Porywisty wiatr i szaruga- tak powitał nas poranek w dniu zakochanych, 24 godziny później włóczyliśmy się już po biało- niebieskim raju…. W krótkich spodenkach:) Walentynkowa ucieczka ze skazanego na zimę Poznania okazała się strzałem w dziesiątkę! Później trzeba było wracać i chciało się wracać, bo baterie zostały naładowane na full!

Bardzo długi lot

Z reguły leci się tam z Polski 3h, nasza podróż trwała jednak „nieco” dłużej. Z Poznania na warszawskie lotnisko wyruszyliśmy w pewien zimowy poranek, a w miejscu docelowym byliśmy jakieś… 22 h później! Naszym celem wcale nie była, jak mógłby na to wskazywać czas podróży, odległa Tajlandia, Kuba, czy egzotyczne Malediwy, a niewielkich rozmiarów wysepka wchodząca w skład archipelagu Cykladów – boski Santoryn.
Pewnie zastanawia Was dlaczego, aż tyle czasu zajęło nam dotarcie na miejsce. Otóż, chcąc wybrać się tam w środku zimy, trudno było znaleźć inną opcję, niż tą z przesiadką w Atenach. Tak też zrobiliśmy, z Warszawy polecieliśmy do Aten, a z Aten prosto po spełnienie naszych marzeń:) Wybraliśmy wersję, jak na Poznaniaków przystało, ekonomiczną,  żeby nie było zbyt kolorowo, w greckiej stolicy wylądowaliśmy o 21:35, a kolejny lot mieliśmy o 7:00. Nocne zwiedzanie odpadało, bo dopadł nas głód, zmęczenie i zmrok, a do Centrum było niestety zbyt daleko. Ateny więc odpuściliśmy, ale tylko na razie, z pewnością jeszcze tam zawitamy.
Walentynkowa noc nie należała do najromantyczniejszych, ale nie oddałabym jej za nic w świecie! Próby zaśnięcia na kanapie w McDonaldzie, podjadanie burgerów i popijanie ich piwem, „samurajska kita” na mojej głowie i podkrążone oczy Andrzeja- pewnie nie tak wyobrażacie sobie kogoś, kogo celem jest podróż w miejsce, które nieodłącznie kojarzy się ze snobistycznymi hotelami i ekskluzywnymi basenami, no ale cóż- takie jest chyba właśnie nasze pojmowanie luksusu:)

Gorące powitanie

Z krótkiego lotu pomiędzy Atenami, a Santorynem nie pamiętam absolutnie nic, bo tuż po starcie postanowiłam zamknąć oczy, zbudził mnie dopiero dźwięk sygnalizujący ponowne zapięcie pasów- zbliżamy się do lądowania!
Odebraliśmy bagaże, chwilę później także kluczyki do auta i dalej w drogę. Jadąc krętymi ścieżkami, mijając małe domki, obserwując morze w oddali, uświadamiałam sobie, jak bardzo warto było czekać na ten moment… Santorini jest piękne, bez dwóch zdań! Nie ma w tym grama przesady, to absolutny raj skryty pośród fal Morza Egejskiego.
Zanim przygotowano dla nas pokój musieliśmy chwilę pobłąkać się po naszym uroczym miasteczku. Kiedy nogi odmówiły współpracy, usiedliśmy w jednej z niewielu czynnych o tej porze roku kawiarni i nie odzywając się do siebie słowem czerpaliśmy energię ze słońca, którego tak bardzo było nam brak oraz z widoku na kalderę, który rozpościerał się przed naszymi oczami. Tego właśnie potrzebowały nasze spragnione urlopu dusze.
Ukochany padł tej nocy po kilku lampkach wina, a ja wykorzystując potencjał naszego ogromnego tarasu postanowiłam zrobić niebu sesję fotograficzną. Wyjątkowo pięknie pozowało mi tej nocy. Z tworzenia nocnych pejzaży, kilka razy wyrywała mnie pewna Azjatka, która zagubiła się w gąszczu identycznie wyglądających domków i pytała mnie o drogę. Raczej słaby ze mnie nawigator skoro później mijała mnie jeszcze kilkakrotnie, a może to przez to wino… Nie ważne! Grunt, że później już jej nie widziałam, więc mam nadzieję, że szczęśliwie dotarła do swojego hotelu.

