Dziurawe drogi, bezpańskie psy błąkające się samotnie po ulicach, śmieci porozrzucane w najmniej oczekiwanych miejscach… nie brzmi to jak przepis na udany urlop, a jednak nasz właśnie do takich zaliczam. Korfu to osobliwa piękność o co najmniej dwóch twarzach, jedna z nich rozczarowuje, a druga zachwyca, wszystko zależy od tego przez jakie okulary zechcemy na nią patrzeć

Właściwy moment

Korfu kusiło nas od zawsze i wcale nie dlatego, że nasłuchaliśmy się bajecznych opowieści o tym, jak tam pięknie i zielono, a dlatego, że z poznańskiej Ławicy można się tam dostać bezpośrednio Ryanairem w 2 godziny i 20 minut! Odkładaliśmy ten kierunek na czas „kiedy będziemy mieli dzieci”, a że jak wiecie dorobiliśmy się już małego globtrotera to ten moment właśnie nadszedł!
Doskonale pamiętam dzień, w którym zdecydowaliśmy się kupić bilety… Wróciliśmy z Fuerty, był kwiecień, a za oknem szalała zima w pełnej krasie. Słonkolubni my nie mogąc dźwignąć tej śnieżnej, powiedzmy sobie wprost, mało przyjaznej aury, za pomocą kilku kliknięć staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami biletów na grecką wyspę! Jeszcze tego samego dnia kupiłam przewodnik i zabrałam się za poszukiwanie noclegu, co nie było łatwym zadaniem, ale o tym za chwilę.

American dream

Ukochana wyspa księżnej Sisi przywitała nas kapryśną pogodą. W porównaniu z upałami, jakie panowały wtedy w Polsce, na Korfu było rześko, jednak zupełnie nam to nie przeszkadzało. Dla najmłodszego członka naszej ekipy temperatura w okolicach 23-25 stopni i słońce schowane za chmurami to idealne warunki do podróżowania.
Pamiętacie amerykańskie filmy z lat 90? Te w których po wyjściu z lotniska na pasażerów czekał kierowca z karteczką z nazwiskiem? Tak było w naszym przypadku… Przez chwilę spełniało się moje marzenie z dzieciństwa, ale dosłownie przez chwilę. Mój hollywoodzki sen skończył się, kiedy zaczęliśmy pakować nasze graty do Nissana micry, ale jaki budżet taka fura, więc absolutnie nie wydziwialiśmy i cieszyliśmy się naszą nową strzałą 🙂
W wypożyczalnie Hermes, którą z całego serca polecam, po raz pierwszy zetknęliśmy z grecką życzliwością. W czasach, kiedy tak wiele mówi się o tym jak ważna jest obsługa klienta, nikogo nie powinno dziwić, że pracownik był dla nas zwyczajnie miły, ale w praktyce z tą uprzejmością bywa z różnie. Zanim wyruszyliśmy w kierunku naszego mieszkania dostaliśmy w gratisie kilka wskazówek co warto zobaczyć, gdzie zjeść świeżą rybę, które plaże są warte uwagi, a których lepiej unikać. Wszystkie formalności związane z wypożyczeniem samochodu trwały zaledwie kilka minut, było miło i bez depozytu:)
Od kilku lat obserwujemy zmiany zachodzące na tym polu i coraz częściej wybieramy lokalne wypożyczalnie, które w przeciwieństwie do globalnych sieci mają bardzo jasne warunki i konkurencyjne ceny, no i co ważne zależy im na dobrych opiniach, więc bardzo starają się, żeby klienci byli zadowoleni z ich usług, a ja jako klientka to bardzo doceniam!
Trwająca około godziny droga do Acharavi nie powalała na kolana. Górzysta wyspa oferowała wprawdzie całkiem przyzwoite widoki, ale brakowało nam „czegoś”, czegoś trudnego do jednoznacznego określenia. Krajobraz był dość monotonny a nawierzchnia jezdni błagała o remont! Nie boje się po raz kolejny przyznać, że przez to, że podróżujemy dosyć często jesteśmy na pewno bardziej wymagający niż jeszcze kilka lat temu, przez co pierwsze wrażenie jakie zrobiło na nas Korfu było osobliwe. Zupełnie jednak nam to nie przeszkadzało, bo wiedzieliśmy, że podczas tego tygodnia na pewno odnajdziemy  „to coś”, które odnajdujemy zawsze i które przy odrobinie wyobraźni odkryje każdy kto włoży szczyptę wysiłku w poszukiwania.

