Średniowieczna Girona skąpana w morzu kwiatów, zamglone Cadaqués, sangria z owocami, emocje na Camp Nou, rekordowy mandat w Barcelonie i niebanalny wąs Dalego. Wszystko to przeplecione słońcem, wodą, piaskiem i wiatrem. Zapraszam w podróż po Katalonii:)
Ulewne powitanie
Świat nocą oświetlony blaskiem neonów, widziany z perspektywy nieba jest spektakularny! Właśnie taki widok zafundowaliśmy sobie pewnej kwietniowej nocy decydując się na podróż do Hiszpanii. Kilka minut przed północą Girona powitała nas ulewnym, wiosennym deszczem. Decydując się na urlop w Hiszpanii o tej porze roku należy się z tym liczyć. Głodni i przemoknięci pośpiesznie odebraliśmy wynajęty samochód i ruszyliśmy w stronę Calleli.
Po północy na próżno szukać tradycyjnych specjałów katalońskiej kuchni, dlatego też zadowoliliśmy się tureckim kebabem i lokalnym piwem, które drżąc z zimna pochłanialiśmy na plaży.
Lloret de Mar- Blanes- Tossa de Mar
Pierwsze dni pobytu igrały z naszymi planami. Deszcz, wiatr i pochmurne niebo nie pozostawiały nadziei na poprawę pogody. Kiedy jednak tylko wsiadaliśmy do auta słupki rtęci gwałtownie szybowały w górę, a my ruszaliśmy w podróż nie poddając się kaprysom wiosennej aury.
Po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na przystanek w Lloret de Mar. Krętymi schodami, z których rozpościerał się widok na zatokę, dotarliśmy do Castell de Sant Joan znajdującego się na skalistym cyplu Punta de Fenals. Dalej wędrując wzdłuż wybrzeża na południe wyłonił się przed nami pomnik Wenus z Lloret, przy którym zatrzymaliśmy się by podziwiać panoramę miasta.
Później ruszyliśmy w kierunku Blanes, gdzie zaskakująco stromą drogą pojechaliśmy w kierunku białej kapliczki na wzgórzu, z której rozciągał się malowniczy widok na wybrzeże.
Ostatnim miejscem jakie odwiedziliśmy tego dnia było Tossa de Mar, rozsławione za sprawą filmu „Pandora i Latający Holender” z 1951 r. Stojący nieopodal murów miejskich pomnik Avy Gardner, która wcieliła się w rolę tytułowej Pandory, jest jednym z najczęściej fotografowanych przez turystów miejsc. Podczas naszej wizyty w tym uroczym i kamienistym mieście nie było inaczej.
Na tropie Gaudiego
Barcelona – piękna, tajemnicza, dogłębnie przesiąknięta historią i sztuką. Jak w większości europejskich miast znaleźć w niej można miejsca gwarne i wiecznie oblegane przez spragnionych doznań turystów oraz takie, w których można delektować się ciszą i spokojem.
Auto zostawiliśmy na obrzeżach miasta i komunikacją miejską ruszyliśmy na podbój słynnej Barcelony. Z metra wysiedliśmy na Plaça de Catalunya, skąd przedostaliśmy się na tętniącą życiem La Ramblę, która wydaje się nigdy nie zatrzymywać. Nawet mknący na czerwonym świetle rowerzysta, którego na naszych oczach potrąciła taksówka, dziarsko otrzepał się po upadku, założył słuchawki, wsiadł na rower i ruszył dalej w swoja podróż.
Idąc jedną z bocznych ulic odchodzących od gwarnego bulwaru znaleźliśmy się na Plaça Reial, gdzie na ocienionym przez palmy placu stały dwie latarnie zaprojektowane przez Gaudiego.
„Obiad” zakupiony w supermarkecie zjedliśmy nie gdzie indziej, jak na rozgrzanej słońcem popularnej plaży Barcelonetta. Naszą sjestę co chwila przerywało namolne zachęcanie do zakupu chusty, drinka lub skorzystania z usługi masażu proponowanych głównie przez Azjatki.
