz kolejny dały popis swoich kulinarnych umiejętności, po raz kolejny polało się też wino… dużo dobrego wina.

Animal Planet

Każdego poranka zdumiewała nas nasza dobra kondycja. Nieco to przerażająca, ale po ilościach wina które spożywaliśmy wieczorami spodziewaliśmy się kosmicznego kaca, który nie zapeszając, nie przybywał. Na wyspie wino można kupić w każdym warzywniaku (jeśli jest otwarty). Dodatkowo do zakupu zachęca jego cena, lane z beczki kosztuje ok. 1- 2 euro za litr. Do wyboru słodkie, półsłodkie, wytrawne, białe, czerwone, różowe… Z racji tego, że selekcja była koszmarnie trudna zawsze wychodziliśmy z kilkoma butelkami pod pachą, sami rozumiecie, nie dało się inaczej:) Podobno to właśnie w sardyńskim winie tkwi sekret długowieczności Sardyńczyków. Jeśli jest w tym chociaż kropla prawdy to podczas tego wyjazdu porządnie zadbaliśmy o wydłużenie swojej metryczki:)
Pogoda na Sardynii nas nie oszczędzała. Mimo, że słupki rtęci zawsze wskazywały powyżej 20 stopni to przez większość naszego pobytu borykaliśmy się z silnym wiatrem. Kiedy wybraliśmy się do miasteczka Chia nie było inaczej.  Tam po raz pierwszy, w jednej z podejrzanych knajpek, w której było pełno mężczyzn i może 5- 6 (razem z nami licząc) kobiet, skosztowaliśmy latte, czyli… mleka! We Włoszech koniecznie trzeba pamiętać o tym, żeby dodać macchiato, inaczej dostaniemy po prostu szklankę białego płynu prosto od krowy.
Przemieszczając się z jednej plaży na drugą, drogę zaszło nam stado kóz, które skutecznie ograniczyło prędkość naszej fury. Cieszyliśmy się jak dzieci w zoo, kiedy niesforne stadko wskakiwało na wysokość betonowych płotów miejscowych domostw. Dla nas mieszczuchów taki widok jest bezcenny!

Plaże w Chia robią duże wrażenie nawet mimo niepogody. Są czyste, bardzo szerokie i z pewnością zadowolą najbardziej wybrednych plażowiczów. Podczas, gdy reszta ekipy legła na piasku skitrana we wszystkie warstwy wierzchnie jakie mieli przy sobie, my z Andrzejem ruszyliśmy wspinać się na wydmy. Taka wyprawa, przy tak silnym wietrze od razu nas rozgrzała.

Mimo nieba usłanego stalowymi chmurami cieszyła mnie każda minuta spędzona na wyspie, nawet te kręte drogi, które przyprawiały mnie o mdłości, robiły bajeczne wrażenie!
Wracając postanowiliśmy odwiedzić Grotte di Zudas, po dojechaniu na miejsce, po pokonaniu wysokich schodów dotarliśmy do celu- krat spowitych pajęczyną, które raczej nie spodziewały się gości tak wczesną pora. W nagrodę za naszą dziarską wspinaczkę czekały na nas dwa urocze szczeniaki, które aż prosiły się o to by spakować je do torby i przemycić do kraju. Sardynia to zdecydowanie takie miejsce na świecie, które zawsze będzie kojarzyło mi się z wielkim ogrodem zoologicznym- psy, koty, konie, kozy, owce- królestwo zwierząt!

Ten dzień kończył się zjawiskowym zachodem słońca. Tak, wiem, wiem, często o nim wspominam w swoich relacjach z podróży, ale po prostu mam bzika na punkcie tej topiącej się w morzu ognistej kulki. Niby wszędzie wygląda podobnie, jednak za każdym razem kiedy zmieniam miejsce smakuje jakoś inaczej. Dzień zbliżał się ku końcowi, a my tradycyjnie sączyliśmy wino

Wiatrochron

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od wizyty w San’t Antioco. Miasto właśnie szykowało się do święta patrona wyspy, wyglądało to trochę jak połączenie naszych dożynek i Bożego Ciała. Na straganach sprzedawano nugaty i inne lokalne słodkości, a miasto przyozdabiano liśćmi palem, nad naszymi głowami natomiast powiewały kolorowe chorągiewki, zaczepione pomiędzy balustradami balkonów. Krzątaninę mocno zaangażowanych w przedsięwzięcie mieszkańców obserwowaliśmy siedząc w jednej z restauracji w samym centrum miasteczka.
Po dostarczeniu sobie odpowiedniej ilości kalorii, w postaci włoskich słodkości, mieliśmy siłę by dalej zwiedzać okolicę. Z kocem i butelką wino, ruszyliśmy do Calasetty. Miało być plażowanie, a było… wianie. Mimo, że słońce tego dnia świeciło dość intensywnie to wiatr skutecznie studził entuzjazm. Nie było mowy od leżakowaniu nad brzegiem morza, więc korzystając z odgradzającej plażę od drogi, bambusowej konstrukcji, schowaliśmy się za nią- całkiem skuteczny wiatrochron. Plaża w tym miejscu to z pewnością raj, ale pod warunkiem, że wiatr nie urywa głowy, żeby dojść do wody należało stoczyć prawdziwy bój z żywiołem!