 10/10

Na co zwracać uwagę decydując się na wybór noclegu na Korfu? Najczęściej pojawiającą się w sieci wskazówką było to, że warto szukać na północy i tym tropem poszliśmy. Okazało się, że za tą radą podążali chyba wszyscy, bo znalezienie przyzwoitego noclegu, w przyzwoitej cenie było dla mnie sporym wyzwaniem, ale znalazłam, znalazłam prawdziwą perełkę! Jeśli czytacie moje wpisy regularnie, wiecie, że standard noclegów miał dla nas drugorzędne znaczenie. MIAŁ, do czasu pojawienia się Janka… Kiedyś wystarczał nam pierwszy lepszy pokój z prywatną łazienką i świeżą pościelą. Teraz fajnie, gdyby był basen, w którym możemy trochę zmęczyć nasze dziecię. Dodatkowym atutem jest też drugi pokój, bez którego, szczerze mówiąc, nie wyobrażamy sobie już funkcjonowania, bo kiedy ujarzmiona bestia zapada w sen, absolutnie nikt nie chce tego snu przerywać! Kierując się tymi wyznacznikami natrafiłam na Karavos Apartments Almiros Beach, kameralny, bo liczący osiem apartamentów budynek z basenem i dużym tarasem z widokiem na Albanię. Tego miejsca próżno szukać na instagramie, trudno jest odnaleźć je nawet w googlowskiej wyszukiwarce, jeśli nie wpisze się pełnej nazwy obiektu.
Nie często zdarza się, żeby nocleg wyglądał lepiej na żywo niż na zdjęciach, ale w przypadku tego apartamentu tak właśnie było. Niska cena, bardzo dobra jakość, cisza i spokój… Nie to było jednak dla nas największym zaskoczeniem. Przez cały tydzień byliśmy w tym budynku jedynymi gośćmi, pierwszymi w sezonie! Basen był tylko do naszej dyspozycji, nie musieliśmy martwić się o zachowanie odległości, maseczki, czy o to, czy przypadkiem nie zakłócamy nikomu spokoju puszczając naszą muzykę. Trudno nie wspomnieć o zachodach słońca, które uwielbiamy i którymi mogliśmy rozkoszować się siedząc na naszym tarasie, w przyjemne czerwcowe wieczory. To pewnego rodzaju (nieplanowane) odosobnienie dodawało magii temu miejscu.
Chociaż rzadko poświęcam tak dużo uwagi noclegom, to w tym przypadku uważam, że warto podzielić się z Wami tym adresem! Na bookingu dostali ode mnie 10/10 🙂
Ten rześki, transferowy dzień zakończyła rześka ulewa. W powietrzu unosił się zapach mokrej ziemi, a dookoła rozbrzmiewał kojący dźwięk kropli uderzających o taflę wody w basenie.

Kawka z widokiem

Myśląc o Korfu mam przed oczami mapę miejsc z niewykorzystanym potencjałem. Tak było nie tylko w przypadku naszego noclegu, który wbrew obecnym trendom nie kusił turystów fantastycznymi promocjami, ale też m.in. w przypadku kawiarni, w której rozpoczynaliśmy nasz kolejny dzień na wyspie. Usytuowany nad zieloną doliną lokal (Taste me), oferuje klientom nie tylko pyszną kawę w nieprzekombinowanym wnętrzu, ale przede wszystkim widok! Wszystko tu grało, ale gdyby nie fakt, że zatrzymaliśmy się w tym miejscu, bo było „po drodze” to pewnie nigdy sami byśmy tam nie trafili. Żadnych znaków zachęcających do odwiedzin, mało gości… Po raz kolejny, jak na internetowego accounta przystało, zaczęłam się zastanawiać jak oni tutaj tak po prostu, bez tych wszystkich krzykliwych reklam, się utrzymują? Czy dużo ludzi trafia do takich miejsc zupełnie przypadkowo? Im więcej nad tym rozmyślałam tym bliższa byłam rozwikłania zagadki, czym tak na prawdę jest greckie siga- siga.

