Poprzedni rok totalnie przewartościował nasz świat, pojawił się w nim mały, ciekawski podróżnik, który porządnie namieszał. Niestety w 2020 roku ostro namieszał też COVID, którego skutki odczuwamy do dziś i nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak długo ten stan zawieszenia potrwa. Nie mogąc dłużej znieść tej niepewności postanowiliśmy spakować walizki i znowu ruszyć w świat, po raz pierwszy we troje!
Dziś chociaż na chwilę postaram się teleportować Wasze myśli w soczyście zielone, pełne słońca i nadziei miejsce. Porywam Was na Gran Canarię!
Wielka podróż małego człowieka
19 stycznia 2021 roku- wielki dzień dla naszego syna, pierwszy lot samolotem! Nie byle jaki, bo ponad pięciogodzinny, a pasażer niespełna trzymiesięczny! Pamiętacie Wasz pierwszy lot samolotem? Ja bardzo dobrze, miałam wtedy 19 lat i cholernie bałam się tego rejsu. Mimo, że trudno mi zliczyć ile razy wzbijałam się w powietrze, to nadal podczas każdego startu, lądowania i nawet lekkich turbulencji towarzyszy mi ten sam dreszczyk emocji. Tymczasem Pan Jan był zupełnie niewzruszony. Podczas lotu włączył mu się tryb towarzyski, gaworzył, machał rączkami i nóżkami, zaczepiał swoim „guganiem” stewardesy i posyłał im szelmowskie uśmiechy. Przespał maksymalnie 40 minut! Wszystko dookoła interesowało go tak bardzo, że ewidentnie nie chciał tracić czasu na takie banały jak sen.
Od samego początku wszystko podczas tej podróży, choć teoretycznie takie samo, było jednak inne i trudne do przewidzenia, a mimo to bardziej świadome i pełne, bo był z nami nasz puzzel, brakujący element życiowej układanki:)
Jeśli dotrwaliście do tego momentu to dodam, że w dalszej części nadal będzie bardzo dużo refleksji o podróży z bombelkiem, trzymajcie się, ruszamy!
+/- 20
Z -20 stopni, w ciągu kilku godzin przenieśliśmy się w +20! Nie chcę być okrutna, więc nie będę rozwodzić się nad tym, jak przyjemna to była odmiana. Janek zniósł lot na piątkę z plusem, ale nie odtrąbiłam wtedy sukcesu, bo czekał nas jeszcze powrót, który mógł okazać się totalną porażką.
Po wylądowaniu wynajęliśmy samochód w Cicar. Kierowaliśmy się tym, że wypożyczalnia miała same dobre opinie. Cała procedura odbioru auta trwała maksymalnie 5 minut. W cenie 140 euro (update, jednak 114 EUR:)) za tydzień dostaliśmy kluczyki do Opla, drugiego kierowcę, fotelik i pełne ubezpieczenie w cenie. Bez blokad na kartach, dodatkowych haczyków i depozytów! Można? Można! Świecie ucz się od Kanaryjczyków!
Po około 30 minutach byliśmy już w naszym apartamencie w San Augustin. Początkowo zarezerwowałam hotel w Agaete. Jednak po zagłębieniu się w tematy pogody, która potrafi diametralnie różnić się w zależności od części wyspy, wymówiłam rezerwację i rozpoczęłam poszukiwania na południu wyspy. Padło na B’ Slow, przytulny apartament wyposażony we wszystko co niezbędne, a przy tym stylowe. Dodatkowym atutem tego miejsca była bliskość do plaży i przemiła gospodyni. Poza tym jakieś 200 metrów od mieszkania było centrum handlowe, w którym znajdował się market i apteka, a kiedy wybierasz się w podróż z bombelkiem to wiedz, że istotna jest odległość dzieląca Cię od najbliższego miejsca, w którym możesz kupić pieluchy!
Pierwszego dnia pierworodny był bardzo niespokojny. Zrobił nam awanturę w restauracji i nie pozwolił na spokojny wieczór, ale mimo to uważam, że był bardzo dzielny, bo podróż nie należała do najłatwiejszych. Testy, procedury, długi lot, wczesna pobudka, nawet my byliśmy tego dnia padnięci.
