… żeby się w Niej zakochać wystarczyły mi cztery dni
Wiele lat przed tym zanim ją poznałam, dużo o niej czytałam, marzyłam o niej, wyobrażałam ją sobie, jej zapach, smak, kolory… W końcu się udało, spotkałyśmy się. Lizbona miała długie, czarne włosy, zadbane dłonie, jasną skórę i pełne nostalgii spojrzenie. W bardzo krótkim czasie stała się moją najlepszą przyjaciółką, z którą w upalne dni szukałam ochłody w ciasnych ulicach Alfamy, wieczorami szłam na drinka do Chiado, a nad ranem, z rozmazanym tuszem pod powiekami gapiłam się na wschodzące słońce na jednym z Miradourów.
Nie mówiła zbyt wiele, ale uważnie wsłuchiwała się we wszystko, nawet w to co nie zostało wypowiedziane. Jej zagadkowość, nieoczywistość i pewnego rodzaju tęsknota kryjące się w jej ciemnych jak czekolada oczach, sprawiły, że cała w niej utonęłam, przepadłam, zakochałam się, ale Ona… Ona była wiatrem, nie chciała przynależeć do nikogo. Nie interesowały ją relacje oparte na stabilizacji i zaufaniu, ona była przygodą, totalnie nieprzewidywalną i szaloną, budzącą pożądanie, nieposkromioną i jednocześnie lekko zagubioną, tęskniącą za czymś co się kiedyś wydarzyło i nigdy się nie powtórzy.
Ta historia nie ma szans na ciąg dalszy, bo Lizbona to miasto, ale nie zwyczajne miasto, miasto z duszą tajemniczej i nostalgicznej brunetki, która jeszcze kilka tygodni temu trzymała mnie w ramionach, która tuliła mnie do snu i muskała w policzek o poranku.
Plan na Portugalię
Portugalia od bardzo dawna była jednym, z tych kierunków, które bez konkretnej przyczyny działają na mnie jak magnes. Może przez fakt, że jeszcze całkiem niedawno trudno było się do niej dostać, może przez to, że w gąszczu ofert biur podróży, było jej tak mało. Zupełnie tak, jakby wcale nie zależało jej na tym, żeby ktoś ją odkrył i poznał się na niej. Nie wiem, po prostu jej pragnęłam! Pragnienie udało się ugasić, kiedy w kolejnej fali pandemii ceny biletów gwałtownie spadły w dół. Wykorzystaliśmy tę okazję i zaplanowaliśmy majówkę w Lizbonie. Kilka tygodni przed wylotem dostaliśmy informacje od przewoźnika, że jednak nie polecimy. Wszystkie majowe loty do stolicy Portugalii zostały zawieszone! Zamiast zwrotu pieniędzy wybraliśmy opcje zmiany terminu lotu i nieco zmodyfikowaliśmy nasz plan na Portugalię:)
U Taty najlepiej
Pobudka o wschodzie słońce, szybka kawa na lotnisku w Berlinie, a chwilę przed 16:00 Pasteis de Nata w hotelowym pokoju OnJ S.Lazaro, tak słodko przywitała nas Lizbona. Pierwszy dzień, a właściwie połowa dnia upłynęła błyskawicznie. Szybko zrozumieliśmy co mieli na myśli autorzy blogów, którzy bardzo często w swoich wpisach wspominali o dobrej kondycji, wygodnych butach i stromych podejściach. Tego dnia po raz pierwszy i ostatni w Lizbonie, użyliśmy wózka. Pozostałą część wyjazdu nasz młodociany podróżnik spędził w swoim nowym, ulubionym środku lokomocji, czyli… w nosidle na plecach (lub klacie) taty 🙂
5 AM Club
Kolejny dzień w portugalskiej stolicy zaczął się dla nas zdecydowanie zbyt wcześnie. Kto zadecydował, że czas wstawać przed pianiem kogutów? Naturalnie, że nasz syn, wytrawny podróżnik, który wie, że w celu uniknięcia tłumów należy zwiedzać rano… bardzo, bardzo rano. Nasz mały budzik „zawył” chwilę przed 5:00 (!) i nie udało się włączyć w nim opcji drzemki. Nie podjęliśmy nawet próby negocjacji, bo wielkie oczy małego człowieka jasno sygnalizowały, że nie ma najmniejszych szans na dalsze leżakowanie. Po wyjściu z hotelu nasze nosy, wodzone aromatem, bez żadnych map, czy GPSów trafiły prosto do kawiarni. Z małą czarną w ręku jakoś łatwiej było zaakceptować tę nieludzko wczesną pobudkę i poranną wspinaczkę po pełnej wzniesień Lizbonie. Kierując się w stronę Miradouro das Portas do Sol nie minęliśmy nikogo! Miasto słodko spało, a my… nie! Kiedy dotarliśmy do celu nie było tam nikogo, nawet słońce ociągało się ze wschodem, ale kiedy zaczęło wytaczać swoje pierwsze promienie miałam ochotę wyściskać Bombelka, że zmotywował nas do tego spaceru. Było warto! Czerwone dachy Alfamy otulane pierwszymi promieniami słońca wyglądały zdecydowani lepiej niż na pocztówkach!
