Nasz pierwszy raz z Pragą miał miejsce pięć lat temu. Wtedy odwiedziliśmy ją po raz pierwszy i od razu wkręciliśmy się w jej klimat. Mimo prószącego nam wtedy w oczy śniegu i mrozu szczypiącego w policzki, stolica Czech i tak wydała nam się atrakcyjna, na tyle atrakcyjna, że postanowiliśmy odwiedzić ją po raz kolejny, tym razem latem, świętować  stalową rocznicę wspólnego życia

Wszystkie mosty nad Wełtawą

Poprzednim razem spaliśmy w dzielnicy Zizkow, tym razem zdecydowaliśmy się na nocleg w Mamaison Residence Downtown Prague, który bardzo odpowiadał nam ze względu na darmowy parking (jakaś letnia promka), bliską odległość od centrum i wysokie oceny gości. Jak się później okazało niewątpliwą zaletą tego miejsca było też ogromne łóżko, po którym można było się wręcz gonić oraz pyszne śniadania. W gwoli ścisłości, nikt nie płaci mi za te rekomendacje, jeśli coś mi się podoba – chwalę i polecam , jeśli nie – przeciwnie. To miejsce zdecydowanie rekomenduję osobom, którym zależy na dobrej komunikacji z centrum miasta i zachowaniu zdrowej równowagi pomiędzy ceną a jakością:)
Pierwszy dzień zaczęliśmy od odświeżenia kotleta, czyli pieszej wycieczki w miejsca nam, jak i innym praskim turystom dobrze znanym, mimo to, nadal chętnie odwiedzanym i ku naszemu zdziwieniu, wcale w tym roku nie obleganym.
Z oczywistych atrakcji, które oferuje miasto zahaczyliśmy o Rynek Staromiejski ze słynnym zegarem Orloj, pod którym, o dziwo, nie było aż tak wielu turystów. Udało się nam nawet cyknąć kilka fotek, na których poza mną nie ma nikogo więcej! Z reguły takie kadry chwytają fotografowie tuż po wschodzie słońce, nam udało się złapać zegar unikając tłumów i wczesnej pobudki, farciarze:)


Dalej, nogi zaprowadziły nas prosto na Most Karola, który też zaskoczył nas względnie niewielką liczbą turystów, jak na lipiec. Most ten jest oblegany najbardziej ze wszystkich osiemnastu przecinających Wełtawę i to właśnie z tą atrakcją głównie utożsamiana jest czeska stolica. O każdej porze roku znajdziecie tam artystów handlujących (podobno) ręcznie robioną biżuterią oraz malarzy uwieczniających portrety przechodniów.

Z mostu Karola bez problemu dotarliśmy do Mala Strana, czyli dzielnicy zwanej po prostu mniejszym miastem. Tam nie mogliśmy już dłużej opierać się zapachom, które serwowały nam budki z ciepłymi trdelnikami, jak my to uwielbiamy…Totalnie zacukrzeni musieliśmy pozwolić naszemu sadełku się zawiązać. W tym celu wybraliśmy jedną z knajpek w bocznej uliczce pełnej lokalesów. Takim miejscówką ufamy najbardziej i w takich chłoniemy najprawdziwszy klimat danego miejsca.

Po chwili relaksu dla nóg ruszyliśmy dalej odświeżać wspomnienia. Ściana Johna Lennona, w odróżnieniu do samej wyspy Kampa zmieniła się znacznie od naszej ostatniej wizyty. To takie miejsce, który chyba nie znosi próżni i wymaga wręcz ciągłych przeobrażeń. Nie mieliśmy żadnych środków do wyrażenia swoich artystycznych myśli, więc na ścianie nie zostawiliśmy po sobie śladu, ale nie omieszkaliśmy zabrać stamtąd kilku fotek upamiętniających naszą drugą randkę w Pradze.

Tego dnia odwiedziliśmy jeszcze jedno miejsce, z którego wcześniej z racji na pogodę, nie udało nam się skorzystać. Wdrapaliśmy się na Petrinske sady, skąd rozpościerał się jeden z wielu pięknych widoków na Pragę. Na szczyt można dostać się na dwa sposoby, „nożnie”, lub kolejką. My nie dotarliśmy tym razem na samą górę.  Rozłożyliśmy nasz podręczny ręcznik, kurtkę i leżakowaliśmy tak do naszej ulubionej pory dnia, czyli letniego zachodu słońca.

Like a Royal family!

