Podróż do Tajlandii nigdy nie plasowało się zbyt wysoko na liście moich wymarzonych kierunków. Dlaczego? Wydawało mi się, że wszystko co mogłabym zobaczyć w tym kraju pokazano już na szklanym ekranie. Kipiący rozpustą i szaleństwem Bangkok  w Kac Vegas, niebiańskie plaże w produkcji z młodziutkim DiCaprio, a wystające z wody skały w kształcie maczugi, w filmie o przygodach  agenta 007. Poza tym Tajlandia jest chyba najbardziej obleganym przez turystów krajem azjatyckim, co dodatkowo mnie zniechęcało, bo tam gdzie masa hoteli i zorganizowanych wycieczek tam dużo komercji i kiczu, a mało autentyczności.  Jak odebrałam Tajlandię będąc na miejscu? Sami się przekonajcie!

Wszystko zaczęło się w Izraelu…

Poznań- Warszawa- Kijów- Bangkok – tak zaczęła się nasza podróż.  Chociaż nie! Wróć! Wszystko zaczęło się w lutym 2019 w Izraelu, kiedy razem z dwójką naszych znajomych uciekliśmy przed zimą do Ejlatu. Po kilku nieudanych próbach nauczenia grania mnie w kości (blond natury nie oszukasz), wielu rozczarowaniach związanych z postawą mieszkańców Izraela, niekomfortową odprawą paszportową i portfelem wołającym do nas „czas wracać do domku, bo długo nie pociągniemy”, postanowiliśmy dać naszej czwórce jeszcze jedną szansę, bo szkoda zmarnować potencjału tak zgranej ekipy. Razem z Kamą i Dominikiem otworzyliśmy i zamknęliśmy rok podróżniczy 2019. Lot relacji Kijów- Bangkok już zwiastował przygody, mimo braku turbulencji  odpowiednich emocji dostarczała Rosjanka w wątpliwym stanie skupienia, a właściwie w stanie płynnym. Kilka popisowych numerów z rozlewanym przez nią, nie do końca świadomie, alkoholem przyprawiło o dreszcze wszystkich w pobliżu, obawiających się o to, aby przypadkiem nie wylało się jej coś więcej. Tak oto upłynęła pierwsza noc, noc w przestworzach…

Tajskie łzy i warany, których nie było

Rankiem powitał nas Bangkok. Jeszcze na lotnisku zaopatrzyliśmy się w nowe karty, szczęśliwie odzyskując dostęp do Internetu. Zarzuciliśmy plecaki, kupiliśmy bilety na szybki pociąg miejski i pół godziny później byliśmy już w zatłoczonym i głośnym centrum miasta.  Nim jednak dotarliśmy do naszej pierwszej bazy czekały nas wielkie tajskie łzy. Ale powoli… Po wyjściu z pociągu ściągnęliśmy na telefon aplikacje Grab, azjatycki odpowiednik naszego Ubera, stanęliśmy pod jednym z hoteli i w upale czekaliśmy na kierowcę. Kiedy auto podjechało, a my zapakowaliśmy się do środka, niczym z podziemi wyrósł przed nami policjant, wylegitymował naszą panią kierowcę i wręczył 2000 THB mandatu. Młoda dziewczyna bez słowa przyjęła kwit i ruszyła w kierunku naszego hotelu. Właśnie wtedy popłynęły wielkie tajskie łzy… Lekko rozhisteryzowana Tajka pokazała nam papierek i wydukała tylko kwotę jaka na nim widniała. Wszelkie próby ustalenia za co tak właściwie dostała karę zakończyły się fiaskiem. Na domiar złego w ferworze zdarzeń zapomniała uruchomić kursu w aplikacji przez co nie mogliśmy zostawić jej nawet napiwku. Do dziś to zagadkowe zatrzymanie pozostaje dla nas tajemnicą.  
Z lekkim wstydem przyznam, że dość szybko zapomnieliśmy o dramacie dziewczyny, bo zaczął doskwierać nam głód, a ulice coraz intensywniej kusiły orientalnymi zapachami. Wylądowaliśmy w jednej z ulicznych „restauracji”, w której po raz pierwszy spróbowaliśmy lokalnego pad thaia. Makaron serwowany z dodatkami  ex aequo z mango sticky rice plasują się zdecydowanie na pierwszym miejscu  naszego azjatyckiego podium kulinarnego.