Czuliśmy, że zły nastrój minie i minął, bo Janek okazał się, tak jak i my, stworzonkiem napędzanym na energię słoneczną, a słońca na wyspie nie brakowało:)
Cztery litery
Złaknieni piachu pod stopami i morskiej bryzy na bladych twarzach, swoje pierwsze kroki skierowaliśmy na plażę w naszej miejscowości. Wzdłuż wybrzeża, aż do wydm (jakieś 6 km od naszego apartamentu) ciągnął się deptak idealny na wędrówki z dzieckiem, czy jogging o zachodzie słońca. Wczesna pobudka i ogólne zmęczenie zaburzyły nasze odczucia dotyczące temperatury. Na pierwszy spacer ubraliśmy juniora prawie na cebulkę, łącznie z czapką na głowie… Miny roznegliżowanych przechodniów? Bezcenne.
Na drugi dzień zdaliśmy sobie sprawę, że nasza wczorajsza termoregulacja była totalnie rozstrojona, a na dworze panowało bardzo przyjemne ciepełko. Prognozy wskazywały temperaturę na poziomie 21 stopni, ale odczuwalna była o jakieś 5-6 stopni wyższa, więc w ruch poszły krótkie spodenki, a w głowie szumiało pytanie: „na cholerę pakowałam te wszystkie swetry?”.
Po słonecznym śniadaniu na naszym tarasie pojechaliśmy na jedną z najbardziej rozreklamowanych plaż- Playa de Amadores. Naiwnie spodziewaliśmy się tłumów, bo przecież styczeń to na wyspie środek sezonu. Dla nas stety, dla turystyki niestety tłumów nie było… Wirus skutecznie zniechęcił ludzi do podróżowania, co było widoczne. Pozamykane bary, puste leżaki i garstka niemieckich turystów grająca w bule. Poza tym ciepła i czysta woda w zatoczce, spokój i kawa z widokiem na lekko piętrzące się fale. Dla nas, wyrwanych z szarej, polskiej zimy, był to przepis na idealny poranek!
Po tym relaksującym początku ruszyliśmy dalej, konkretnie do miasteczka Puerto de Mogan, które słynie z malowniczej przystani jachtowej, bielonych domków i kolorowej roślinności. Wykorzystując fakt, że młody udał się w objęcia Morfeusza, zdecydowaliśmy się na obiad w restauracji. Janek ma jednak szósty zmysł, który wyrywa go ze snu w momencie, w którym wkładamy do ust pierwszy kęs zamówionych dań, tym razem nie było inaczej. Otworzył swoje wielkie, niebieskie oczy i zaczął nas bardzo ekspresyjnie poganiać.
Jak na rodziców z bardzo krótkim stażem przystało, tego dnia, zapomnieliśmy pieluch i naszego turystycznego przewijaka (jak dla mnie must have każdej podróżującej z niemowlakiem rodziny!). Hiszpanie nie zawiedli! Ich serdeczność i chęć niesie pomocy w nagłym przypadku jest godna naśladowania. Uzbrojona jedynie w tetrową pieluchę i paczkę chusteczek zapytałam o możliwość przebrania młodego. W związku z tym, że w toalecie nie było przeznaczonego do tego celu miejsca, dostaliśmy do dyspozycji cały stół wewnątrz lokalu wyłożony białym obrusem. Wszystko to specjalnie na cztery litery małego księciunia!
Karą za nieprzygotowanie był brak deseru, na który rozentuzjazmowany chłopczyk już nam nie pozwolił. Drogę powrotną przejechał siedząc w terowej pieluszce na foteliku wyłożonym folią po jabłkach, które szczęśliwie mieliśmy w bagażniku! Hasło „przygoda”, z dzieckiem nabiera zupełnie nowego wymiaru:)
Blondynka na bosaka
Tuż przed zachodem słońca udaliśmy się do Fatagi. Zupełnie nieświadomie wybraliśmy najlepszą z możliwych pór na tę wyprawę. Słońce rzucało złociste promienie na góry, a palmy porastające dolinę wyglądały w tej scenerii niezwykle majestatycznie.
Po dotarciu do wioski okazało się, że młoda mama nieco przesadziła tego dnia ze stylówką i zamiast butów trekkingowych, postawiła na sandałki na obcasie. Cóż to był za błąd! Błąd na miarę klapek wędrujących w kierunku Giewontu.