Kolejny poranek zaczęliśmy od poszukiwania apteki, bo na naszej romantycznej randce, jakaś wredna mała mrówka pogryzła mi męża na tyle mocno, że na drugi dzień jego kostka zamieniła sie w bakłażan. Po zaopatrzeniu się w niezbędny medyczny asortyment mogliśmy dalej gubić się i odnajdywać w urokliwych praskich zakamarkach.
Niedaleko naszego hotelu znajdował się słynny tańczący dom, budynek, który swoją nazwę zawdzięcza kształtowi, w którym wprawne oko doszuka się roztańczonej pary, a konkretnie Freda Astaira i Ginger Rogers. Zdecydowaliśmy się na mały przystanek na tarasie widokowym w tym roztańczonym przybytku, a widok stamtąd podobał nam się zdecydowanie bardziej niż sama architektoniczna bryła. Z tarasu można skorzystać płacąc za bilet wstępu lub zamawiając coś przy barze, wiadomo z której opcji skorzystaliśmy:)

Pokonując kilka przystanków tramwajem, dojechaliśmy do Mostu Czecha, skąd dalej pieszo udaliśmy się w kierunku Letenskich sadów. Kolejnego punktu oferującego obłędny widok na miasto i… dobre piwko w niskiej cenie. Po wspinaczce po schodach, w dzień tak gorący jak ten, zimny musujący napój okazał się najlepszą deską ratunku, o czym nie muszę chyba nikogo przekonywać.

Stamtąd ruszyliśmy na knedliki i dalej w kierunku Vojanovych sadów, niewielkiego parku, pełnego romantycznie bielonych ławek i najprawdziwszych pawi! Nie zabawilśmy tam jednak zbyt długo, bo pokonała nas pogoda. Musieliśmy wrócić do pokoju na małą sjestą w klimatyzowanym pomieszczeniu.

Wieczorem udało nam sie zaliczyć za darmo jedną z największych atrakcji Pragii – Prazsky hrad! Spacer po największym zamku świata, to zwykle przyjemność kosztująca od 250 do 300 CZK, ale po 17:00 można poczuć się jak królewska rodzina zupełnie za free!

To co niezmiennie robi na nas ogromne wrażenie w Pradze to nagromadzenie, dumnie wyrastających z ziemi, przepięknych kamienic. Chyba tylko Wiedeń mógłby się równać tym widokom! Sam spacer ulicami miasta robi czasami dużo większe wrażenie niż największe zabytki, ale ileż można spacerować… Kolejny odpoczynek zaliczyliśmy na małej wysepce ulokowanej na Wełtawie. Nie wiem nawet jak się nazywa, ale pomysł z zagospodarowaniem tej przestrzeni budkami z napojami i placami zabaw to moim zdaniem strzał w dziesiątkę!

Słodko- gorzki smak rozstania

Chwilę po kolejnym pysznym śniadaniu, zjedzonym na tarasie w palącym już o tak wczesnej porze słońcu, odwiedziliśmy Zizkov, a właściwie to niewielką część tej dzielnicy. Wzgórze Vitkov powitało nas wysoką temperaturą i zamiast podziwiać rozpościerającą się z niego panoramę ruszyliśmy pędem ku zraszaczowi, który okazał się dla nas wybawieniem! Po szybkim orzeźwieniu mogliśmy swobodnie rozkoszować się widokiem, ale nie trwało to długo, bo już po chwili zaczęliśmy marzyć o odrobinie cienia, którego próżno było szukać na Vitkovie. 2:0 dla temperatury. To starcie, ponownie jak poprzedniego dnia, przegraliśmy, musieliśmy wracać, bo inaczej popadalibyśmy jak muszki.

Każdego dnia naszego pobytu zahaczaliśmy o Plac Świętego Wacława (lub jak kto woli Wacławiak), gwarną ulicę Nowego Świata, wzdłuż której pełno jest sklepów i rozmaitych knajpek. Ostatniego dnia udało się nam tam spędzić nieco dłuższą chwilę. Zamówiliśmy kawy i miodownik – to ciasto to czeski przysmak i czysta poezja dla kubków smakowych. Biszkopt o lekkim posmaku kawy, przeplatający sie z masą kajmakową to dla mnie idealne połączenie. Ostatni raz rzuciliśmy okiem na tętniącą życiem Pragę i mogliśmy ruszać do domu.  Po takim deserze mieliśmy dużo siły na pokonanie pięciogodzinnej trasy do Poznania.