Po zameldowaniu się w Vali Villa Bangkok  ruszyliśmy odkrywać tętniącą życiem stolicę. Zaczęliśmy od typowo turystycznej atrakcji, czyli przejazdu tramwajem wodnym po rzece Menam. Zza burty prezentowały się nam sięgające chmur wieżowce, znane z pocztówek świątynie i hotel Lebue, w którym kręcono Kac Vegas.

Kilka drinków później, spacerowaliśmy po Bangkoku jak po drugim Poznaniu:) Zajadaliśmy się naleśnikami z bananami na Khao San Road i chłonęliśmy aromaty miasta.  Ta noc była dla nas wszystkich naprawdę długa…

Następny dzień zaczęliśmy od przystanku w budce, w której serwowano świeżo wyciskane soki. Kolejny smak Azji, który powalił nas na kolano! Dalej, zdecydowanie mniej turystycznym niż poprzedniego dnia, tramwajem wodnym kierowaliśmy się stronę biznesowej dzielnicy miasta. Tym razem trasa tramwaju wiodła kanałem wzdłuż którego stały, a właściwie rozkładały się chaty. Bangkok to metropolia pełna wewnętrznych sprzeczności. Z jednej strony strzeliste wieże i ekskluzywne skybary z drugiej rozpadające się domy i skrajne ubóstwo.

Po kilku przystankach na łakocie i mocne tajskie kawy trafiliśmy do Lumpini Park, który blogerzy  porównują w swoich wpisach do Central Parku na Manhatanie. W Nowym Jorku nie byłam, ale jeśli tak wyglądają zielone płuca tego miasta to uważam tę atrakcję za mocno przereklamowaną.  Lumpini nas nie porwał, a co gorsza naszym oczom nie zechcieli zaprezentować się jego najwięksi (dosłownie najwięksi) ambasadorzy, czyli warany.

Dzięki uprzejmości naszej gospodyni, mimo dawno zakończonej doby hotelowej, mogliśmy skorzystać przed dalszą podróżą z prysznica. Ku naszemu zaskoczeniu Pani dała nam też świeże ręczniki, za które nie chciała żadnej zapłaty. Europejski rynku turystyczny, patrz i ucz się!

Kierunek Chiang Mai

Świeży, pachnący i najedzeni mogliśmy kontynuować naszą wyprawę. Na dworcu w Hua Lamphong wsiedliśmy w nocny pociąg, który nad ranem zatrzymał się w Chiang Mai. Całą noc zmagałam się z  koszmarnym jet lagiem, nie pomagał nawet równomierny stukot, który powinien działać równie magicznie co liczenie owiec. Ile myśli i postanowień tej nocy przewinęło się przez moją głową, ile napisałam scenariuszy, ile zaplanowałam kolejnych podróży… Trudno by to zliczyć, a kiedy udało mi się zasnąć, sympatyczny steward piskliwym głosem zaczął wykrzykiwać „wake up, wake up!”, obudź się królewno koniec bajki, czas wysiadać z tego pociągu – tego już nie powiedział, ale musiałam dodać coś od siebie, bo nie byłabym sobą:).

Na dworcu w Chiang Mai przywitał nas Mr K! Mimo, że nie znaliśmy człowieka i z nikim się nie umawialiśmy, ten miły Taj zaproponował nam podwózkę, w konkurencyjnej dla Graba cenie. W drodze do Gategaa Village, w którym mieliśmy spędzić kolejne dwie noce, Mr K wypytał nas dokładnie gdzie chcielibyśmy jechać i co chcielibyśmy zobaczyć. Po wysłuchaniu naszych planów zaoferował się, że pomoże nam wszystko zorganizować i zostanie naszym szoferem. Taką nienachalną formę sprzedaży to ja lubię i bardzo szanuję. Uśmiech, urok osobisty i  atrakcyjna oferta naszego kierowcy okazały się na tyle przekonywujące, że kolejny dzień spędziliśmy w jego towarzystwie!
Po zameldowaniu w hotelu Gategaa Village, który jako kolejny zaskoczył nas na prawdę wysokim standardem przy relatywnie niskiej cenie, wypożyczyliśmy rowery i ruszyliśmy odkrywać Chiang Mai.

