Taka mała Hiszpania? Może trochę Włochy…? Zanim wybraliśmy się w podróż do Portugali, próbowaliśmy ją sobie wyobrazić, porównać do czegoś, co już znamy, ale ona potrafi przejść najśmielsze oczekiwania. Nie jest ani trochę hiszpańska, nie jest też włoska. Jest nieporównywalna i inna od wszystkich krajów, jakie dotychczas odwiedziliśmy w Europie. Chociaż przyznaje, że coraz trudniej nas zaskoczyć to Portugalio… udało Ci się!
Pierwszy raz w pociągu!
Po kilku słonecznych dniach spędzonych w Lizbonie nadszedł czas na zmiany… Spakowani i gotowi na dalsze odkrywanie Portugalii ruszyliśmy na dworzec Oriente. Wsiedliśmy w pociąg pędzący na południe kraju i 300 km później wysiadaliśmy w Faro! Lekkie kołysanie, charakterystyczne dla pojazdów szynowych, skutecznie utuliło do snu najmłodszego pasażera, który po raz pierwszy w życiu korzystał z tego środka lokomocji! Nasza sielanka nie trwała jednak zbyt długo, bo kiedy z głośnika padł głośny komunikat o zbliżającej się stacji, Jasiek szeroko otworzył oczy i z zaciekawieniem zaczął skanować miejsce, w którym się znajdował. Przez resztę podróży na zmianę przemierzaliśmy z nim cały wagon tłumacząc gdzie jest i dokąd jedzie, w międzyczasie rzucając milion razy hasła w stylu: NIE dotykaj! NIE ruszaj! To brudne! Jak wiadomo słowo NIE, działa na dzieci zupełnie odwrotnie, więc mieliśmy ręce pełne roboty, a Janek świetną zabawę:)
Popyt bez podaży
Po ponad 3-godzinnej podróży dotarliśmy do Faro. Po wyjściu z pociągu od razu czuć było, że znajdujemy się w pobliżu Oceanu:) Najchętniej od razu wskoczyłabym w kostium kąpielowy i pobiegła na najbliższą plażę, ale ta przyjemność musiała jeszcze poczekać. Najpierw musieliśmy dostać się do Loule, miejscowości, która przez kolejne dni miała być naszym nowym dobrym miejscem.
Po raz pierwszy w naszej „podróżniczej karierze” zdarzyło się, że… zabrakło samochodów na wynajem. Nie mogliśmy znaleźć kompletnie nic w żadnej z wypożyczalni, a kiedy już coś się zwalniało, cena była na tyle wygórowana, że zwyczajnie na wynajem nie było nas stać. Jaka była przyczyny takiego stanu rzeczy? Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o… COVID! Portugalskie wypożyczalnie w obawie przed kolejna falą pandemii zmniejszyły swoje floty, a turyści łaknący wyrwać się z domów po wielomiesięcznej izolacji, nie zrezygnowali z podróży. Był popyt nie było podaży.
Zapach Portugalii
Po raz kolejny , wybawieniem z opresji, okazał się Uber! Do naszego apartamentu dotarliśmy cali, zdrowi i w miłym towarzystwie młodego Portugalczyka. W tym momencie muszę zrobić małą pauzę i wychwalić pod niebiosa naszą rezydencję Aleixomor’ Aqui:) Obiekt znalazłam na Pintereście, czytając jeden z wielu wpisów o Algarve. Rezerwacji dokonałam, tak jak zazwyczaj, za pośrednictwem booking.com. Obiekt mieści się bardzo blisko centrum niewielkiego miasteczka Loule. To nie tylko stara, odrestaurowana, pomalowana na różowo kamienica, z charakterystycznymi balkonami, to miejsce, w którym widać wiele pracy i serca włożonych przez właścicieli. Przez cały czas trwania naszego pobytu nie widzieliśmy nikogo z obsługi, a nasze pokoje były regularnie sprzątane! Atmosfera kameralności i intymności zasługuje na najwyższą ocenę! Dodatkowym atutem tego miejsca jest piwnica, w której znajduje się duży, bogato wyposażony aneks kuchenny i strefa relaksu, pełna książek, gier i czasopism. Na środku pomieszczenia stoi ogromny drewniany stół, który dodaje miejscu rodzinnego charakteru i który najchętniej zabrałabym ze sobą do domu. Na miejscu jest też niewielki basen, który idealnie sprawdzał się w upalne dni, a także jacuzzi. Wszystko zachowane w dość eklektycznym stylu, a mimo to świetnie ze sobą grające. Uwielbiam takie miejsca!
