Kąpiele w bajecznie błękitnym morzu, budzik w postaci piejącego koguta, rejs z przystojnym Grekiem, zmasowany atak na życie sędziwej staruszki, małe lotnisko, małe muzeum i mała wyspa – to wszystko i jeszcze więcej tylko na Kefalonii… i Itace!

Dekalog

Idea babskich wyjazdów narodziła się w naszych głowach rok temu. Od tego czasu nie wyobrażamy sobie przerwania tego wakacyjnego rytuału. Dlaczego? Dla zachowania higieny psychicznej i zdrowej równowagi pomiędzy życiem rodzinnym, wypełnionym po brzegi codziennie powtarzającymi się obowiązkami i czasem tylko dla siebie, egoistycznie poświęconym na realizację wyłącznie swoich potrzeb.
Choć nie ma jasno spisanego dekalogu zasad, jak taki wyjazd powinien wyglądać, warunków jest kilka i są bardzo proste.
1. Najlepiej żeby wyjazd nie trwał dłużej  niż pięć dni, bo dzieci płaczą, koty tęsknią…
2. Ma być tanio, żeby nie nadszarpnąć rodzinnych budżetów i uniknąć niepotrzebnych dyskusji z ukochanym.
3. Musi być ciepło!
4. Najlepiej też nie za daleko, z racji tego że sam pobyt to niespełna tydzień.
5. Na takim wyjeździe nikt nikogo nie szufladkuje! Nie liczy się kolor włosów, waga, czy rozmiar miseczki. Nikt nie ocenia umiejętności lingwistyczych, bo o drogę można zapytać gestykulując:) Nie ważne jest ile masz kasy i czy okulary spoczywające na Twoim nosie to Chloe, czy najnowsza kolekcja z AliExpress. Liczy się komfort, naturalność i luuuuuz!

Idylla za bezcen

Swoją tegoroczną podróż zaczęłyśmy od klasycznego manewru z walizkami, które zawsze są za małe, a my mamy sposób na to jak przemycić nadprogramowe kilogramy bagażu. Na początek zakupy w duty free i koniecznie reklamówka do tego. Jesteśmy uratowane! Wszystko co nie zmieściło się do walizki wpadło do siatki z zakupami:)
Tradycyjnie, po przekroczeniu bramek bezpieczeństwa wzniosłyśmy pierwszy toast w hali odlotów.

Po krótkiej podróży samolotem wylądowałyśmy na chyba jednym z najmniejszych lotnisk na świecie. Kiedy grzecznie czekałam w kolejce do toalety, a Marta paliła papierosa, Asia wsiadła do auta tajemniczego Greka, pomachała i pojechała w nieznanym nam kierunku… No może trochę podkoloryzowałam, bo przejechała dosłownie kilkanaście metrów i wróciła po nas błyszczącą furką.
Spałyśmy tutaj -> airbnb.ca/27408890 i za pełne pięć nocy zapłaciłyśmy po 300 zł od osoby (w myśl drugiej zasady dekalogu). Nie spodziewałyśmy się luksusów, ale standard nieco przerósł nasze skromne oczekiwania. Wszystko za sprawą sielskiego klimatu miejsca. Drewniane okiennice, najprawdziwszy paw w ogrodzie, hamaki zawieszone na drzewach, kury piejące o świcie, balkon przeznaczony na ploty do późnej nocy- idylla za bezcen:)
Po zakwaterowaniu nadszedł czas na pierwszą degustację lokalnych przysmaków. Padło na malowniczo położoną na wzgórzu restaurację Il Borgo, gdzie jedzenie i widoki wprawiały nas w stan totalnego relaksu.

Wieczór spędziłyśmy w towarzystwie białego wino na pobliskiej plaży Makris Gialos. Po raz kolejny zapowiadał się cudownie beztroski babski wyjazd…