Odwiedziliśmy dwie świątynie Wat Phra Singh i Wat Chedi Luang, ścigaliśmy się na światłach ze skuterkami  (ze skutkiem wiadomym), kilka razy jechaliśmy pod prąd za co obrywało się nam po uszach dźwiękiem rozlegających się klaksonów. Wieczorem wylądowaliśmy wiadomo na czym… na targu, w którym były wszystkie pyszności świata, a wśród nich perfekcyjny ryż na mleczku kokosowym w towarzystwie dojrzałego mango!

Po zaparkowaniu naszych rumaków skoczyliśmy na dach budynku, na którym zalegliśmy na leżakach dodając sobie nieco płynnej odwagi przed widowiskiem, które czekało nas tej nocy, a mianowicie przed Lady Boy Show! Rewia, w której udział brali przedstawiciele tzw. trzeciej płci była dla nas, i myślę, że będzie dla każdego, ciekawym doświadczeniem wywołującym kontrowersyjną dyskusję. Do dziś trudno nam uwierzyć, że część z tych Pań to tak na prawdę Panowie…

Ja Tarzan, Ty Jane, czyli groza w dżungli

Po śniadaniu, o dokładnie umówionej godzinie pod bramą naszego hotelu czekałam na nas uśmiechnięty od uha do ucha Mr K! Poprzedniego dnia nasz przewodnik dał nam instrukcje jak powinniśmy przygotować się do wyprawy. m.in. zabrać ze sobą pełne buty. Dla nas pełne równa się buty sportowe, dla niego pełne równa się kalosze. Szybko przekonaliśmy się po co takie środki ostrożności. Po około godzinnej trasie dotarliśmy do celu. Pan Kej znalazł długi kij i ruszył na przód w kierunku zielonej dżungli. Kalosze okazały się zwyczajnym środkiem prewencyjnym przed ukąszeniem węża. Na szczęście nikt z nas nie przekonał się o tym jak bardzo mogą być przydatne. W ciszy i skupieniu pokonywaliśmy kolejne odcinki trasy, a każda muskająca nas gałąź przyprawiała o rosę na czole i ciarki na ciele.
Po dotarciu do sekretnego wodospadu odetchnęliśmy z ulgą, zrobiliśmy kilka fotek i ruszyliśmy dalej. Po drodze rozmawialiśmy z naszym przewodnikiem o podróżach, o tym co poleca w Tajlandii i o tym, gdzie on sam podróżował. Okazało się, że Mr K, nigdy nie przekroczył granicy swojego kraju . Chociaż sprawiał wrażenie człowieka szczęśliwszego od niejednego biznesmena codziennie gnającego do Mordoru, żeby na czas odbić swoją kartę, to mimo to zrobiło mi się przykro. Wiem sama  ile radości czerpię z odkrywania nowych miejsc i wizja tego, że coś lub ktoś mógłby mnie tego pozbawić jest dla mnie przerażająca. Tymczasem rozmawiałam z dorosłym mężczyzną, świadczącym usługi turystyczne, który nigdy nie wyjechał ze swojego kraju. Wiem, wiem, ktoś może powiedzieć, że urwałam się z choinki i że ludzie mają większe zmartwienia niż brak biletu na kolejną podróż. Wiem, wszystko to wiem, ale kiedy już pozna się smak odkrywania nowych miejsc, poznawania nowych ludzi i przełamywania swoich barier to nie ma już od tego odwrotu, to uzależnia do tego stopnia, że życie bez planu na kolejny wyjazd staje się serią rytualnie powtarzanych czynności. Praca- siłka- dom, od czasu do czasu impreza, netflix, kino, kawa z koleżankami,  lepsza lub gorsza książka i tak w kółko. Schematy są dobre, bo dzięki nim czujemy się bezpiecznie, a podróże wyrywają nas z naszej strefy komfortu i sprawiają, że poznajemy siebie samych od nowa, uczymy odnajdywania się w sytuacjach niecodziennych, dziwimy się swoim nieprzewidywalnym reakcjom i totalnie wietrzymy zakurzoną głowę.