Chwilę przed 7:00 zaczęli schodzić sie pierwsi łowcy wschodów słońca i przypadkowi imprezowicze, nie byliśmy już jedynymi zombie spacerującymi po mieście:).
Tuż obok pierwszego punktu widokowego znajduje się kolejny Miradouro de Santa Luzia, który również odwiedziliśmy tamtego poranka. Widok na niewzruszoną rzekę i różowe, jak pianki marshmallow niebo, w pełni rekompensował nam wczesną pobudkę!
W drodze powrotnej minęliśmy Katedrę Se i zupełnie pusty, główny deptak Lizbony (Rua Augusta), którym doszliśmy do Praca do Comercio, który ku naszemu NIEzaskoczeniu również był.. pusty. Minęliśmy zabytkowy żółty tramwaj linii 28, do którego wcale nie mieliśmy ochoty wsiadać, bo Lizbona lekko pochrapująca okazała się atrakcyjniejsza do zwiedzania na piechotę. Zanim trafiliśmy do pokoju zatrzymaliśmy się na chwilę przy Elevador de Santa Justa- zabytkowej windzie w centrum miasta, pod którą JESZCZE nie piętrzył się tłum chętnych do wjazdu. Wracając minęliśmy falujący pod stopami Plac Rossio i już prawie byliśmy u siebie. Tyle się wydarzyło, a na naszych zegarkach nie było jeszcze nawet 9:00…
Bardzo długa sobota
W tak zwanym międzyczasie zaliczyliśmy wizytę u stomatologa (i na tym skończmy tę konkretną opowieść) oraz udało nam się utulić dziecię, co nigdy nie jest łatwym zadaniem. Kiedy ten mały cwaniaczek tylko wyczuje pod sobą miękki materac dostaje jakiegoś kosmicznego kopa i nie spocznie dopóki nie wytarza się w każdym milimetrze pościeli!
Obiad planowaliśmy zjeść w Time Out Market, hali gastronomicznej bardzo przypominającej naszą Hale Koszyki w Warszawie. Tłumy, hałas, pośpiech i kolejki skutecznie zniechęciły nas do zjedzenia tam czegokolwiek, nie takiej Lizbony szukaliśmy. Wystarczyło jednak odejść kilka ulic w bok, aby odzyskać spokój i dalej móc rozkoszować się miastem, po które przyjechaliśmy, a tę rozkosz znaleźliśmy w dzielnicy Misericordia, a konkretnie w pizzerii Lupita. W otwartej i bardzo skromnej kuchni, kilku młodych chłopaków kręci wybitnie dobre placki !