Po wykwintnym posiłku metrem pojechaliśmy wprost pod Sagrade Familie, która swoim ogromem zrobiła na nas niesamowite wrażenie. Jaka ona jest? Piękna, dumna i wiecznie w budowie. Dalej pieszo udaliśmy się na poszukiwanie Casa Mila, budynku znanego z fasady przypominającej fale wzburzonego morza. Na deser natomiast zostawiliśmy sobie Park Güell, do którego dostaliśmy się miejskim autobusem. Największe wrażenie zrobiła na nas precyzyjnie wykonana falista ławka pokryta kolorową mozaiką z ceramiki i szkła.
Po 10-godzinnej eksploracji miasta czekała nas niespodzianka. Na parkingu nie było naszego samochodu! Po wyczerpującej próbie nawiązania kontaktu z Katalończykami, którzy ewidentnie nie uznają języka innego niż ojczysty, wywnioskowaliśmy, że nasze auto zostało odholowane przez straż miejską. Dzięki ich wskazówkom udało nam się rozwiązać zagadkę tajemniczego zniknięcia. Do hotelu wróciliśmy już autem, z pięknymi wspomnieniami i mandatem za parkowanie w niewłaściwym miejscu.
Kilka dni przed powrotem do Polski postanowiliśmy zaryzykować i ponownie odwiedzić stolicę Katalonii. Po około godzinnych poszukiwaniach parkingu udało się nam znaleźć miejsce, a w międzyczasie po raz kolejny zwiedziliśmy Barcelonę. Auto zostawiliśmy na wzgórzu Montjuic. Wcześniej dokładnie upewniając się, czy aby na pewno możemy tam zaparkować. Po obejrzeniu pokazu, który zgotowała nam Magiczna Fontanna tryskająca pod monumentalnym Muzeum Narodowym Sztuki Katalońskiej udaliśmy się na Camp Nou, gdzie na kilka minut przed rozpoczęciem półfinałowego meczu Ligii Mistrzów spontanicznie kupiliśmy bilety na widowisko. Gdy wracaliśmy po niesamowitych emocjach piłkarskich na wzgórze po zostawione auto, Barcelona zrekompensowała nam mandat rozpościerającą przed nami czarującą panoramą rozświetlonego nocą miasta.
Figueres- Cadaqués- Roses
Dwa dni przed planowanym odlotem skusiliśmy się na ostatnią wycieczkę. Jadąc na północ dotarliśmy do Figueres. To dziwne miejsce, tak dziwne, ze mogłabym w nim zamieszkać. W każdym zakątku czuć unoszącego się ducha Salvadore Dalego, który właśnie stąd pochodził.
Droga do Cadaqués to natomiast jedna z najbardziej ekscytujących szos, jakie widziałam w Katalonii. Wijąca się niczym wąż wzdłuż wysokich pasm górskich, rozkochuje i nęci kierowców, by choć na chwilę zjechali na pobocze i nacieszyli oczy widokiem zapierającym dech w piersiach. Jest niezwykle wąska, niebezpieczna i kręta, a 35 km pomiędzy Figueres a Cadaqués pokonuje się z prędkością 40 km/h. Jest to jednak wyprawa warta czasu i zachodu.
Po dotarciu na miejsce moją wizję Cadaqués, hiszpańskiego Santorini pełnego białych domów, zepsuł silny wiatr i gęsta mgła , która w jednej sekundzie spowiła całe miasto. Nie pozostało nam nic innego jak ruszać dalej…
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Roses, które w przeciwieństwie do zamglonego Cadaqués zaprezentowało nam piękny zachód słońca, który obserwowaliśmy z portu pełnego rozmaitych statków, jachtów i motorówek.
Kwitnąca Girona
Na osłodę przed gorzkim rozstaniem z Hiszpanią ostatnie godziny przed odlotem postanowiliśmy spędzić błądząc po zakamarkach średniowiecznego miasta, które właśnie przygotowywało się do festiwalu kwiatów. Na brukowanych ulicach rozwijano trawiaste dywany, a nad rzeką pojawiły się ogromne sztuczne kwiaty pośród których czułam się jak Calineczka wyrwana z kart baśni Andersena. Z bajkowego nastroju wytrącił mnie rozsądek, który nakazywał spojrzeć na zegarek, a ten jakby w komitywie z rozsądkiem popchnął nas w stronę lotniska, na którym już czekał samolot.



























