Poleciałam trochę filozoficznie i lekko zgubiłam wątek, ale już wracam:) Z sekretnego wodospadu udaliśmy się w kierunku kolejnego, tzw. sticky waterfall. Miejsce to słynie z nietypowych formacji skalnych po których spływa woda, a które mimo tego nie są śliskie, dzięki czemu śmiało można się po nich wspinać. Byłam na tyle śmiała w przemierzaniu wysokości, że dokonałam niemożliwego, poślizgnęłam się na wodospadzie, który słynie z tego, że poślizgnąć się na nim nie można. Cała ja! Z fizyką nigdy nie było mi po drodze, ale tak łamać jej wyjątki od reguły… nieładnie! Stało się, zbiłam brodę, pozdrowiłam gwiazdki które rozbłysnęły przed moimi oczami i rozedrgana nie byłam w stanie zrobić kolejnego kroku, a jakoś trzeba było wydostać się z „potrzasku”.  Z pomocą jak zawsze nadszedł mój niezastąpiony w kryzysowych sytuacjach mąż, złapał liny i niczym wychowanek dżungli zszedł po mnie na dół. Żeby nie było zbyt romantycznie to w międzyczasie jeszcze trochę na mnie pokrzyczał, żebym się ogarnęła i mocno go trzymała, kiedy średnio kontaktowałam, że trzeba się stąd jakoś wydostać. Kiedy wszyscy kręcili na widok mojej twarzy głową i szeptali, że trzeba będzie szyć, czułam się jakbym była co najmniej oskalpowana. Na hasło szpital, w mojej głowie zrodziły się najczarniejsze scenariusze i stanowczo odmówiłam, domagając się wody, plastra i jodyny. Dostałam, plaster wielki jak podpaska ultra large i jak tylko Andrzej przytwierdził go do mojej brody powrócił mi humor. Wyglądałam jak turystka, która przyjechała wypróbować tajskie rozwiązania medycyny estetycznej i coś w tym wszystkim poszło nie tak.

Kąpiel z Dumbo

Przez chwilę po groźnie wyglądającym upadku zastanawialiśmy się czy warto kontynuować podróż i czy nie bezpieczniej byłoby wrócić do pokoju. Nie było takiej opcji! W dalszym planie mieliśmy Kanjana Elephant Sanctuary, o którym mówiłam odkąd tylko kupiliśmy bilety. Nie mogłam tego odpuścić!
Po kilkukrotnym zapewnieniu wszystkich, że czuję się dobrze ruszyliśmy zaopatrzyć się do apteki w plastry i dalej w drogę!
Sanktuaria słoni to miejsca powstałe z myślą o humanitarnym traktowaniu tych ogromnych ssaków. Od lat wykorzystywane w przemyśle turystycznym, m.in. jako środek transportu, przetrzymywane w karygodnych warunkach, w sanktuariach odnajdują spokój i mają dobrą opiekę. Owszem, za wstęp do tego miejsca należy zapłacić, ale miejmy świadomość, że są to dobrze zainwestowane pieniądze, w końcu jakoś trzeba to miejsce utrzymać.
Swoją przygodę w sanktuarium zaczęliśmy od krótkiego wykładu. Kolejny napotkany na naszej drodze miły Taj, wyjaśnił nam na czym polegają różnice między słoniem afrykańskim a azjatyckim, opowiedział o tym co lubią jeść i jak należy się do nich zwracać, żeby posłuchały. Następie wymalował nam na przedramionach nasze imiona, oczywiście po tajsku i zabrał nas do „kuchni”, w której kroiliśmy maczetami dynię dla naszych braci trąbalskich.  Dalej czekało nas dokarmianie olbrzymów, swoją drogą muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że aż takie z nich łasuchy. Serce biło mi mocniej za każdym razem, kiedy kilka ton znajdujących się za moimi plecami przyspieszało kroku, obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione:)
Dzień zakończyliśmy wspólną kąpielą ze zwierzakami. Po kilku godzinach przebywania tak blisko tych ogromnych słoni, po ostudzeni pierwszych emocji lekkiego strachu przed ich srogim obliczem, nabrałam nieco więcej śmiałości. Nadal ich gabaryty budziły mój respekt, ale byłam zdecydowanie bardziej rozluźniona i coraz śmielej dotykałam ich lekko chropowatej skóry. To doświadczenia zaliczam zdecydowanie do jednego z najbardziej ekscytujących w moim życiu. Być tak blisko natury- bezcenne!

Safety first!