Malownicza, GÓRSKA wioska okazała się wyzwaniem dla tego typu obuwia, więc wąskimi uliczkami spacerowałam boso. Nie wiem co takiego przyćmiło mój umysł, ale przez najbliższe kilka miesięcy będę się jeszcze wykręcać burzą hormonów 😛
Co takiego oferuje Fataga? Właściwie nic specjalnego, nic na miarę wierzy Eiffla, Koloseum, czy nawet trykających się koziołków na poznańskim rynku, a mimo to znajdziecie tam masę niezmąconego spokoju, ciszę i piękne widoki, które potrafią ukoić najbardziej skołatany układ nerwowy.
W drodze powrotnej zaliczyliśmy pierwsze przewijanie w bagażniku i przystanek przy punkcie widokowym Degollada de La Yegua. Zachodzące słońce po raz kolejny zalało nasze serca miodem, zresztą… Sami zobaczcie.
Tabor cygański
Kolejny poranek mieliśmy zacząć leniwie na Playa del Ingles i zaczęliśmy, ale na pewno nie leniwie. Junior zdecydowanie preferuje aktywne formy wypoczynku, a nie jakieś tam plażowanie. Zabraliśmy ze sobą namiot z Decathlonu, żeby zapewnić młodemu komfortowy leżing, mieliśmy też fotelik samochodowy gdyby zechciał zmienić pozycję, spacerówkę i sryliard innych, niekoniecznie potrzebnych gadżetów. Przypominaliśmy tabor cygański, a jeśli dodam do tego, że wzdłuż oceanu spacerowaliśmy z wózkiem, szczelnie osłoniętym przed słońcem ręcznikiem, to nie muszę Wam tłumaczyć jak musieliśmy wyglądać z boku, bo oczy Waszej wyobraźni już na pewno nas zobaczyły:)
Szeroka, ciągnąca się jakieś 3 kilometry plaża zrobi wrażenie na najbardziej wymagających plażowiczach. Znajdą na niej swoje miejsce również zwolennicy opalania w stroju Adama i Ewy oraz mali chłopcy, którzy jak Janek będą przekrzykiwać szum fal.
Error w Terorze
Po nie do końca typowym plażowaniu udaliśmy się na północ, poznać zupełnie inne oblicze wyspy. Po około godzinnej jeździe dotarliśmy do miasteczka Teror, rzekomo jednego z najbardziej godnych uwagi na wyspie. Niespełna 60- minutowa trasa przeniosło nas na jakby inny kontynent. Temperatura spadła do orzeźwiających 17 stopni, a mieszkańcy w tym rejonie nosili zimowe kurtki i buty. Nad górami w mieście unosiła się mgła, wszędzie było czuć wilgoć, a kolory były dużo bardziej nasycone niż na półpustynnym, skąpanym w słońcu południu.
Naszemu małemu podróżnikowi ten spadek temperatury chyba nie przypadł do gustu, bo podczas spaceru nieustannie koncertował w charakterystycznym dla siebie stylu, czyli baaaardzo głośno i przejmująco, tak żeby czasem nie przejść niezauważonym. W pośpiechu zjedliśmy tłuste churros w jednym z otwartych barów, zatoczyliśmy rundę po placu i wpakowaliśmy Jana do samochodu, gdzie zasnął już na pierwszym rondzie. Mam wrażenie, że gdyby nie jazda autem, to dziecko mogłoby w ogóle nie spać.
Na koniec dnia dotarliśmy na słynne wydmy w Maspalomas. Widok hałd piachu ciągnących się tuż przy oceanie o zachodzie słońca byłby całkiem romantyczny, gdyby nie kontynuacja koncertu naszego syna. Tak więc w ekspresowym tempie chłonęliśmy spektakl natury rozgrywający się na naszych oczach, ale o sesji plenerowej w długiej sukni godnej niejednej instagramerki mogłam zapomnieć!
Niebo zalewało się purpurą, a my znowu wsiadaliśmy w auto, w którym junior słodko przycinał komara.