Sałatka ratunkowa

Kiedy kofeina zaczęła krążyć w naszych żyłach ruszyliśmy dalej! Ruszyliśmy ku naszemu pierwszemu wielkiemu rozczarowaniu, do Sidari. Miejscowość opisywana w przewodnikach jako „gwarny kurort”, w połowie czerwca świeciła pustkami. Gdzieniegdzie trwały prace remontowe, ale większość obiektów wyglądała, delikatnie mówiąc, mało zachęcająco. Mieliśmy wrażenie, jakby to miasto przeżyło inwazję kosmitów, a pakujący się w pośpiechu mieszkańcy zostawili po sobie ogromny bałagan. Tutejsza plaża to też totalna porażka, poprzewracane leżaki, śmieci i co jakiś czas przejeżdżające po piasku auto. Wszystko tam było nie tak i to wszystko uratowała sałatka grecka w Greek Village Restaurant, czyściutko, przy samej plaży, bardzo smacznie, no i po raz kolejny… niezwykle uprzejma obsługa!

Skok po miłość

Korzystając z tego, że pierworodny zasnął ruszyliśmy pieszo zwiedzać miasteczko, dać mu drugą szansę, odkryć coś co w jakiś sposób uratuje nasze wspomnienia z Sidari. Tak oto natrafiliśmy na jedną z największych atrakcji Korfu, Canal d’ Amour, niewielką plażę położoną w zatoczce pomiędzy skałami. Po raz kolejny, wbrew oczekiwaniom, nie natrafiliśmy na hordy turystów, co jest niewątpliwą zaletą podróżowania w czasach pandemii. Mieliśmy za to spokojną chwilę na podpatrywanie wyczynów śmiałków skaczących ze skał do wody. Podziwiam za odwagę, bo osobiście jestem straszną panikarą jeśli chodzi o wszystko co jest nawet odrobinę ekstremalne. Te skoki niewątpliwie, w mojej opinii, do takich się zaliczały, ale cóż to za poświęcenie jeśli nagrodą ma być miłość! Legenda głosi, że każdy kto przepłynie kanał, w niedługim czasie spotka swoją drugą połówkę. Czy warto? To pozostawiam już indywidualnej ocenie:)

10 minut później dotarliśmy do kolejnej okolicznej atrakcji, jaką było Cape Drastis. Punkt widokowy, który zazwyczaj jest podobno dość mocno oblegany, tego dnia nie był. Niestety dla nas, żeby zobaczyć najlepszą panoramę należy uskutecznić mały spacer. Wysoka temperatura i śpiący w aucie niemowlaczek uniemożliwiły nam dalsze odkrywanie tego miejsca, ale i tak było pięknie, czego dowodem niech będzie te kilka fotek, które udało mi się cyknąć w biegu.

Schody donikąd

Kiedy kolejnego dnia jechaliśmy do Kassiopi, nie mieliśmy wygórowanych oczekiwań, tymczasem to niewielkie miasteczko pozytywnie nas zaskoczyło! Zadbany i przede wszystkim czysty port, dookoła restauracje i bary kuszące stylowymi wnętrzami, a w głębi miasta oryginalne butiki pełne rękodzieła. Godne polecenia miejsce, w którym wieczorami, sądząc po ilościach porozwieszanych lampeczek, musi być jeszcze przyjemniej.

Kanoni Beach to adres plaży, który koniecznie musicie wbić w nawigację, będąc w okolicy Kassiopi. Trafiliśmy tam zupełnie przypadkowo, i z racji palącego mocno słońca, nie na długo, a szkoda… Woda była tak czysta, że ogólnego odbioru nie zakłóciły nawet ostre kamienie, które malowniczo korespondowały z jej turkusem. Myślę, że nie będzie nadużyciem jeśli powiem, że było RAJSKO:)

UWAGA! To natężenie błękitu może skutkować silną potrzebą wyjazdu na urlop!

