Zmruż oczy. Na tyle lekko, aby móc swobodnie czytać dalej i jednocześnie na tyle mocno, aby poczuć wszystkimi zmysłami to co chce Ci przekazać. Usiądź wygodnie, odetchnij głęboko i pozwól zabrać się w kolejna podróż… Ucieknij ze mną na chwile przed pandemią, goniącymi terminami i wszystkim tym co można odłożyć na później
Wyobraź sobie, że masz bose stopy i idziesz po rozgrzanym od południowego słońca, chodniku. Idziesz przez centrum miasta, ale nikogo ten widok nie dziwi, wszyscy, mimo zakrywających ich usta maseczek, serdecznie się uśmiechają, a Ty bezbłędnie ten uśmiech odszyfrowujesz i błyskawicznie odwzajemniasz. Twoje rozjaśnione słońcem włosy kołyszą się delikatnie na wietrze i choć teoretycznie nie dzieje się nic wielkiego to Twój kark muskany delikatnymi podmuchami gorącego powietrza wprawia Cię w stan lekkiego uniesienia. Poczuj zapach swojej skóry, lepkiej od słonej wody, która pozostawiła na Twoim ciele tą niepowtarzalną woń beztroskiego lata. Oddychaj… oddychaj głęboko i powoli, bo temperatura jest wysoka choć zegar nie wybił jeszcze dwunastej.
Jeśli liczysz, że dalej pojawi się coś w stylu „i nagle zza zakrętu wyszedł On… a później żyli długo i szczęśliwie” to muszę Cię rozczarować. Dalej będzie o całkiem przeciętnej rodzinie, słońcu, oceanie i wolności, z której nigdy się nie wyrasta.
Bobas w przestworzach
Pięciogodzinny lot z ciekawym świata niemowlakiem to pewnego rodzaju wyzwanie, ale jak wiecie- my się wyzwań nie boimy, my się nimi jaramy! Janek jest ciekawski do tego stopnia, że nie interesuje go spanie w samolocie, a w związku z tym, że na samotne spacery jest jeszcze za mały to głównie w moich rękach spoczywa odpowiedzialność za jego, jak to się ładnie z angielskiego nazywa „entertainment”. Tym oto sposobem przez pięć godzin spędzonych ponad dziesięć kilometrów nad ziemią wydawałam z siebie dźwięki pieska, kotka, samolotu- ogólnie rzecz ujmując, stałam się chodzącą onomatopeją! Kiedy maluch wydał z siebie jakikolwiek odgłos zwiastujący nadchodzącą lawinę łez włączyłam dodatkowo tryb shakera i wirowałam z nim w objęciach, tak żeby nie uprzykrzyć innym pasażerom ich podróży.
Niech poniższy obrazek, słodko drzemiącego brzdąca, Was nie zwiedzie. To Janek przyłapany na zbyt krótkiej drzemce, takiej która trwała w porywach do pięciu minut…
Noc żywych trupów
Po dotarciu do mieszkania w Corralejo naiwnie wierzyłam, że Młody pozwoli nam iść spokojnie spać, tymczasem on miał zupełnie inny plan. Dość szybko zorientował się, że nie jest u siebie i nie był z tego powodu zadowolony, czemu dał dobitny wyraz! Koncertował przez kilka godzin, a ja plułam sobie w brodę, że znowu ciągnie mnie w świat, a mój syn jest przez to nieszczęśliwy no i, że ogólnie do dupy ze mnie matka i takie tam… W końcu zasnął, a raczej podstępnie ładował swoje akumulatory, aby obudzić nas o… 5:30 i kontynuować rozpoczęty wieczorem koncert. Naszym sprawdzonym sposobem na ataki rozpaczy pierworodnego są przejażdżki samochodem, tak więc po nieudanych próbach okiełznania żywiołu, wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy przed siebie. I tutaj zaczyna się początek naszej pięknej podróży… Kiedy tylko małżon przekręcił kluczyk w stacyjce Młody odpłynął, a nas ogarnęła błoga cisza i szalona potrzeba wypicia kawy! Razem z wujkiem Google krążyliśmy po mieście w poszukiwaniu najlepszego miejsca na obserwacje wschodu słońca i tak o świcie trafiliśmy na bezludną Grandes Playa znajdująca się w Parku Wydm Corralejo. Z nieumytymi zębami, zaspanym spojrzeniem, rozczochranymi włosami i kubkiem czarnej kawy w ręku patrzyłam jak rodzi się dzień.
