Za każdym razem kiedy planuję wypad w góry cieszę się jak dziecko, nic nie uspokaja mnie tak jak pokonywanie małych i dużych wzniesień, nic nie cieszy tak jak droga prowadząca na szczyt- nie zawsze łatwa, ale nieustannie pasjonująca. Czasami okazuje się, że ostatkiem sił uda się podbiec, wyprzedzając wszystkich po drodze, ale zejść stromą ścieżką… to nierzadko stanowi największe wyzwanie, bo z góry świat wydaje się taki mały, regularny i jakiś piękniejszy

Naleśniki z serem

Szklarka Poręba-> Szrenica-> Łabski Szczyt-> Kukułcze Skały-> Szklarska Poręba
Pod osłoną nocy dotarliśmy na Izerską 4, chociaż nasz googlowski przewodnik nieustannie twierdził, że znajdujemy się na ulicy Armii Czerwonej. Po zmroku trudno było dostrzec cokolwiek, miasto było już w  fazie REM, więc o kupnie wody mogliśmy pomarzyć. Zadowoleni z tego, że całkiem sprawnie poszło nam pokonanie trasy z Poznania zapragnęliśmy wyciągnąć swoje ciałka na wygodnym łóżku z białą pościelą i nabierać mocy przed wyjściem w góry. Zadanie jednak okazało się dosyć trudne do zrealizowania, bo nasze apartamenty zniknęły skryte pod płaszczem czarnej jak smoła nocy. Jakieś pół godziny później, po bezowocnych poszukiwaniach z latarkami zamontowanymi w telefonie, dalej byliśmy w czarnej- no sami wiecie gdzie :). Po około godzinie błądzenia, po kilkunastu próbach skontaktowania się z właścicielem, kilku metrach jazdy pod stromą i bardzo dziurawą drogę, udało nam się znaleźć nasze mieszkanko. Uwielbiam spać!
Kiedy dojechaliśmy na miejsce trudno było dostrzec cokolwiek za oknem, ale rano… Rano obudziła nas niespodzianka- widok szczytów, prosto z naszego łóżka. Caffee late na tarasie z taką panoramą daje kopa niczym podwójne espresso.
Kop tego dnia bardzo się nam przydał, bo pokonaliśmy ok. 15 km. Ze Szklarskiej Poręby udaliśmy się pieszo na Szrenicę, a stamtąd na Łabski Szczyt, gdzie serwują najlepsze na świecie naleśniki i zupę gulaszową. Uszy się trzęsły z zadowolenia! W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na moment przy Kukułczych Skałach, żeby przywołać wspomnienia naszej ostatniej wizyty w tym miejscu. Wieczorem walczyliśmy ze zmęczenie i z niechęcią wychodzenia gdziekolwiek, ale głód zwyciężył i popchnął nas w stronę jednej z karczm. Chwilę po 22 byliśmy już grzecznie w łóżeczku i śniliśmy o kolejnym górskim wyzwaniu.