Nie sposób nie wspomnieć o znajomym zapachu, który roztacza się w każdym zakamarku rezydencji. Na każdym z pięter porozstawiane są pałeczki zapachowe… z Zary. Niby nic, a od teraz za każdym razem kiedy czuje w powietrzu woń absolute linen, w głowie mam tylko jedno – Portugalię.
…a wy? Moglibyście?
Po małym rozpoznaniu terenu, spakowaliśmy latorośl w nosidło i ruszyliśmy na spacer po Loule. Wypiliśmy małe piwo w towarzystwie lokalesów, kupiliśmy kupon na Euromilhoes, bo nagroda kusiła (26 000 000 EUR), ale skoro jeszcze nie mieszkamy na Antypodach (a nie mieszkamy!) to znaczy, że nie wygraliśmy. Przeszliśmy się po nieczynnym Mercado Municipal de Loulé, w którym otwarta była jedynie niepozorna i wcale nie zachęcająca budka z burgerami, które ku naszemu zaskoczeniu okazały się zupełnym hitem! Najedzeni i dumnie z naszego gastronomicznego odkrycia, ze śpiącym dzieckiem na klacie przemierzaliśmy wąskie ulice miasta i zastanawialiśmy się nad tym, czy moglibyśmy tak żyć… Bez pośpiechu, w spokojnym miasteczku położonym blisko Atlantyku, w którym przez większą część roku świeci słońce. Jak myślicie moglibyśmy? A wy? Moglibyście? Nie odpowiem Wam jeszcze na to pytanie, do takich wniosków muszę odrobinę dorosnąć…
Argentyna, mgła i czerwone ferrari
Następnego dnia o poranku wsiedliśmy do taksówki, która zawiozła nas w miejsce, w którym mieliśmy wypożyczyć auto. Wygadany taksówkarz streścił nam połowę swojego życiorysu! Opowieść była o tyle ciekawa, że dowiedzieliśmy się wiele, nie tylko na temat życia w Portugalii, ale także w Argentynie, bo tam nasz kierowca, mieszkał i pracował przez 14 lat. W oparciu o jego opowieści mógłby powstać odrębny wpis, ale Argentynę póki co zostawiam w spokoju, w nadziei, że kiedyś sama posmakuje południowoamerykańskiego wina i steków!
Do samego końca naszego kursu nie byliśmy pewni, czy nie obejdziemy się smakiem i nie będziemy musieli wracać z powrotem taksówką, ale nie… Udało się! Mieliśmy samochód, mogliśmy zwiedzać!
Po kilku dniach spędzonych w mieście nadszedł czas na plażowanie. Za cel obraliśmy sobie ponoć jedną z najpiękniejszych plaż regionu, Praia da Marinha. Po przejściu 2 km z parkingu, naszym oczom ukazał się tłum ludzi z zaciekawieniem fotografujących… mgłę! W samo południe, w piękny słoneczny dzień, nad klify otaczające plażę napłynęła mleczna chmura, zrobiła furorę wśród obserwatorów i odpłynęła.
Sama plaża, mimo, że opisywana jako absolutne must see, nie wywołała w nas zachwytu. Przez to, że tak intensywnie promowana, jest również chętnie odwiedzana przez masę ludzi, a my lubimy jednak bardziej ustronne, a najlepiej dzikie, miejscówki.
Pozostałą część dnia spędziliśmy na basenie w naszej rezydencji, a zachód słońca podziwialiśmy w Villamoura. Miasteczko położone 20 min drogi od Loule zapamiętam przede wszystkim jako miejsce „na pokaz”, jak dla mnie, zupełnie pozbawione autentyzmu. Promenada z licznymi restauracjami i sklepami przypominała bardziej wybieg mody, niż letni deptak dla szukających luzu i odpoczynku turystów. Miejsce zupełnie nie trafiło w nasz gust, ale sądząc po ilości punktów gastronomicznych i hoteli, chętnych, żeby się tu zatrzymać, nie brakuje. Szczytem lanserstwa, były parkujące przy marinie sportowe samochody, parkujące w taki sposób, żeby nie pozostać niezauważonymi i rozbudzić zmysły klasy średniej, która ochoczo fotografowała się na tle samochodów, na które musiałaby oszczędzać co najmniej połowę swojego życia. Wiem, że nie jest to nowe zjawisko, ale ja tego zupełnie nie kupuje i chyba nigdy tego nie zrozumiem. Niemniej, przyjedź, sprawdź, zobacz… Sam/a przekonaj się czy zechcesz zatrzymać się tam na dłużej, czy beznamiętnie odznaczysz je na liście atrakcji i pojedziesz dalej.