… a to wszystko przez pewne małe, rozwrzeszczane stworzenie, na punkcie którego oszalałam, a które w tamtym momencie spało sobie spokojnie i za nic miało sobie, że starzy wyglądają jak bohaterowie „Nocy żywych trupów”.
Słońce, wiatr i wysokie fale
Od początku planowania tej wyprawy mieliśmy świadomość, że nie będzie to wyjazd nastawiony wyłącznie na wypoczynek. Możliwość spędzenia miesiąca pod palmą był równoznaczny z pewnym wyrzeczeniem, a konkretnie z tym, że Głowa rodziny będzie musiała być głową w pracy, za to ciałem z nami. Muszę przyznać, że ta Głowa całkiem nieźle poradziła sobie z budową mostu między pracą, a czasem wolnym, który mimo wielu obowiązków udawało mu się wygospodarować.
Dzięki temu w pierwszym tygodniu naszego pobytu trafiliśmy do El Cotillo, miasteczko które darzę szczególnym sentymentem. To właśnie widok tamtejszych plaż uratował moją psychikę po tym jak mini- Janek oswajał swój mini- jet lag w maxi- głośny sposób. Poza tym samo miasteczko ma w sobie coś niezwykłego, coś co sprawia, że chce się do niego wracać, a co trudno jednoznacznie ubrać w słowa. Może to przez ten lekko hipisowski styl, który bije z tutejszych knajp, a może ludzi, dla których liczy się tylko słońce, wiatr i wysokie fale. Może przez naturalnie piękne dziewczyny, których twarze skąpane są w słonecznych piegach i na których ciałach próżno szukać śladów ingerencji chirurgicznych. Może to przez opalonych mężczyzn, których włosy falują od słonej wody. Może to przez ten uśmiech od którego trudno się tu opędzić, może przez to, że nikt tu niczego nie oczekuje i nie wymaga, za to wszystkie spojrzenia są pełne akceptacji dla każdego kto się tam pojawia. Tak, wiem, że brzmi to niewiarygodnie, ale takie miejsce istnieje i w gratisie oferuje obłędne zachody słońca. To niepozorne miasteczko nas uwiodło, choć teoretycznie nie ma w nim niczego nadzwyczajnego, ale kto wie… może to właśnie brak krzykliwych atrakcji sprawia, że jest ono tak wyjątkowe i pociągające.
W kolorach ochry i miedzi
Każdego kolejnego dnia, przemierzając wyspę, przekonywaliśmy się o jej wyjątkowości. Nie sam cel naszych podróży, a drogi do niego prowadzące były największą atrakcją. Bezkresna pustynia, w kolorach ochry i miedzi, wyrastające góry przypominające kopczyki egzotycznych przypraw, a pośrodku nich ciągnąca się kilometrami czarna nitka wylana asfaltem. Jedna z tych nitek w pewien wietrzny dzień zaprowadziła nas do Villaverde i La Olivy, miasteczek w których, parafrazując słowa niedoszłego prezydenta Białegostoku „nie było niczego”. Niczego poza kościołem i kawiarnią, bez tych dwóch atrybutów tutejsze miasta nie istnieją. Szczególnymi fanami turystyki sakralnej nigdy nie byliśmy, za to wielbicielami kawy już tak, więc zawsze był chociaż jeden powód żeby na chwilę się zatrzymać:). Tym bardziej, że możliwość wypicia czegokolwiek w jakiejkolwiek knajpie to ostatnimi czasy prawdziwy luksusu, którego byliśmy bardzo spragnieni.
Sky is the limit
Prosto z planu „W pustyni i w puszczy” trafiliśmy na Karaiby. Nie dosłownie oczywiście, ale sami przyznajcie, że patrząc na poniższe fotki można byłoby sie pomylić. To co z pewnością na Fuercie jest wyjątkowe to właśnie to nieoczywiste połączenie, które zgotowała natura, połączenie soczyście lazurowych plaż, ogniście czerwonej ziemi i ciągnących się bez końca wydm.