Miasto o smaku avocado
W dalszych planach był mały trekking po wąwozie przypominającym ten z pocztówek z Ameryki. Niestety kiedy wyszliśmy z auta wiatr skutecznie zniechęcił nas do dalszego spaceru. Uszy młodego ważniejsze od wąwozu! Wtedy nastąpiła zmiana planów i zajechaliśmy do kolorowego miasteczka Aguimes, gdzie w lokalnej restauracji zjadłam bocadille z najlepszym guacamole ever!
Kiedy uświadomiliśmy sobie, że z plażowania raczej nic nie wyjdzie, a najmłodszy z rodu sjesty również nie preferuje, po raz kolejny wsiedliśmy w samochód i po raz kolejny wybraliśmy się na północ, tym razem do stolicy i jednocześnie najludniejszego miasta ze wszystkich na Wyspach Kanaryjskich.
Po drodze zaliczyliśmy przystanek przy robiącej wrażenie Caldera de Bandama. Sama droga prowadząca w to miejsce była widowiskowa, wzdłuż niej rosła palma przy palmie, a w dolinie bajecznie prezentowały się schodkowe pole uprawne przypominające balijskie tarasy ryżowe. Warto odwiedzić to miejsce ze względu na samą trasę, która do niego prowadzi.
Po dotarciu do Las Palmas po raz kolejny spodziewałam się tłumów i po raz kolejny zaskoczył mnie ich brak. Pogoda tego dnia okazała się idealna dla pierworodnego. Słonko delikatnie schowało się za chmurką, dookoła panowała cisza, a młody spał! Dzięki temu mogliśmy w spokoju delektować się tapasem w jednej z restauracji tuż przy Katedrze. Stolica Gran Canarii to duże miasto, w którym znajdziemy zarówno zabytkową część, jak i komercyjne centrum. Czy nas w sobie rozkochało? Niekoniecznie, ale uważam, że warto je zobaczyć będąc na wyspie.
Wracając ze stolicy nie mogliśmy odmówić sobie postoju w El bufadero de La Garita. Mój małżon jest fanem wysokich fal rozbijających się o skały, więc wyszukałam tę atrakcję, żeby mógł nacieszyć wzrok. Tuż przed gejzerem jest parking, więc samo dojście do celu nie jest jakoś szczególnie skomplikowane. Widok na pewno jest bardziej spektakularny, kiedy morze jest wzburzone, więc jeśli natraficie na pochmurny dzień na wyspie, polecam wycieczkę do El bufadero.
1949 m. n.p.m i kręta droga do domu
Na deser zostawiliśmy sobie najbardziej ambitne, jak na rodzinkę z 12-tygodniowym maluchem, wyzwanie. Postanowiliśmy zdobyć najwyższy szczyt Gran Canarii Pico de las nievas. I tutaj kończy się patos i heroizm, z którym utożsamia się wspinaczkę górską, bo na sam szczyt prowadzi bardzo kręta droga, którą każdy zmotoryzowany może pokonać samochodem. Nie będę więc snuć bajek o naszej wyczerpującej wędrówce, bo wędrówki nie było, był za to mały spacer na wysokości chmur:)
Bez dwóch zdań warto wybrać się w ten rejon wyspy! Droga na szczyt jest zawiła, a pokonywanie kolejnych przewyższeń ekscytujące. Przy bezchmurnym niebie z Pico de las nievas widać wulkan Tejde na Teneryfie.
Po „zdobyciu” szczytu, zajechaliśmy do Artenary– najwyżej położonej miejscowości na Gran Canarii. W jeden z lokalnych restauracji zamówiliśmy buły z szynką serrano, a jedliśmy je mając tuż pod nosem takie widoki…
I nagle zwykła buła smakuje milion razy lepiej!
Baterie w naszych telefonach padały, więc po raz pierwszy zdecydowaliśmy się uruchomić nawigację samochodową. I to był błąd. Niezaktualizowana mapa poprowadziła nas przepiękną trasą, wzdłuż której kwitły białe migdałowce, ale niestety wprost do drogi wyłączonej z ruchu. Tym oto sposobem zamiast godziny wracaliśmy… dwie.