Nazajutrz dalej błądziliśmy uliczkami Oi, mijając wycieczki osłów, które wcale nie woziły turystów, a worki z cegłami. Te zwierzęta niestety lekko nie mają, a na Santorini praca dla nich trwa cały rok. Zimą noszą na swoich grzbietach materiały budowlane, a latem służą jako „taksówki”.


Tego samego popołudnia pojechaliśmy samochodem do Imperovigli. Było tam ciszej, spokojniej, lecz równie pięknie, co w Oi. Na pierwszy rzut oka widać było, że wioska ta jest mniej popularna i ożywa dopiero w sezonie. Piękne wille zapadają tylko na chwilę w zimowy sen, budzą się wiosną by przywitać spragnionych romantycznych doznań turystów, a te są tam gwarantowane.


Pokonując liczne schody Imperovigli dotarliśmy do Skaros Rock– widok rekompensuje wysiłek włożony w podróż. Krajobraz pozwolił nam na chwilę przenieść się w przestrzeń kosmiczną. Miejsca takie jak to idealnie obrazują, jak różnorodna jest ta niewielka wysepka i jakie wspaniałe skrywa skarby. Jeśli wybierzecie się na Skaros Rock, pamiętajcie o wygodnych, najlepiej sportowych, butach. Mi niestety sandałki uniemożliwiły wejście na szczyt skały, a stamtąd widok pewnie byłby jeszcze ciekawszy.


Zmęczeni trekkingiem trafiliśmy do Thiry, która zdecydowanie różni się od innych miast na wyspie. Jest dość chaotyczna i skomercjalizowana. Na każdym kroku czyhają na turystów sklepiki z pamiątkami oraz eleganckie butiki.
Sympatyczny właściciel jednej z lodziarni opowiedział nam trochę o wyspie i stwierdził, że mamy ogromne szczęście trafiając na taką pogodę w lutym. Pamiętajmy, że Santorini to nadal Europa i tam też zimą potrafi spaść śnieg, rzadko, bo rzadko, ale potrafi. Nam jednak jakimś cudem udało ustrzec się przed zimą, a w zamian za to mieliśmy idealne 23 stopnie i wiosnę w pełni! Mimo takiej temperatury, mieszkańcy wyspy chodzili w kurtkach, a my wzbudzaliśmy duże zainteresowanie paradując w szortach i sandałach.


Wieczorem, sportowy duch nie pozwolił nam próżnować i przebrani w dresy zamiast na osiołkach postanowiliśmy o własnych siłach dobiec do zatoki Amoudi, gdzie w nagrodę za włożony wysiłek otrzymaliśmy piękny zachód słońca. W takich okolicznościach przyrody chętnie pokonałabym maraton, a sądząc po tym ile w międzyczasie pogoniło nas psów, wynik mógłby być imponujący.

Ośle pobudki

Każdy poranek na wyspie zaczynał się bardzo niestandardową pobudką. Codziennie o tej samej porze obok miejsca, w którym się zatrzymaliśmy, dreptały do pracy osły, które stukotem swoich kopyt dawały nam sygnał, że czas wygrzebać się z pościeli.
Kolejny dzień zaczęliśmy od ponownej wyprawy do stolicy, bo było to jedyne miejsce na wyspie, gdzie mimo pory roku, otwarte były restauracje na tarasach, chyba tylko dwie, ale to zawsze coś, a przecież to głównie dla tych pięknych widoków leci się na Santorini:)
Wypiliśmy kawę  i ruszyliśmy dalej. Tym razem w poszukiwaniu plaży, jakiejkolwiek… Jak się okazało to wcale nie takie proste. Z każdej strony na wyspie widać morze, ale dotarcie do niego utrudniają strome zbocza i prywatne posiadłości. Kiedy jednak uda się już do jakiejś dotrzeć, to w lutym można mieć niemal 100- procentową pewność, że będziemy na niej sami, niczym bohaterowie powieście Daniela Defoe.
Jedną z plaż, które odwiedziliśmy tego dnia była słynna czerwona plaża, która nie wywarła na nas tak ogromnego wrażenia jakie robiła na zdjęciach w przewodnikach. Kolor piasku wcale nie był tak soczysty, jak ten prezentowany na fotografiach w broszurach reklamowych, czy innych tego rodzaju katalogach. Za to bardzo zaintrygowały nas drzwi, drzwi prowadzące do pomieszczeń wydrążonych w wysokich skałach.