Zaledwie kilka kroków dzieli Grandes Playa i Flag Beach – obie są zjawiskowe, a różnią się głównie tym, że na pierwszej z nich spotkać można głównie plażowiczów nastawionych na leżakowanie, a na drugiej trudno spotkać kogokolwiek, bo wszyscy, którzy się tu zatrzymują od razu kierują się w stronę wody i dają brawurowy popis swoich kitesurferskich umiejętności. Widok zakorkowanego od kolorowych latawców nieba, w połączeniu z błękitem Atlantyku robił wrażenie. Gdybym tylko miała trochę więcej odwagi sama z chęcią spróbowałabym tego sportu. Kto wie, może kiedyś i mój latawiec błyśnie na tamtejszym niebie:)
Wielka przegrana
Prosto z niebiańskiej plaży trafiliśmy do Betancurii, która była dla mnie ogromnym rozczarowaniem tego wyjazdu. Być może kiepska pogoda wpłynęła na mój odbiór tego miejsca, a może nieco marudny pierworodny, ale na prawdę uważam je za mocno przereklamowane. Pierwsza stolica Fuerteventury jest jedną z najczęściej wymienianych atrakcji, których nie można przegapić będąc na wyspie, ale moim subiektywnym zdaniem można przegapić ją śmiało. Nie zniechęcam oczywiście do odwiedzin tego miejsca, bo uważam, że najlepiej na własnej skórze wyrobić sobie pogląd na konkretny temat. Mnie to miasteczko nie urzekło, co nie oznacza, że nie urzeknie Ciebie:)
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy olbrzymim pomniku królów Guise i Ayose, skąd rozpościerał się widok na, przypominające kopczyki szafranu i curry, wzgórza 🙂
Jak Chip z Dalem
Ostatnie chwile z Seatem wykorzystaliśmy na wycieczkę do najbardziej odległego od Corralejo miejsca, czyli na południe wyspy. Nasz cel był oczywisty – Risco del Paso– wizytówka Fuerty. To zdjęcia z tej właśnie plaży najczęściej pojawiają się w broszurach reklamowych i na pocztówkach. Szeroka, piaszczysta, właściwie zawsze bezludna, rajska… gdzie tkwi haczyk? Otóż to proszę Państwa! Łeb chce urwać! Tam nie wieje, tam piździ, i nie ma w tym ani grama przesady! Nic dziwnego, że mało kto, mimo niewątpliwych walorów krajobrazowych, decyduje się tam na rozbicie plażowego parawanu. Jeśli jednak znajdzie się jakiś śmiałek to musi liczyć się z piachem w zębach, oczach i ogólną walką z żywiołem, który tutaj nikogo nie oszczędza!
Przystanek w Risco del Paso nie był dla nas szczególnie udany, chociaż musze przyznać, że plaża wyłaniająca sie z drogi wygląda jeszcze lepiej niż na zdjęciach!
Po przejechaniu dość odległej jak na warunki wyspy trasy, nie mogliśmy po prostu zawrócić, musieliśmy dać szanse temu miejscu, znaleźć jakąś perełkę. Tym sposobem trafiliśmy do kurortu Costa Calma, który może i trudno nazwać perełką, bo jest to po prostu zagłębie hotelowe z szeroką Playa de Jandia. Przy odrobinie szczęścia można jednak znaleźć tam prawdziwy skarb, a konkretnie spotkać oswojone wiewiórki, które dosłownie jedzą z ręki:) Dziś dzieci mają Alwina i wiewiórki, kiedy ja byłam mała miałam Chipa i Dale’a. Tak więc te małe zwinne stworki z włochatą kitą sprawiły, że na moment przeniosłam się do świata Disneya i wspomnień z dzieciństwa.
Na tej samej plaży chwilę później, biegałam jak kot z pęcherzem i korzystając z chwili, że dziecię zasnęło, prężyłam się przed obiektywem małżona. Próżność, próżność i jeszcze raz milion takich samych zdjęć, ale niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie robi tak na wakacjach:) Tak, tak jestem czasem jedną z tych zadufanych bab, które wrzucają fotki na insta i kiedy ktoś kliknie w serduszko to poprawia im się nastrój. Tak już jest, a ja przyznaje się bez bicia, że czasami wpadam w sidła mediów społecznościowych, tak jak śliwka wpada w kompot.