Ostatni dzień naszego pobytu  w Chiang Mai spożytkowaliśmy bardzo produktywnie! Za namową naszych znajomych zdecydowaliśmy się na coś na co sami raczej byśmy nie wpadli, mianowicie na warsztaty kulinarne w Asia Scenic Thai Cooking School. Cały dzień stania przy garach to zdecydowanie nie nasza bajka, ale sposób prowadzenia zajęć przez 23-letnią Tajkę był na tyle przystępny, że muszę przyznać… spodobało się nam! No i o ile z gotowaniem jesteśmy trochę na bakier to jeść uwielbiamy, wiec nagrodą za każdą przyrządzoną przez nas michę była jej degustacja:)
Od rana czekał na nas autobus, którym zebraliśmy pozostałą cześć pasjonatów gotowania, wśród nich była parka z Polski, Brazylijka i dwie Amerykanki. Dalej udaliśmy się na targ nastawiony typowo na lokalesów, o czym świadczyły chociażby bardzo niskie ceny znajdujących się tam produktów. Tam wypiliśmy kawę, zrobiliśmy zakupy i posłuchaliśmy wykładu o rodzajach ryżów i makaronów. Po kilku słowach wstępu ruszyliśmy do miejsca docelowego, na farmę, na której mieliśmy spędzić resztę dnia. Po dotarciu na miejsce czekał nas spacerek wśród grządek, opowieści o tym, czego będziemy używać dziś w kuchni, wąchanie i smakowanie… Dosyć teorii, czas przejść do praktyki:)!

Każdy z nas wybrał sobie pięć dań, które miał przygotować samodzielnie. Hasłem przewodnim stało się „safety firts”, o czym przypominała nam nasza nauczycielka na każdym kroku. Biorąc pod uwagę ostrość noży i przypraw, była to uwaga w pełni uzasadniona, którą każdy wziął sobie do serca. Po pierwszej turze nastąpiła konsumpcja, po niej dalsze gotowanie i znowu konsumpcja, później chwila przerwy na odpoczynek dla jamy brzusznej, relaks na hamakach i… dalej do garów!
Sama się dziwiłam, ale bardzo spodobało się nam to pichcenie, kuchnia tajska okazała się prostsza niż myśleliśmy, a przy tym kosmicznie smaczna, ale co do tego byliśmy przekonani już wcześniej:)

Po całodniowej przygodzie z gotowaniem czekał nas kolejny nocny przejazd pociągiem. Bez zbędnego pośpiechu udaliśmy się na dworzec, na którym Pan konduktor donośnie na nas nakrzyczał i palcem wskazującym kreślił niezrozumiałe wzorki na naszych biletach. Niezrozumiałe do momentu, kiedy przekonaliśmy się, że widnieje na nich data wsteczna. Zarezerwowaliśmy bilety na zły dzień! Przez chwilę poczułam się jak bohaterka Azja Express, gonił nas czas, pociąg miał zaraz odjeżdżać, a my nie wiedzieliśmy nawet czy znajdzie się jakieś wolne miejsce. Los nam sprzyjał. Złych biletów nie udało się co prawda zwrócić, ale można było kupić cztery nowe. Na ostatnią chwilę, ale zdążyliśmy, do pociągu wbiegliśmy ostatni!

Ulewne deszcze i coś jeszcze…

Nad ranem pociąg zatrzymał się przy lotnisku Don Mueng, w pośpiechu zebraliśmy nasze bagaże i udaliśmy do hali odlotów. Tam mieliśmy pięć godzin czekania na nasz samolot… Czas zwolnił.

Po wylądowaniu w owianym złą sławą Pukhecie pojechaliśmy prosto do Bukit pool villas, naszej bazy na najbliższe dwie noce. Miasto obfituje w wiele atrakcji, których próżno szukać na europejskich deptakach. Głowna ulica, zwana Banglą oferuje szeroką gamę wątpliwych atrakcji, a wśród nich lesbian show, ping pong show, fucking show… Jeśli interesuje Was czym charakteryzuję się konkretne „show” na pewno znajdziecie niezliczoną ilość relacji na innych blogach. Nie zagłębie się zbytnio w szczegóły tych performanców, bo najzwyczajniej w świcie z nich nie skorzystaliśmy. Cały biznes przypomina mi nieco schemat działania naszych polskich dziewczyn z parasolkami przemierzającymi wieczorami ulice rynku. Polega to na tym, że kuszą Cię darmowym wejściem, a na miejscu nim się spostrzeżesz zostajesz dosłownie i w przenośni… ogołocony! My ograniczyliśmy się sączenia drinów, obserwacji pijanych w sztok obywateli świata i gry w jengę, w jednym z licznych lokali na znanej ulicy. Późnym wieczorem wylądowaliśmy w słynnym Illuzion, ale klub jakoś tej nocy nas nie porwał… Chyba dopada nas starość!