Po kulturalnym spożyciu, tym razem, białego wina udaliśmy się do miasta, gdzie wiatr ucichł, a słońce zaczęło przypominać sobie o swoich obowiązkach. Spragnieni ciepła usiedliśmy pomiędzy wieloma domami na jednym z wielu chodników. Nic nie zwiastowało tego, że zabawimy tam kilka godzin. Zaczęło się od tego, że pewien miły Włoch poczęstował nas oliwkami, chwilę później kupiliśmy u niego kilka buteleczek wina, później kupiliśmy kolejne, jeszcze później dowiedzieliśmy się, że ma na imię Carlo i że jego ex, ex ex… była z Polski i że on sam też już w Polsce był i na drugi dzień byliśmy już nawet znajomymi na facebooku. W międzyczasie działo się dużo różnych interesujących rzeczy, Andrzej np. wylądował na fotelu u lokalnego fryzjera, a ja… a ja wiem to wszystko wyłącznie z opowieści:)

Los Angeles

Poetta, to taka trochę Barceonetta, plaża położona bardzo blisko stolicy wyspy. Wzdłuż promenady ciągnie się szereg palm, nie tak wysokich jak w Los Angeles, ale to chyba właśnie Sunset Boulevard był inspiracją dla architektów tej przestrzeni.  Z Poetty ruszyliśmy na południowo- wschodni kraniec wyspy, do Costa Rei, gdzie faktycznie woda przybiera karaibskich odcieni.  Na tej rajskiej plaży urządziliśmy sobie rajską drzemkę. Chyba wszyscy jej trochę potrzebowaliśmy, odczuwając delikatnie skutki chodnikowej libacji.

Po krótkiej regeneracji nad lazurową wodą odwiedziliśmy miejscowość Villasimus-zdecydowanie najbardziej turystyczne miejsce ze wszystkich, które dotychczas odwiedziliśmy. Trochę straganów, trochę hoteli, dużo czynnych restauracji i malowniczo położone kolorowe domku na wzgórzu. Czas wracać na naszą agroturystykę… Ten wieczór spędziliśmy już przy herbacie.

Z zadartym nosem

Kolejnego dnia pojechaliśmy we dwoje do miasteczka oddalonego od naszej wioski o jakieś 5 km. Wypiliśmy espresso w towarzystwie sympatycznych starszych Włochów, którzy wyglądali tak jakby od stu lat codziennie rano siedzieli w tej samej knajpie, przy tym samym stoliku, przeglądając gazety. W tym momencie po raz kolejny przyszedł ten moment podróżniczych refleksji, który nachodzi mnie za każdym razem kiedy tylko  zmieniam miejsce. Przez chwilę przez myśl przeszło nam, że moglibyśmy tu żyć, że cicho, że spokojnie, że kawa dobra, że dużo taniego wina (spowalniającego procesy starzenia:)), że ciepło i można chodzić prawie cały rok bez skarpetek, że jakoś tak swojsko i błogo, że inaczej… I nagle wróciliśmy na ziemię! Ta cisza, spokój i świergolenie ptaków o piątej nad ranem stało by się dla nas z czasem utrapieniem. Tak konsumowana wolność i swoboda najlepiej smakuje dawkowana średnio raz na kwartał, później trzeba trochę popracować, zatęsknić i znowu wyjechać i wtedy jesteśmy najszczęśliwsi:) Może i można tak żyć, ale ustaliliśmy, ze dopiero za jakieś sto lat, kiedy już nadszarpnie nas ząb czasu.
Kiedy Karol spełniał swoje marzenie szalejąc z żaglem w Porto Botte my ruszyliśmy w stronę cywilizacji- stolicy wyspy, Cagliari, w której właśnie odbywało się największe święto w roku, święto patrona wyspy. Już od samego wjazdu miasto zachwyciło mnie swoją spójną architekturą, tu wszystko idealnie do siebie pasowała. Spacerując podobnie wyglądającymi uliczkami cały czas zadzierałam głowę do góry, tam Cagliari jest najbardziej imponujące, a budynki wyglądają jakby zwężały się ku niebu. Prawdziwa architektoniczna perełka!
Zwiedzanie skończyliśmy obserwując panoramę miasta z Baszty San Remy , gdzie właśnie rozpoczynała się „podniebna” impreza na cześć patrona San’t Efiso.

Ostatniego dnia, ku naszemu zdziwieniu, wiatr ustał i słońce dosłownie dało popalić. Historia zatoczyła koło, a my wylądowaliśmy na tej samej plaży, którą odwiedziliśmy pierwszego dnia naszego pobytu na wyspie.