Poniżej fotki z „sesji” w stylu, kiedyś marzyłam by być jak Pamela w Słonecznym Patrolu! Kulisy już znacie, nie był to romantyczny kadr, który spontanicznie wykonał obłędnie zakochany we mnie mężczyzna, a szalony jogging dwudziestoparolatki, która w swoim codziennym życiu u boku niemowlaka nie zawsze znajduje czas na uczesanie włosów, ale chce mieć pamiątkę z wakacji, w którym odrobinę oszuka samą siebie, że jest inaczej. Tyle. Koniec wywodu, a teraz patrzcie na tę łanie :p
Wracając zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę w stolicy. Prawdą jest to, że w przeciwieństwie do stolic Gran Canarii, czy Teneryfy, w Puerto del Rosario nie ma zbyt wiele do zobaczenia. W mieście są dwie, niewielkie, ale całkiem przyjemne w odbiorze plaże, kilka restauracji i… to by było na tyle. Kiedy tam byliśmy pogoda zwariowała i niczym w tropikach, najpierw porządnie zlał nas rzęsisty deszcz, który padał przez kilka minut, a chwilę później wyszło słońce, które towarzyszyło nam już przez całą drogę powrotną do Corralejo.
Nie taki dziki zachód
W trakcie naszego wyjazdu odwiedziliśmy jeszcze m.in. miejscowość La Pared, która krajobrazem przypominała kadry z filmu o dzikim zachodzie. Brakowało tylko słomianych kul pchanych przez wiatr po opustoszałych ulicach i mielibyśmy kompletny obrazek.
Tuż obok tej niewielkiej miejscowości znajdowała się Playa de Viejo Rey, na której surferzy zmagali się z potężną siłą Oceanu. Do plaży można było zejść po kamienistych schodach, ale tego dnia przypływ całkowicie to uniemożliwił. Tak więc pozostało nam stać i napawać oczy widokiem walecznych surferów.
Tryb: Lokales
Po tygodniu zwiedzania wyspy, oddaliśmy auto i zaczęliśmy aspirować do uzyskania statusu lokalesa. Zupełnie przestaliśmy planować, ja zrezygnowałam z odhaczania kolejnych punktów, jak to miewam w zwyczaju, kiedy wyjeżdżamy na krótsze tripy, Młody Fałdek miał już swoje ulubione, stałe pory na drzemkę, a Stary Fałdek trafił na barbera, który idealnie zrozumiał jego potrzeby. Znalazłam swoją ulubioną piekarnię, z której wychodziłam głównie z bułkami i francuskimi rogalikami, bo o 8:00 było za wcześnie, żeby dostać w niej chleb, a po 12:00 chleba już nie było:) Kilka kroków od naszego domu był sklep, w którym po paru dniach listę zakupów tworzyłam już w oparciu o kolejność mijanych regałów, czyli tak jak robię to na co dzień w Poznaniu, żeby zaoszczędzić sobie zbędnych spacerów po markecie. Z HiperDino wychodziłam obowiązkowo z siatką słodkich pomarańczy, dwoma plastrami świeżej ryby na obiad i kilkoma sztukami avocado, które tutaj smakowały tak dobrze, że guacamole stało się naszym dodatkiem dosłownie do wszystkiego! Na naszym stole częściej niż w domu lądowały też… ziemniaki i nie, nie chodzi o to, że Poznaniacy są od pyr uzależnieni, ale papas arrugadas (pomarszczone ziemniaczki) to flagowe danie kuchni kanaryjskiej, a specjalna odmiana tych kartofli jest na prawdę pyszna. Można powiedzieć, że się zadomowiliśmy:)
Kiedy tata pracował, robiliśmy sobie z Jankiem długie spacery. Miejski hałas i smog zamieniliśmy na szum fal i morską bryzę. Kiedy Andrzej kończył pracę przejmował opiekę nad naszą krewetką i wtedy, jak na wyrodną matkę przystało, porzucałam swoich mężczyzn i wychodziłam na godzinną przebieżkę. To był czas tylko dla mnie i możecie mnie za to skarcić, ale uwielbiałam to! Chwilę bez maski, z słuchawkami w uszach i zachodzącym słońcem świecącym mi prosto w twarz, chwile wolności, którą tak łatwo dziś stracić. Po godzinie stęskniona, szczęśliwa i jeszcze bardziej zakochana wracałam do swoich chłopaków. Świat się nie zawalił, nikt nie ucierpiał, dom nadal stał, tata w najlepsze bawił się z synem, a mama na chwilę mogła pobyć sam na sam ze sobą i swoimi myślami.