A mówili będzie padać

Michałowice-> Śnieżne Stawki-> Łabski Szczyt-> Śnieżne Kotły-> Wielki Szyszak-> Michałowice
Pierwszego dnia po przyjeździe zobowiązałam się, że będę robić codziennie śniadania, pod warunkiem, że będziemy je celebrować na balkonie. Tutaj jakoś noże i garnki mnie nie parzyły i w ogóle wszystko smakowało lepiej. Zwykły chleb z masłem i dżemem, którego na co dzień nie jadamy tutaj pochłanialiśmy w ilościach, których nie powstydziłby się żaden kilkuletni wielbiciel słodkiego.
Przed wyjazdem uzbroiłam się w kurtkę z nieprzemakalnego materiału i długie getry, bo wszędzie trąbili o ulewach. Jak się okazało z moim niebieskookim zaklinaczem pogody zawsze jest słonecznie! Deszcz złapał nas raz wieczorem, kiedy wracaliśmy z kolacji i był przyjemnym orzeźwieniem po całym dniu pieszych wędrówek.
Kolejnego dnia pojechaliśmy do Michałowic, skąd wyruszyliśmy na Śnieżne Stawki. Przyznam, że 7-kilometrowa droga wzdłuż wąwozu w środku lasu była ciekawym doświadczeniem dla… moich testowanych po raz pierwszy butów trekkingowych. Merelki się spisały! Nie przyjęły zaproszenia od kałuży i skutecznie obroniły moje kostki przed kilkoma ryzykownymi dla nich manewrami na wilgotnych kamieniach spowitych zielonym mchem.
Przyznam, że wydolnościowo ciężko zniosłam to podejście, chociaż szlak miał kolor niebieski. Po dotarciu do Stawków zobaczyliśmy ludzi! Na szlaku minęliśmy łącznie pięć osób: parkę odpoczywającą na ławce, małżeństwo zbierające jagody i samotnego Pana, który nie omieszkał poinformować nas, że znalazł prawdziwka! Takie odludne miejsce to dla nas prawdziwe katharsis- natura na wyłączność, bezcenne i zdecydowanie zbyt rzadkie doświadczenie.
Kierując się w stronę Łabskiego Szczytu mijaliśmy już znacznie więcej ludzi, ale trudno było mi zwracać na nich uwagę, bo byłam zbyt skupiona na pokonywaniu ogromnych i kanciastych bloków skalnych. Co kilka kroków okazywało się, że nie wszystkie z nich są w pełni stabilne, wówczas serce na moment stawało, kolana wiotczały i żyły własnym życiem, a galaretka na moim brzuchu w momencie zamieniała się w kaloryfer, który był jedynym gwarantem stabilizacji. Moją największą motywacją by przemieszczać się dalej były… naleśniki z serem, a po nich zimne piwko i opalanie.
Nogi już nie niosły, ale motywacja była w nas ogromna, więc wbrew ciału zamiast w dół poszliśmy w górę, tym razem na Śnieżne Kotły. Tam zawsze wieje, zawsze jest pięknie i nie dojeżdża tam wyciąg dzięki czemu nie ma tłumów. Zaabsorbowana zapełnianiem karty pamięci w moim aparacie nawet nie zauważyłam kiedy zerwał się potworny wiatr. Troskliwy mąż kilka razy grzecznie poprosił, żebym się ubrała, ale kiedy kolejny raz nie zastosowałam się do polecenia zostałam skarcona jak niesubordynowany przedszkolak, ubrałam się posłusznie i dalej niczym chiński turysta oddawałam się pstrykaniu.
W drodze powrotnej podobno mijaliśmy Wielki Szyszak, ale ponownie skupiałam się na tym, żeby nie stracić kontroli nad swoimi żyjącymi własnym życiem nogami i jakoś mi ten obrazek umknął.

Karkonoskie rozczarowanie

Karpacz-> Śnieżka-> Schronisko pod akademicką strzechą-> Samotnia-> Karpacz
Na deser zostawiliśmy sobie Karpacz, w którym jeszcze nigdy nie byłam i Śnieżkę – najwyższy szczyt Karkonoszy. To miała być wisienka na torcie całego pobytu, a okazało się co najwyżej gorzkim digestifem. Już na początku naszej drogi czułam się jak odmieniec maszerując pod stromą górę oznaczoną czarnym paskiem, podczas gdy obok piętrzyła się grupa chętnych na wjazd kolejką.
Naprawdę bardzo trudno zrozumieć mi dlaczego Ci wszyscy ludzie stoją półtorej godziny tylko po to, żeby usadzić pupę na plastikowej sofie, podczas gdy wejście widokową ścieżką zajmuje 2 godziny… Oni chyba nie rozumieli natomiast po co się tak męczyć i pocić. Grunt, że każdy znalazł rozwiązanie na miarę swoich potrzeb.
Śnieżkę zdobyliśmy, ostatni fragment nawet przebiegliśmy- uwielbiam ten rodzaj zmęczenia! Wysiłek jednak nie wart był tego co zastaliśmy na szczycie, ścisk, krzyk, kolejki po gofry i kiełbasę, ludzi nierespektujących zasad porządku i porozrzucane papierki po wedlowskich smakołykach. Jak szybko weszliśmy tak szybko zdecydowaliśmy się na ewakuację- nie tego szukaliśmy.
Bardzo szybko znaleźliśmy ukojenie, najpierw w Schronisku pod akademicką strzechą, gdzie utopiliśmy smutki w maśle z cebulką oblewającym, nasze pełne ukochanego glutenu, pierożki. Jedliśmy je na tarasie otoczonym przez wysokie i soczyście zielone wzniesienia i szybko zapominaliśmy o Śnieżce.
Kolejnym krokiem do zapomnienia okazała się wizyta w Samotni, schronisku położonym nad maleńkim stawem. Promienie słoneczne odbijały się od tafli wody tak, jakby w tym niewielkim zalewie schowane były skarby mieniące się niezwykłym blaskiem. Kto wie…. Może gdybyśmy zanurkowali…
Nikt nie zdecydował się na kąpiel, chociaż słońce piekło tego dnia potwornie. Do Karpacza zeszliśmy, jak się okazało, innym szlakiem niż zakładaliśmy, że idziemy i tym oto sposobem zapewniliśmy sobie dodatkowe dwa kilometry spaceru do auta, które czekało na nas nieopodal Świątyni Wang.
Bardzo szybko uciekliśmy z górskiego „kurortu”, gdzie na każdym kroku można było potknąć się o stragan. Zdecydowanie więcej frajdy czerpaliśmy z oglądaniu mundialowych zmagań i picia wina na naszym cudownym odludziu z widokiem na góry.