Trudne pożegnanie
Kiedy po tygodniowym, beztroskim urlopie dojechaliśmy na lotnisko i zupełnie bezproblemowo oddaliśmy kluczyki do auta, okazało się, że w okienku przy odprawie wymagają od pasażerów negatywnego wyniku testu na Covid, którego nie mieliśmy… Tętno nieco podskoczyło, temperatura choć to teraz bardzo niepożądane, wzrosła, a my powoli oswajaliśmy myśl, że dziś jednak nie wrócimy. Po zaciętych negocjacjach z obsługą lotniska i tłumaczeniu im, że w Berlinie będziemy jedynie tranzytem, udało się! Udało się też uzyskać dodatkowe miejsce w samolocie dla juniora, co jest prawdziwym zbawieniem dla podróżującej rodziny.
To czego możemy być pewni podróżując w czasach pandemii to tego, ze nie możemy być pewni niczego. Przepisy zmieniają sie dynamicznie, loty odwoływane są z dnia na dzień, a na lotniskach panuje totalny chaos komunikacyjny.
Do Berlina dolecieliśmy wieczorem, a w domu byliśmy późną nocą i jak na prawdziwych debiutantów w roli rodziców przystało, dziecka nie umyliśmy, ani nawet nie rozebraliśmy. Całą trójką padliśmy w opakowaniach, pozwalając sobie na mały, styczniowy dzień dziecka:)
Exodus kanaryjski
Chociaż z reguły większość założonych przed wyjazdem punktów udaje się nam bez większych problemów zrealizować, tak w przypadku Gran Canarii będzie do czego wracać. Nie zobaczyliśmy dzikiej plaży Guy Guy, ani turkusowej Anfi del Mar. Nie przemierzyliśmy Barranco de Las Vacas i nie dotarliśmy do północno- zachodniego zielonego zakątka wyspy. Nie skosztowaliśmy rumu w Arucas, a przez Tejede tylko przejechaliśmy, choć chętnie zatrzymalibyśmy się w tej górskiej wiosce, żeby wypić kawę na jednym z tarasów z widokiem na Roque Nublo, wcześniej Roque Nublo zdobywszy (pieszo!).
Możecie powiedzieć, że takie zwiedzanie to nie zwiedzanie, a ciągła gonitwa, walka toczona z niemowlakiem pozbawiona sensu i przyjemności, ale nie mogę sie z tym zgodzić. To było zupełnie nowe doświadczenie, bardzo naszej trojce potrzebne. Janek miał mamę i tatę przez 24h tylko dla siebie. Nasze poranki nie kończyły sie buziakiem danym przez tatę w pośpiechu. Nasze poranki były długie i leniwe. Mogliśmy sobie pozwolić na wspólne leniuchowanie i lawinę czułości, na którą w naszej codzienności czasami zwyczajnie brakuje czasu. Mogliśmy spędzać całe dnie na świeżym powietrzu, którego tak bardzo brakuje nam zimą w Poznaniu. Mogliśmy odkrywać zupełnie inny, totalnie nowy, świat przed małym człowiekiem, który podczas tej wyprawy zaprezentował nam całą mozaikę różnych emocji.
Nie mogliśmy beztrosko podziwiać zachodów słońca, ale kiedy ono topiło się w morzu my całą rodzinką zachlapywaliśmy łazienkę próbując wykąpać naszą aktywną krewetkę. Nie mogliśmy delektować się posiłkami w restauracjach, ale wiemy już że Hiszpanie maja w sobie bardzo duży margines tolerancji dla małych, rozwrzeszczanych obcokrajowców.
Na pewno w trakcie tej podróży poznaliśmy lepiej swoje potrzeby i dzięki temu wiemy np., że póki co z Jankiem się nie poopalamy. Zweryfikowaliśmy swoje wyobrażenia na temat podróży z niemowlakiem i mimo, że nie wszędzie można z nim wejść, nie o każdej porze wyjść, że trudno cokolwiek zaplanować, bo nie wiadomo, którą nogą wstanie Janek, to wiecie co… spodobała nam się ta nieprzewidywalność, spodobała się nam do tego stopnia, że w lutym znowu pakujemy walizki i lecimy, tym razem na trochę dłużej:)




































































