Starsza Pani musi zniknąć

Następny dzień zaczął się tym, że prawie wykończyłam naszą gospodynię. Dostałam od dziewczyn misje uzupełnienia brakujących elementów naszej kuchni. Poszłam więc po ostry nóż i patelnię. Niedosłysząca seniorka nierozstająca się z balkonikiem i właściwie nie mówiąca już chyba w żadnym języku uśmiechnęła się na mój widok. Kiedy jednak językiem ciała wyjaśniłam jej czego potrzebuję mina jej nieco zrzedła. Czekała ją przeprawa po schodach. Chciałam pomóc, ale cóż… nie pozwoliła. Po kilku dłuuugich minutach przyniosła mi to czego było nam trzeba.
Ledwo przekroczyłam próg, a już zostałam wydelegowana z kolejną misja… Kiedy siedząca w ogrodzie staruszka zobaczyła mnie po raz kolejny domyślała się za pewne, że czeka ją kolejna wycieczka, tym razem po suszarkę. Pełna wyrzutów sumienia po raz kolejny chciałam zaoszczędzić jej wspinaczki, ale ta po raz kolejny odmówiła. Wróciłam z suszarką, a starsza pani na pewno miała zakwasy.
Wykąpane, najedzone, z torbami wypełnionymi plażowymi zapasami ruszyłyśmy na jedną z najpiękniejszych plaż, jakie podpowiedział nam google. Ślepo wierząc w dobre intencje nawigacji jechałyśmy drogą, którą nam podpowiadała, nie robiąc sobie zupełnie nic z tego, że zamiast w dół jedziemy w górę i dojechałyśmy… do punktu widokowego na Fteri Beach! Przedostanie się na nią, jak się później okazało, było możliwe tylko drogą morską, a my dysponowałyśmy jedynie autem i własnymi nogami. Obeszłyśmy się więc smakiem i zjechałyśmy na inną plażę, całkowicie bezludną, mimo że była polowa lipca! Tam odpaliłyśmy nasz mały głośniczek z ulubioną muzyką, wyciągnęłyśmy oliwki, schłodzone jeszcze lokalne piwka i zaczęłyśmy nasz piknik, na zmianę smażąc się na piasku i chłodząc w morzu.

Mimo, że ta forma wypoczynku w pełni nas satysfakcjonowała to moja niespokojna duszyczka nadal marzyła o dotarciu na Fteri. Pozbierałam się więc z ręcznika i ruszyłam na samotny rekonesans okolicy. Szybko okazało się, że w pobliżu jest maleńki port, a w nim kilka łodzi, które mogą okazać się przepustką do mojego niezrealizowanego celu. Pokręciłam się pogadałam i załatwiłam. Wróciłam do dziewczyn z informacją, że za kilka Euro młody, przystojny Grek podrzuci nas na rajską plażę i po kilku godzinach po nas wróci.
Propozycja spotkała się z entuzjazmem. Chwilę później płynęłyśmy na Fteri, gdzie, śmiałyśmy się i gadałyśmy do zachodu słońca….

Jamas!

Kolejny poranek spędziłyśmy podziwiając z punktu widokowego znaną z pocztówek plażę Myrtos.

Pokonując na oparach benzyny kolejne odcinki wijącej się w górę drogi przestałam nucić pod nosem wakacyjne piosenki i zaczęłam nerwowe poszukiwania stacji na wirtualnej nawigacji. Na coraz szybciej opadającej kresce wyznaczającej poziom paliwa dojechałyśmy do Asos, jednego z najbardziej charakterystycznych miast Kefalonii. Na chwile zapomniałyśmy o tym, że możemy mieć problem z ponownym uruchomieniem silnika. Wypiłyśmy na spokojnie kawę, i kiedy tylko kofeina zaczęła działać ruszyłyśmy podziwiać kolorowe elewacje domów, które są znakiem rozpoznawczym tego miejsca. Weszłyśmy też spacerem na punkt widokowy górujący nad miasteczkiem. Panorama, która ukazała się naszym oczom nie powaliła nas na kolana, ale na pewno droga na szczyt pomogła spalić śniadanie:)

Kiedy udało się nam zatankować znowu zaczęłam dawać popis swoich wokalnych nieumiejętności. Na szczęście dla cierpliwych współpasażerek nie trwało to zbyt długo, bo dotarłyśmy do kolejnego punktu naszej wycieczki- miasteczka Fiscardo, To co z pewnością zapamiętam z tego, jak i chyba każdego innego miasteczka tej niepopularnej jeszcze greckiej wyspy to starannie nakryte stoły. Próżno tam szukać niechlujnych plastikowych krzeseł i kiczowatych parasoli, z którymi Grecja niestety się kojarzy prawie tak samo mocno jak z serem feta i oliwkami.
Na ochłodę po całodniowym zwiedzaniu zajechałyśmy na plażę, na której tradycyjnie w ruch poszły lokalne napoje z bąbelkami i wcale nie mam na myśli prosecco:)