Następnego dnia wynajęliśmy skutery i pojechaliśmy na Freedom Beach. Plaża faktycznie niezwykle malownicza, a na niej… pełno odbywających się (pół) plenerów fotograficznych. Nie skłamię jeśli powiem, ze po przyjeździe byliśmy jedynymi osobnikami bez przyspawanych do rąk aparatów, a uwierzcie mi, że w moim przypadku to rzadkość. Narodowością, która tego (i pewnie każdego innego) dnia zdominowała plaże byli Rosjanie. W piachu wiły się lubieżnie roznegliżowane panie co chwilę zmieniające kostiumy kąpielowe w towarzystwie nieco znudzonych pozowaniem partnerów, a w wodzie brodziła jakaś młoda para i w tym wszystkim pojawiliśmy się my. Spragnieni plaży, wody i słonka przybysze z Polski. Przyznam, że kiedy natłok pasjonatów fotografii nieco zelżał też chwyciłam za aparat i rzuciłam się na utrwalanie widoków. 

Druga część dnia zapowiadała się nieco mniej słonecznie, ale nikt nie spodziewał się tego, że nasza sielanka zamieni się w ponury dreszczowiec… Chociaż punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, dla mnie ponury dreszczowiec, a dla męża mego jedynego ekscytująca przygoda!
Do brzegu (takim zwrotami musze się motywować, żeby zbytnio nie popłynąć)! Naszymi jednośladami pojechaliśmy w kierunku 45-metrowego pomnika Buddy, znajdującego pośród gęstego lasu na wzgórzu. Już wtedy zrywał się delikatny wiatr i niebo zaczęła przybierać sino-blade kolory, ale dzielnie jechaliśmy dalej, bo cała reszta mijających nas środków lokomocji przemieszczała się spokojnie jakby nigdy nic. Po dotarciu na wzgórze otrzymaliśmy kolorowe szaty, którymi miałyśmy zakryć nogi, wiatr przybierał na sile, zaczęło się ściemniać, a we mnie narastał niepokój o naszą drogę powrotną. Ta początkowo nie była straszna, zatrzymaliśmy się jeszcze na świeżego kokosa w jednej z przydrożnych knajp z widokiem  na dolinę. Po ponownym uruchomieniu silnika zaczął padać deszcz, najpierw delikatnie, później mocniej i mocniej, wiatr się nasilał, a ja łapałam się na tym, że zaczynam drżeć i coraz mocniej wtulałam się w mojego kierowcę. Deszcz okazał się małym pikusiem, bo kiedy wokół nas zaczęły rozbrzmiewać salwy piorunów ogarnęła mnie wewnętrzna panika. Niby burza mi nie straszna, a jednak wtedy bałam się jak mała dziewczynka. Na domiar złego zlani deszczem zgubiliśmy naszych znajomych. Na chwilę zatrzymaliśmy się pod zadaszeniem przydrożnej butki stojącej właściwie pośrodku niczego. Miły starszy Pan zaproponował nam peleryny przeciwdeszczowe, śmiejąc się pod nosem, że Andrzej będzie musiał mieć „big size”. Po szybkim przyodzianiu mój stres nieco odpuścił, bo widok prawie dwumetrowego męża w żółtym płaszczyku był na prawdę zabawny. Chwilę później dzięki nawigacji znaleźliśmy Kamę i Dominika, którzy podobnie jak my zdążyli się już zaopatrzyć w kolorowe katany. Razem wyglądaliśmy jak gang teletubisiów na skuterach. Finalnie, szczęśliwie dotarliśmy do naszego miasta, zmarznięci, przemoczeni i uśmiechnięci od ucha do ucha. Czułam jak spada mi poziom adrenaliny, a nogi powoli przestają się trząść. To był kolejny dzień bogaty w atrakcje, których zupełnie się nie spodziewałam:)

Morski gniew

Kolejnego dnia miało znowu padać, a nas czekała przeprawa na Phi Phi Island, na której spędziliśmy trzy noce, z czego pierwsze dwie w bungalowach P.P. Sky Blue Resort przy Long Beach.