Jeszcze przed podróżą, wyczytałam na jednym z blogów o wykopaliskach archeologicznych w Akrotirii i nie mogłam oprzeć się chęci zobaczenia wioski, którą nazywają greckimi Pompejami. Tę atrakcję polecam osobom, które faktycznie interesują się historią i archeologią, pozostali mogą odczuć, że źle zainwestowali pieniądze, płacąc za oglądanie „kupy gruzu” sprzed wieków.


Tego dnia ostatnia w planie naszej wycieczki była Perissa. Mała miejscowość, w której skumulowała się wyspiarska codzienność. Dzieciaki biegały po szkolnym boisku, głośno krzycząc na dźwięk dzwonka (skąd my to znamy:)). Kobiety zamiatały podwórze, wieszały pranie, jakiś starszy pan naprawiał zepsuty motor. W jednym z najpiękniejszych zakątków świata ludzie wiedli swoje zwykłe życie, całkowicie przyzwyczajenie do widoków, które we mnie wywoływały zachwyt. Szczęściarze.

Vin Santo

Sanatorini słynie nie tylko z dobrych win i pięknych widoków, ale także z rozmaitych kolorów plaż. Widzieliśmy już białą i czerwoną, pozostała nam czarna. Ta właśnie spodobała się nam najbardziej, chociaż w wakacje ten ciemny kruszec musi mocno dawać się we znaki stopom plażowiczów. Kamari beach to bardzo szeroka plaża, pokryta czarnym piaskiem, która w sezonie z pewnością przeżywa prawdziwe oblężenie.


Z plaży, z jednej strony rozpościera się widok na morze, a z drugiej na Mesa Vuno, skalny klif mający prawie 400 m wysokości, a na nim kolejna atrakcja dla miłośników historii i  wspinaczki górskiej- antyczna Thira. Można do niej dotrzeć na dwa sposoby – samochodem lub pieszo- górskim szlakiem. My ze względu na ograniczenie „obuwnicze” wybraliśmy pierwsze rozwiązanie, które jak się później okazało było równie emocjonujące co drugie. Droga nie była długa, ale za to niesamowicie kręta. A na górze czekały na nas wiatr, ciemne chmury, skały i fantastyczna panorama.


Kiedy uświadomiliśmy sobie, że do końca wycieczki został nam już tylko jeden dzień, a my nie spróbowaliśmy jeszcze tradycyjnego wina (bo do takich, grzechem byłoby zaliczyć te kupowane w supermarkecie), szybko znaleźliśmy sposób na nadrobienie zaległości i jakoś nikt nikogo nie musiał do tego specjalnie przekonywać.
Winiarnia Koytsoyannopoulos to miejsce na mapie wysypy, które śmiało możemy polecić. Przewodnik ubrany w komplet adidasa poświecił nam mnóstwo uwagi, opowiedział o wyspie, turystach i przede wszystkim o alkoholu, który bardzo chętnie spożywaliśmy w niemałych ilościach. Widać było, że praca to jego pasja! Nasze podniebienie podbiło gęste i słodkie Vin Santo, a pogawędka z miłym Panem skusiła nas do zakupu dwóch butelek wina. Miały wrócić z nami do Polski, ale jak się pewnie domyślacie – nie wróciły.
Kolejnego dnia czekał nas długi powrót do domu, tym razem jednak bez noclegu w McDonaldzie. Oddaliśmy kluczyki do auta i fruuu…