Na kawie u Odyseusza

Dość jednak o Kefalonii! Warto wspomnieć, że nieopodal tej wyspy leży kolejna, rozsławiona na całym świat przez Homera, Itaka. Żeby się na nią dostać wstałyśmy o… 4 rano! Wakacje z nami to nie jest bajka, to czasami prawdziwy obóz przetrwania. Śmiałyśmy się, że faceci na męskim wyjeździe w życiu nie wpadliby na taki pomysł, a nawet jeśli to nie pomyśleliby o tym, żeby przed wyjazdem umyć głowę i zjeść śniadanie, tymczasem nam się udało. Chociaż nie będę ściemniać, nie było łatwo zwlec się z łóżka o tak wczesnej porze.
Do portu jechałyśmy w totalnej ciemności, nie mijając zupełnie nikogo. Co jakiś czas na drodze pojawiały się tylko bezpańskie psy i kamienie. Po dotarciu do celu niewiele się zmieniło, nadal nie było widać żywej duszy, a według zaleceń, gdzieś tutaj miała znajdować się budka w której miałyśmy wymienić nasze vouchery na bilety. Kilkanaście minut później pojawiła się Pani, która otworzyła swoje okienko, statek podpłynął, a my wjechałyśmy na pokład. Trzęsąc się z zimna i dzielnie dzierżąc w dłoniach kubki z gorącą kawą podziwiałyśmy jak rodzi się nowy dzień.

Na miejscu byłyśmy przed 7 rano. Wsiadłyśmy w naszą strzałę i pojechałyśmy zwiedzać stolicę Itaki, Vathy. Jak się pewnie domyślacie byłyśmy tam jednymi z nielicznych turystów, co miało swój niewątpliwy urok. Całe miasto tylko dla nas, jeszcze zasapane, leniwe, ale całe do naszej dyspozycji.

Kolejnym celem było Stavros, drugie największe po stolicy miasto wyspy. Największe wcale nie oznacza w tym przypadku duże. Mała wioska cała przesiąknięta jest homerowskim duchem. W centrum wznosi się pomnik Odyseusza, a nieopodal niego na ciekawskich turystów czeka mikro muzeum archeologiczne. Dlaczego mikro? Cała ekspozycja mieści się w dwóch niewielkich pokojach. Na tych złaknionych historycznych ciekawostek czekały książki do kupienia za kilkanaście Euro. Ekspedientki brak. Można częstować się publikacjami, a pieniądze wrzucać do znajdującej się obok puszki – cóż za zaufanie!
Tego dnia odwiedziłyśmy jeszcze Frikes i Kioni, a popołudnie, kiedy niebo się przejaśniło, spędziłyśmy na jednej z licznych plaż obserwując rozwój kłótni greckiej pary. Do dziś zastanawiamy się, czy udało się im przezwyciężyć kryzys, czy byłyśmy świadkami rozpadu ich związku. Gogglebox life!
Po całym dniu spędzonym na tej wyspie stwierdzam, że jest to idealne miejsce dla leniwych, seniorów lub rodzin z dziećmi, pomijając w tym ostatnim przypadku kamieniste plaże, które być może niezbyt dobrze wróżą rodzinnym wypadom. Nie jest to na pewno miejsce tętniące życiem, panuje tu spokój, a czas zwalnia. Wszystkie miasteczka są do siebie bliźniaczo podobne, wszędzie znajdują się małe porty, a wzdłuż nich restauracyjki, dalej hotele i później już nic… Jeśli ciągnie Was w miejsca, gdzie zasmakujecie bujnego nocnego życia towarzyskiego to zdecydowanie niewłaściwy adres, jeśli natomiast łakniecie spokoju i bliskiego obcowania z naturą to Itaka będzie idealnym kierunkiem.

Mała wyspa, ogromny potencjał

Ostatniego dnia naszego pobytu pogoda skutecznie odciągnęła nas od pomysłów jakiegokolwiek zwiedzania. Padłyśmy plackiem na plaży, na której otwierałyśmy pierwszego dnia nasze pierwsze wino, klamrą spinając cały nasz wyjazd.
Jakie wrażenie zrobiła na mnie ta niewielka wyspa? Nie skłamię jeśli powiem, że większe niż oczekiwałam. Być może jest to spowodowane tym, że nie padła jeszcze ofiarą masowej turystyki. Bardzo dużo tu uroczych restauracji z uprzejmą obsługą i całkiem niezłym jedzeniem. Mimo, że byłyśmy tam w samym środku sezonu to nie musiałyśmy przedzierać się przez hordy turystów, zdarzały się wręcz momenty, kiedy jadąc kilkanaście kilometrów nie mijałyśmy żadnego innego auta.
Jest to wyspa, na której bez dwóch zdań można wypocząć w myśl greckiej sztuki życia siga- siga!