W porze zachodzącego słońca odwiedziliśmy Logas Beach, plażę do której idzie się schodami, które w połowie drogi urywają się i pozostawiają piechura z potężnym niedosytem i widokiem na ogromny klif.
Przy Logas beach działa bar, z przeszkloną platformą i widokiem na morze. Mieliśmy jednak dwa podejścia i za każdym razem całowaliśmy przysłowiową klamkę, więc niestety nie mogę podzielić się swoja refleksją na temat tej miejscówki.

Klasa i krasa

Niespodziewanie nadszedł dzień, w którym Korfu pokazało nam to czego byliśmy złaknieni, to czego szukaliśmy… klasę i styl! Dzień, w którym poznaliśmy się bliżej z tą bezdyskusyjnie piękną i nieco dziką wyspą. Chwilę przed 10:00 dojechaliśmy do Paleokastritsa, miejscowości której podobno nie można ominąć będąc na Korfu. Zaparkowaliśmy w porcie, w którym od razu zaczepił nas mężczyzna proponujący wynajem łodzi. Początkowo w ogóle o tym nie myśleliśmy, ale w sumie… Dlaczego nie zobaczyć wyspy z nieco innej perspektywy? Skusiliśmy się na propozycję i ruszyliśmy w rejs. Sternik zabrał nas do kilku grot i na kilka plaż, z których największe wrażenie zrobiła na nas Kolias Beach, zamknięta dla turystów ze względu na osuwanie się stromych zboczy. Bezludna, chroniona od strony lądu wysokim blokiem skalnym przypominającym pofałdowaną ścianę- wyjątkowa. Przyznaje, że miałam ochotę dobić do jej brzegu i najchętniej zostać tam na dłużej…
Nasz przewodnik pokazał nam też dwa bary La Grotta Lounge and Pub i Acapulco Bar, w których podobno warto zatrzymać się na drinka, czego finalnie nie sprawdziliśmy, ale wierzymy Panu na słowo:)
Podczas naszej wycieczki opowiedzieliśmy sternikowi o tym, jak bardzo uderza nas powszechny bałagan, który panuje na wyspie psując jej odbiór. W zamian za naszą refleksję dostaliśmy opowieść o ogólnonarodowym problemie dotyczącym całej Grecji i politykach, którzy pobierają „podatki śmieciowe”, a zupełnie nic z tym problemem nie robią. Temat niestety nie jest nam obcy, bo bardzo podobnie wygląda to na Sycylii.
Korzystając z okazji nie mogliśmy nie zapytać go o to, jak bardzo pandemia uderzyła w jego biznes. W jego odpowiedzi ukryta została cała kwintesencja filozofii siga- siga. Z pełną pokorą i uśmiechem Grek stwierdził, że ta sytuacja nie miała na niego właściwie żadnego wpływu (gość który pracuje w sektorze turystycznym!), że bierze z życia to co akurat mu oferuje i nie wymaga zbyt wiele- taka była jego recepta na radzenie sobie z kryzysem. Jeśli był z nami szczery to zazdroszczę mu bezstresowego podejścia do budzącego ogromne emocje tematu.
Po dobiciu do brzegu pożegnaliśmy się z Grekiem i przemierzyliśmy miasto, już pieszo, ale to nie było to samo… Z perspektywy morza Paleokastritsa błyszczy, z perspektywy lądu zaledwie się mieni.

Po południu, krętą drogą, która sprzyjała drzemce naszego małego podróżnika, dojechaliśmy na sam szczyt Korfu! Mimo groźnie brzmiącej nazwy, Pantokrator to wzniesienie mierzące zaledwie 906 m.n.p.m, czyli mniej więcej tyle co najwyższy szczyt Pienin. Na górze, poza oczywistym podziwianiem widoków, można zatrzymać się na kawę oraz zwiedzić klasztor.
W ramach „ciekawostki” dodam, że tego dnia dostałam wiadomość od mojego operatora o przekroczeniu limitu transferu danych i naliczanych dodatkowo opłatach. Początkowo mnie to zdziwiło, bo przecież Grecja jest w Unii Europejskiej, ale… Albania już nie! Tak więc mały tip dla Was, jadąc na Korfu, która leży w bliskim sąsiedztwie Albanii, wybierajcie sieć ręcznie (nie automatycznie), a unikniecie nieprzewidzianych wydatków.