Pizzę spalaliśmy spacerując bez celu lizbońskimi uliczkami. Kolejne schody i wzniesienia doprowadziły nas do baru z widokiem na Elevador da Bica, idealne miejsce do obserwowania wschodzących gwiazd social mediów, które prezentują swoje wdzięki na tle charakterystycznej dla miasta, żółtej kolejki. Przyznaje się bez bicia, też chciałam mieć takie zdjęcie, najlepiej w pięknej sukni i niewygodnych butach, ale dopadło mnie prawdziwe życie i po tak intensywnym dniu zabrakło mi już sił na pokaz swoich modelingowych nieumiejętności. Spasowałam ciesząc oczy wyszukanymi pozami amatorów i zaprawionych w bojach influencerów:)
To był długi i pełen wrażeń dzień. Nie było ochoty i mocy na zapoznanie z miastem wieczorową porą. Całą rodziną padliśmy przed 21:00. Nie wiem, o czym marzył tej nocy Jasiu, ale my jedynie o tym, aby nasz syn okazał nam nieco litości i pospał dłuuuużej.
Lizbona pod pierzyną
Budzik, zgodnie z naszymi modlitwami, okazał sie łaskawszy niż dzień wcześniej i zadzwonił po 7:00. Lizbona tego poranka chowała się pod pierzyną gęstej mgły i mimo optymistycznych prognoz nie dawała nadziei na ich spełnienie. Kiedy dojechaliśmy do dzielnicy Belem zaczęło sie przejaśniać. Lizbona pokazała nam jak zmienna, kapryśna i nieprzewidywalna potrafi być. Pierwsze kroki po wyjściu z taksówki skierowaliśmy w miejsce oczywiste dla wszystkich, którzy choć odrobinę orientują się w Lizbonie, a konkretnie pod Torre de Belem, majestatyczną wieżę, która pełniła kiedyś funkcję strażnicy, więzienia, a teraz jest budowlą znaną z pocztówek, pod którą każdy może zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Mam i ja:) !
Kierując się deptakiem ciągnącym się wzdłuż Tagu doszliśmy do pomnika odkrywców pod którym zrobiliśmy przystanek na kofeinowe doładowanie. Pogoda była wymarzona, a mgła schodząca do rzeki stanowiłaby idealny plan filmowy… gdyby tylko ktoś chciał nakręcić tam film! Most 25 kwietnia, zanurzony w mlecznej chmurze wyglądał jakby prowadził prosto do nieba, a nie na drugi brzeg rzeki! Kolejny dzień zapowiadał się bardzo obiecująco:)
Zwolnij…
Belem to taka dzielnica, w której pośpiech jest niewskazany. W ogóle cała Lizbona to takie miasto w którym pędząc można stracić wiele dobrego, ale w Belem szczególnie. Tutaj rytm wyznacza rzeka, a ta się nie spieszy:) Spacer deptakiem w słoneczny dzień niby nie jest niczym nadzwyczajnym, ale czasem przyjemnie jest po prostu zwolnić… Minęliśmy Klasztor Hieronimitów, pod którym już czekał sznureczek chętnych do zwiedzania jego wnętrz i Park Vasco da Gamy, w którym odbywał sie targ jakichś koszmarnych bibelotów.
Na drugim śniadaniu wylądowaliśmy w LX Factory, miejscu, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie, którego klimat od razu kupiłam, w którym czułam się dobrze i z którego nie miałam ochoty wychodzić. LX Factory, to coś więcej niż, jak podaje google, kompleks przemysłowy z wieloma sklepami artystycznymi i wyjątkowymi restauracjami. W niedzielny poranek nie było tam tłumów ani kiczu, była oryginalność, ale taka luźna, nie robiona na pokaz aby na miano oryginalności zasłużyć. Co tam znajdziemy? Kawę, piwo, naleśniki i jajka sadzone, a poza tym biżuterię, torby, szale, artystyczne fotografie i kwiaty sprzedawane w starym vanie. Miałam ochotę kupić wszystko, ale skutecznie hamował mnie rozmiar bagażu.
