Przedłużająca się kwarantanna i pozamykane granice skłoniły nas po raz kolejny do poszukiwania malowniczych perełek w ojczyźnie:) Nie rozpaczam nad tym zbyt mocno, bo jak się okazuje nasz kraj ma do zaoferowania na prawdę sporo i chociaż nigdy w to nie wątpiłam, paradoksalnie zawsze chętnie wybierałam samolot niż podróże samochodem po okolicy. W tym roku świat uległ totalnej zmianie, więc i nasze turystyczne plany zostały poddane weryfikacji i tak oto wywiało nas na Półwysep Helski
Chałupy- Kuźnica- Jastarnia- Hel
Nietypowo zamiast hotelu zdecydowaliśmy się na kemping! Spaliśmy w komfortowej 30-metrowej przyczepie tuż nad samą zatoką (Chałupy 6). Jak się okazało po dotarciu do celu, miejsce to cieszy się niezwykłą popularnością wśród miłośników sportów wodnych. Właściwie wszędzie dominującym trendem modowym były opinające sportowe ciałka pianki, a nad horyzontem unosił się las kolorowych latawców. Gdyby nie pogoda, można byłoby pomyśleć, że przenieśliśmy się na australijskie wybrzeże, albo chociaż na Fuertę:)
Czerwiec w tym roku nie jest łaskawy i dosyć kapryśny, wcale nie potraktował nas ulgowo i przez dwa z trzech spędzonych nad mierzeją dni raczył nas deszczem i silnym wiatrem. O ile silny wiatr był zachęcającym sygnałem do nauki kitesurfingu, o tyle deszcz i zimna woda skutecznie zniechęciły nas do podjęcia wyzwania! Po raz kolejny lesersko nie podjęliśmy rękawic, ale nie zrezygnowaliśmy ze zwiedzania okolicy.
Z Chałup przejechaliśmy do Kuźnicy, która powitała nas szeroką piaszczystą plażą, bardzo podobną do tej w Chałupach, poza tym natknęliśmy się tam na mały kościółek z czerwonej cegły i niewielkich rozmiarów uliczną budkę z warzywami, po straganach brak śladu… Pięknie! Jeszcze nie dotarły tu cymbergaje i inne nadmorskie „atrakcje”. Oby nie było to tylko kwestią czasu.
Z Kuźnicy przetransportowaliśmy się do Jastarni, która w przeciwieństwie do poprzedniej miejscowości nie była już tak kameralna. Niemniej kilka budek z goframi i lodami z maszyny skusiły nasze spragnione słodkości brzuszki do rozsmakowania się, w tradycyjnych nadmorskich przysmakach. Nikt nie wybije mi tego z głowy… Gofry i lody najlepiej smakują właśnie nad morzem:)
Jastarnia mimo, że wyglądem i infrastrukturą zbliżona jest do innych nadbałtyckich kurortów to nie jest jeszcze tak „plastikowa” i głośna, co zdecydowanie oceniam na pozytyw.
Naszym ostatnim przystankiem był Hel. Dalej już się nie dało. Wiatr przyprawiał nas o gęsią skórkę, ale w drodze powrotnej ogrzaliśmy się przepyszną wojskową grochówką na wędzonce! Uwielbiam te tradycyjne polskie smaki.
W tym roku to na pewno nie koniec naszych wojaży po kraju. Mam nadzieję, że słońce i wysokie temperatury jeszcze sobie o nas przypomną, a Polska odkryje przed nami jeszcze więcej dobrego!

