W mieście murali i niebieskich drzew

Gorycz płynącą z otrzymania złej wiadomości, postanowiliśmy osłodzić sobie w stolicy Korfu, jednym z tych miast, w których przyjemnie jest się zgubić. Kerkyra zachęca, żeby chłonąć ją wszystkimi zmysłami, zwiedzać bez pośpiechu, wdychać zapach suszonego prania, dotykać spękanego tynku odchodzącego z elewacji starych kamienic, pić kawę po grecku w jednej z tutejszych kawiarni i wodzić wzrokiem w poszukiwaniu intrygujących murali i niebieskich drzew, które pierwszy raz zobaczyłam dopiero tutaj.
To nie był dobry dzień na zwiedzanie miasta. W powietrzu było czuć ogień, słońce paliło, a mały podróżnik póki co, nie przepada za takimi warunkami atmosferycznymi i dosyć głośno to manifestuje. Przez zaledwie kilka godzin zdążyliśmy zawieść się na sałatce serwowanej w jednej z restauracji na słynnej ulicy Liston, wypić kawę i zaznać włoskiego klimatu w greckim wydaniu, bo Kerkyra to najbardziej włoskie miejsce na Korfu:)
Wracając zahaczyliśmy jeszcze o Monastyr Vlacherna, ale przyznaję się, że w obawie przed obudzeniem, świeżo co padniętego małego człowieka, nie wychyliliśmy nawet nosa z samochodu. Takie oto uroki podróży z niemowlakiem:)

Kalami i Kolura

Kalami i Kolura to nie słowa magicznego zaklęcia (chociaż tak mogłoby się wydawać), ale nazwy dwóch maleńkich miejscowości, które postanowiliśmy odwiedzić przed wylotem z wyspy. Odniosłam wrażenie, że pierwsza z nich to enklawa dla bogaczy. Pomiędzy wysokimi iglakami porastającymi miejscowość, można było dostrzec ekskluzywne posiadłości. Standard tamtejszych restauracji też wiele mówił o klientach. Mimo tego nie mogę powiedzieć, że było tam pretensjonalnie, czy sztucznie… Wręcz przeciwnie, spędziliśmy miłe przedpołudni w jednej z tamtejszych restauracji, celebrując ostatnie chwile nad morzem jońskim.
Druga z miejscowości, zachwyciła nas kolorem wody i sprawiała wrażenie miejsca ulokowanego na końcu świata, spokojnego i nigdzie się nie spieszącego.
Janek tego dnia miał bardzo dobry nastrój, co zresztą widać po zdjęciach:) Uwielbiam tego dzieciaka!

Worek greckich rozmaitości

Santorini, Kefalonia, Korfu… Póki co o Grecji mogę wypowiadać się tylko w kontekście tych trzech wysp. Nie mogę jednak generalizować, wrzucić ich wszystkich do jednego greckiego worka, bo każda z nich ma swój odrębny, bardzo specyficzny charakter. To co mnie urzekło, i najbardziej zaskoczyło, na Korfu, to uprzejmość jej mieszkańców! Grecy kojarzą mi się raczej z opieszałością, tymczasem na tej wyspie serdeczność płynęła do nas z każdej strony, od pierwszych do ostatnich chwil naszego pobytu. To co mnie mocno rozczarowało to z pewnością nieporządek, który przy odrobinie chęci i inicjatywy można byłoby poskromić, ale jak wiadomo, przykład idzie z góry.
Nie zobaczyliśmy słynnego Porto Timoni, nie zwiedziliśmy południowej części wyspy i nie mamy też charakterystycznej pamiątki z Korfu, czyli selfie z przelatującym nad głową samolotem, ale raczej nie wrócimy tam specjalnie po to, żeby nadrobić zaległości. Korfu wypadło w naszych oczach całkiem nieźle, ale nie porwało nas na tyle, abyśmy czuli potrzebę powrotu.