Nie sposób nie wspomnieć o tym co w LX Factory porwało mnie najbardziej, a była to… Najpiękniejsza księgarnia jaką w życiu widziałam! Regały sięgające nieba uginały się pod ciężarem książek. Wszędzie dookoła czuć było zapach papieru i farby drukarskiej. Z głośników wydobywał się jazz, którego nie jestem wierną fanką ani wykwintną znawczynią, ale w tym miejscu nie mogło grać nic innego, nic innego nie pasowałoby do tego miejsca. W głębi sklepu kolejny sklep, a w nim płyty winylowe i kwintesencja tego wszystkiego… Pośrodku stalowych regałów, otoczona tonami papieru, starsza Pani z papierosem w zębach! Mistrzostwo świata! Klimat nie do odtworzenia nigdzie indziej.
Kiedy wrócę do Lizbony to pierwsze kroki skieruję właśnie tam, na jedzenie, na zakupy… na miłość boską, na wszystko!
Oblany egzamin z parkowania
Ostatni dzień w stolicy Portugalii miał być z założenia mniej intensywny, ale trudno ten plan zrealizować biorą pod uwagę, jak wiele schodów trzeba pokonać, żeby dojść gdziekolwiek.
Poranek rozpoczęliśmy ciesząc oczy widokami rozpościerającymi się z Miradouro da Senhora do Monte i Miradouro da Graça. Poprawka! Janek cieszył oczy, ja cieszyłam oczy, a Andrzej próbował ukryć swoje zmęczenie za ekranem smartfona. Wcale mu się nie dziwiłam, kolejny dzień dźwigania małego pasażera po licznych schodach i wzniesieniach to na pewno ciężki trening. Budzące się miasto obserwowaliśmy w milczeniu, małżonek potrzebował ciszy i… kawy! Kawa zawsze poprawia mu nastrój:) Nie inaczej było i tym razem! Espresso z widokiem na dwóch mężczyzn, podejmujących próby zaparkowania samochodu dostawczego w ciasnej kopercie, okazało się strzałem w dziesiątkę. Uśmiech powrócił, a Panowie mimo starań oblali egzamin z parkowania, staranowali słupek i odjechali, a my z nową energią ruszyliśmy odkrywać dzielnicę Graca.
Dzień skończyliśmy, w jednym z barów na placu pod klasztorem Karmelitów. Słońce nie paliło już tak intensywnie, jak jeszcze kilka godzin wcześniej. Nad głowami szumiały nam zielone liście, muzyk uliczny grał na gitarze, a ludzie w barze zajęci byli rozmowami… Andrzej dopijał ostatni kieliszek wina w Lizbonie, a my z Jasiem wirowaliśmy w rytm dźwięków roznoszących się po placu. Tak zamykaliśmy pierwszy rozdział naszej portugalskiej opowieści.
Droga Lizbono
Muszę ruszać dalej. Nie chcę się żegnać. W starej, skrzypiącej szafie zostawiłam swoje ulubione buty, nie wyrzucaj ich proszę, mam nadzieję, że jeszcze je założę i dalej, wspólnie będziemy biegać ulicami miasta, w którym zatraciłam się jak nastolatka.
Nie liczę na wierność i lojalność, wiem że nie leży to w Twojej naturze… Za chwilę o mnie zapomnisz i wdasz się w kolejne romanse, będziesz wodzić na pokuszenie i rozkochiwać w sobie kolejnych złaknionych wrażeń podróżników. Nie mam nic przeciwko, bądź wolna, piękna, niezależna, taką chcę Cię zapamiętać, do takiej Ciebie chcę wrócić.
P.S. Cały czas towarzyszy mi fatalne przeświadczenie, ze ten wpis jest słaby, że nie opisałam Lizbony wystarczająco, tak jak na to zasługuje, ale z nią już chyba tak bywa… Trudno znaleźć odpowiednie słowa, żeby oddać to jaka rzeczywiście jest. Trzeba pofatygować się do niej osobiście i z pewnością będzie to fatyga warta zachodu:)


















































































