Niezaprzeczalnym atutem tego noclegu były śniadanie serwowane na plaży. Poranna kawa pita w takiej scenerii to po prostu mistrzostwo świata!  Drugi nocleg był właściwie w samym centrum. P.P. Charlie Beach Resort, mniej malowniczy, ale usytuowany zdecydowanie bliżej tego co Azja ma najlepsze, czyli budek z jedzeniem! W hotelach spędzaliśmy mało czasu, więc nie odgrywały one dla nas pierwszoplanowej roli, nieco zmieniło się to pod koniec wyjazdu, ale o tym później…:)
Na Phi Phi oddaliśmy się błogiemu lenistwu, piliśmy lokalną tanią whisky, zajadaliśmy się pad thaiami, Andrzej obiecywał mi wschody słońca, na które nigdy nie dawał rady wstawać, ale rekompensował je wspólnymi zachodami. Zajadaliśmy się lodami kokosowymi, oglądaliśmy pokazy ognia, tańczyliśmy.
Z dwoma trenerami personalnymi na wakacjach nie może być jednak zbyt długo leniwie, więc… wybraliśmy się na kajaki! Po raz kolejny pogoda odegrała znaczącą rolę. Spokojne wiosłowanie po Morzu Andamańskim zamieniło się w walkę z żywiołem. Na pierwsza plażę dotarliśmy bez większych trudności. Dotarcie na drugą  okazało się jednak wyzwaniem, wiatr obracał kajakiem według własnego uznania totalnie nie licząc się z obranym przez nas kierunkiem. Po dopłynięciu do brzegu poza nami nie było tam innych turystów, ale ku uciesze mojej i Kamy był Pan, który za drobną opłatą zgodził się podwieźć nas swoją łodzią do plaży z której wypływaliśmy. Nie musiałyśmy się wzajemnie zbyt długo namawiać, zabrałyśmy kapoki, po jednym wiośle i wróciłyśmy  pozostawiając mężów na kapryśną łaskę lub niełaskę nieco rozszalałego morza. Po szczęśliwym dotarciu do brzegu przez około godzinę wypatrywałyśmy chłopaków. Szczęśliwie powrócili!

Wieczorem skusiliśmy się na wyczekiwany i zasłużony masaż. Szum rozbijających się o brzeg fal, mrok, cisza, zapach aromatycznych olejków i relaksujący dotyk zaprawionej w swoim fachu Tajki sprawiły, że jeszcze bardziej rozkochaliśmy się w Azji…

Resortowy raj

Rano wstaliśmy pożegnać się z plażą na Phi Phi, zabraliśmy swoje tobołki i ruszyliśmy w dalszą drogę. Niewielkich rozmiarów łodzią popłynęliśmy w kierunku Koh Yao Yai. Fale kołysały naszą wodną taksówką na tyle intensywnie, że jeden z pasażerów siedzących obok mnie zmienił barwy na zielono- fioletowe i ledwo powstrzymywał się przed zwróceniem śniadania. My trzymaliśmy się dzielnie, ale nie ukrywam, że bardziej niż utonięcia bałam się paść ofiarą pawia! Po drodze zatrzymywaliśmy się kilka razy, a nowi pasażerowie wsiadali i wysiadali, nasza wyspa była ostatnim przystankiem.
Niewielkich rozmiarów muzułmańska wyspa, jest w przeciwieństwie do Phi Phi bardzo cicha i spokojna. Pełno tu lokalnych mieszkańców, skupionych na codziennych obowiązkach  a hoteli jest dosłowni kilka. Główną atrakcją wyspy jest plaża Lam Haad, wyglądająca z lotu ptaka jak nasz Hel, tylko  taki w wersji mini. Długi cypel białego piachu wchodzący w morze, a na nim… setki tysięcy krabów drążących dziury w ziemi.