Wolni w niewoli
Nieuchronnie zbliżając się do końca kanaryjskich opowieści, nie mogłabym nie wspomnieć o samym Corralejo, miejscowości, która przez miesiąc była dla nas drugim domem. To właśnie tam spędziliśmy większość naszego czasu, tam wypiliśmy najwięcej kaw i to właśnie tam nasz mały podróżnik po raz pierwszy, o własnych siłach, pokonał trasę z jednego końca łóżka na jego drugi kraniec! Tak więc sami rozumiecie… Sentyment jest, oczy na samo wspomnienie się jakoś dziwnie pocą:)
Corralejo, jako baza wypadowa była dla nas zdecydowanie najlepszą z możliwych opcji na Fuercie, a to dzięki połączeniu błękitnych plaż, gwarnych lokali i… życia, życia, które ostatnimi czasy wielu z nas, z powodów zupełnie od nas niezależnych, zamieniło w pokorne egzystowanie, oczekiwanie na zmianę, która ma nadejść, ale kiedy… nie wiadomo. W związku z tym, że nie jesteśmy ani pokorni ani cierpliwi to bierne oczekiwanie przekuliśmy w działanie, ucieczkę od zakazów do miejsca, w którym można troszczyć się o zdrowie zachowując przy tym pozory normalności, normalności, która stała się w dzisiejszym świecie towarem deficytowym.
Gdyby ktoś jeszcze rok temu powiedziałby mi, że jedną z moich głównych rozrywek będzie spacer do pustej galerii handlowej po cappucino z sieciówki – kubek kawy, którym sama będę próbowała przekonać się, że jest normalnie, to pewnie kazałabym popukać mu się w głowę. Teraz tak właśnie jest, chociaż jeszcze przed chwilą było zupełnie inaczej, chociaż jeszcze przed chwilą był inny świat. Inny świat, w którym ludzie głośno śmiali się w kawiarniach, w którym stary Golden Retriever, codziennie o stałej porze, przemierzał ulice miasta na pace wiekowej Toyoty. Świat w którym większość ludzi przemieszczała się boso na deskorolkach, ludzi dla których największym zmartwieniem było to czy dziś zawieje wystarczająco, żeby przesiąść się na deskę surfingową. Zważywszy na okoliczności może to co napiszę, nie będzie najbardziej poprawne politycznie, ale kocham ten beztroski świat i kiedy ktoś rekomenduje mi pozostanie w domu, zabrania korzystania z kin, restauracji, siłowni to czuje, że się duszę! Czuję się jak kaktus, który długo dawał radę bez wody, ale teraz jest w takim momencie, że jeśli jej nie dostanie to uschnie… Prawda jest taka, że bardziej niż samego wirusa boję się utraty wolności, możliwości samostanowienia o tym, w jaki sposób będę chciała wykorzystać swój czas, bo tak na prawdę nikt z nas nie wie, jak wiele nam go zostało.
… i zrobiło się trochę smutno, a tego nie było w planach, ale życie to podróż, w której wiele planów ulega weryfikacji, więc… Taka to była moja dygresja, mój cichy krzyk, mój mały sprzeciw, a Fuerta była moim lekarstwem, terapią dla kaktusa.
(Nie)poradnik
Po miesiącu spędzonym na wyspie mogłabym stworzyć wpis pełen praktycznych porad i wskazówek, gdzie zjeść, spać, co koniecznie zobaczyć, ale po co… to wszystko znajdziecie na milionie innych blogów, a ja chce żeby to miejsce było skarbnicą emocji, które towarzyszyły mi i które mam nadzieje, podczas czytania towarzyszyły również i Tobie. Jeśli masz jakieś pytania dotyczące praktycznych aspektów tego wyjazdu, zawsze możesz do mnie napisać, a ja zawsze chętnie (chociaż nie zawsze szybko;) odpisze.










































































































































