Drugą atrakcją jest kompleks hotelowy Santhiya Koh Yao Yai Resort & Spa. Tak, tak, dobrze czytać, to miejsce uznawane jest za atrakcje wyspy. My mieliśmy przyjemność spędzić w tym luksusowym przybytku trzy noce. Z reguły nie jaram się szczególnie miejscami, w których śpię, mają mi one głównie służyć za dobrą bazę wypadową do poznawania nowych miejsc. W tym przypadku było inaczej… Santhiya oczarowała nas na tyle, że nie mieliśmy właściwie ochoty wychodzi poza obiekt. Już od samego wejścia, gdzie przywitano nas zimną herbatą i schłodzonymi ręcznikami, które miały przynieść nam ulgę w ten upalny grudniowy dzień. Wszystko w tym miejscu robiło wrażenie, obsługa na najwyższym poziomie, przemyślany wystrój, atmosfera intymności, baseny, których krawędzi stykały się z horyzontem, wanna na tarasie, muzyka na żywo przy śniadaniu… Pierwszy raz trafiłam w miejsce, do którego grzechem byłoby się przyczepić. Ktoś kto tworzył to miejsce miał niewątpliwie ogromną wyobraźnię i bardzo dużo pieniędzy.

Tutaj też musieliśmy pożegnać się z Kamą i Dominikiem, którzy ruszyli dalej celebrować swoją podróż poślubną, a my powoli przygotowywaliśmy swoje głowy do powrotu do Polski.

Naleśniki u tajskiej mamy

Ostatniego dnia, pod resort podjechał młody chłopak charakterystycznym dla małych tajskich wysp autem z przyczepą. Pomógł załadować nasze bagaże i zawiózł nas… do swojej mamy na naleśniki. Następnie pokazał nam swoje pole, opowiedział gdzie się uczył i czym się zajmuje, wypiła z nami kawę i po około godzinie ruszyliśmy do portu. Z uśmiechem na twarzy odprowadził nas do miejsca, z którego odpływała nasza łódź. 

Po około godzinnym rejsie wróciliśmy na Phuket, stamtąd taksówką dotarliśmy na lotnisko, z którego kilka godzin później odlecieliśmy do Bangkoku.
Tym razem zdecydowaliśmy się na nocleg w The Quarter Ari by UHG, typowo biznesowym hotelu, z ogromnymi oknami z widokiem na panoramę metropolii i basenem na szczycie. Przyznam, że widok zachodzącego nad miastem słońca był pięknym zwieńczeniem naszego pobytu.

Wieczorem koniecznie musieliśmy wybrać się do China Town, o którym trąbi każdy szanujący się bloger penetrujący Tajlandię. Oboje jednak totalnie nie zrozumieliśmy fenomenu tej skomercjalizowanej dzielnicy. Fakt, jedzenia było pełno, ale pełno było też ludzi i łapek robiących sobie selfie.

Następnego dnia wieczorem pakowaliśmy się do samolotu, czekała nas noc spędzona na graniu w Angry Birds, 10-godzinne oczekiwanie na samolot w Kijowie i już prawie, prawie byliśmy w domu…

Tajlandia dla każdego

Tajlandia to ogromny kraj, który ma wiele do zaoferowania każdemu typowi podróżnika. Jeśli marzy Ci się pławienie w luksusach na najwyższym poziomie znajdziesz to czego szukasz, ba, znajdziesz to w cenie, która nie zrujnuje Twojego portfela. Jeśli chcesz spędzić spokojny czas w gronie rodziny w bunaglowie przy plaży, codziennie rozkoszując się bajecznym widokiem na morze,  też to otrzymasz. Jeśli tak jak my chcesz wycisnąć z każdego wyjazdu maxa umożliwią Ci to pomocni i życzliwie Tajowie oraz bardzo dobrze rozwinięta infrastruktura.
Często słyszę od ludzi wracających z rozmaitych podróży „Nie jedź tam. Nie  warto, tam nic nie ma” i strasznie mnie to wkurza. Jak może gdzieś nic nie być? Przecież to niemożliwe! Zawsze jest coś, co warto zobaczyć, poznać, posmakować, chociażby po to, żeby później móc wyrazić opinię. Gdyby nie to, że zdecydowaliśmy się przekonać na własnej skórze jaka jest Tajlandia, pewnie cały czas kręciłabym się w kółku powielanych stereotypów na temat tego kraju, nie miałabym malutkiej blizny na brodzie, nie kąpałabym słonia i nie nauczyłabym się smażyć pad thaia. Azja dała nam też coś więcej, spokój i luz, który przywieźliśmy ze sobą do Polski i który pomagał nam podnosić się z łóżka jeszcze przez kilka kolejnych tygodni po urlopie.