Cel: koniec świata
Kolejny dzień rozpoczęliśmy od wizyty w miejscowości Albufeira. Wpadliśmy na chwilę, minęliśmy kilka rozstawiających się straganów i utalentowanego gitarzystę. Wypiliśmy kawę, rzuciliśmy okiem na kolejną, robiącą swoim rozmiarem ogromne wrażenie, plażę i pojechaliśmy dalej.
Naszym głównym celem tego dnia był koniec świata, a właściwie koniec kontynentu, a jeszcze precyzyjniej… południowo- zachodni kraniec Europy, który w średniowieczu uznawany był za linię graniczną, za którą nie było już niczego…
Wyobraź to sobie, stajesz nad przepaścią, rozglądasz się. Dookoła szumi Ocean, a dalej nie widać już zupełnie nic, nic nie pozostawia nadziei, że gdzieś tam, w oddali może istnieć życie. Tak było dopóki kilku, ciekawych świata szaleńców nie postanowiło przekonać się na własnej skórze, czy aby na pewno wielka woda nie skrywa żadnych tajemnic. O tych szaleńcach dziś uczy się każdy na lekcjach historii. Jak dobrze, że zaryzykowali! Nie wdając się w dalszą brutalną wojnę moich myśli, dotyczących skutków kolonializmu, muszę postawić tutaj kropkę, ale… gdyby to była rozszerzona matura z historii to mogłabym nie zmieścić się w regulaminowym czasie. Jaram się tematem wielkich odkryć geograficznych, tymczasem, zgodnie z obietnicą… Kropka.
Wcześniej wszyscy ostrzegali, żeby na Cabo Sao Vincente zabrać ciepłe ubrania, bo wiatr nie daje żyć. Ku naszemu lekkiemu zdziwieniu, po zaparkowaniu auta, musnął nas jedynie delikatny i bardzo przyjemny wietrzyk. Na miejscu poza widokiem na rozpościerający sie Atlantyk, można było zaopatrzyć się w wełniane ponczo lub zjeść niemieckiego wursta no i przede wszystkim pospacerować po miejscu, które kiedyś było dla ludzi końcem świata!
Ślina wielbłąda
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Sagres. Nawigacja poprowadziła nas do portu rybackiego, a tam wjazd obowiązywał tylko upoważnionych, my tego dnia byliśmy upoważnieni do jedzenie pyszności , które zgotował nam szef kuchni! W kolejce do A Sereia czekaliśmy ponad 40 minut. Było warto, ale o tym przekonaliśmy się wtedy, kiedy kelner przyniósł nasze zamówienie. Jeszcze zanim usiedliśmy doskonale wiedzieliśmy czego nam trzeba. Na naszych talerzach wylądowały dwa ogromne steki z tuńczyka i deser o niezbyt zachęcającej do spożycia nazwie, ślina wielbłąda, deser który zdetronizował wszystkie inne desery jaki jedliśmy dotychczas! Chrupiący spód, masa kajmakowa wymieszana z ubitymi białkami, na wierzchu puszysta pianka posypana kawą. Na samą myśl mam ochotę wyskoczyć do sklepu po coś słodkiego!
W lokalu dominuje prostota, ale ryby lądujące na talerzach gości zasługują na niejedną gwiazdkę Michelin, no i ta ślina wielbłąda…
Po wizycie na końcu świata i iście królewskiej uczcie, najmłodszy członek naszego zespołu zasnął…
Przebudził się kiedy parkowaliśmy przy Ponta da Piedade, bo przecież nic nie może go ominąć:)
W pogoni za żywiołem
Nasz syn kocha wodę. Kocha do tego stopnia, że nawet dźwięk odkręcanego kurka w kranu wywołuje uśmiech na jego małej buzi, stąd też pomysł, żeby wreszcie wybrać się na plażę! Praia da Falesia to kolejne warte przystanku miejsce otoczone klifami we wszystkich odcieniach piasku i słońca.
Kiedy Janek dostawał wypieków na widok fal i ochoczo biegał w ich kierunku, my ganialiśmy za nim… Szczerze mówiąc kiepsko nam wychodzi rodzinne plażowanie. Nikt nie jest w stanie odpocząć, zawsze pędzimy za małym żywiołem. Nie mam pojęcia jakich trików używają mamy wrzucające na swoje sociale zdjęcia z plaż, na których bombelek słodki śpi, a rozpromieniona kobieta oddaje sie ambitnej lekturze… Niestety ja tej sztuki nie opanowałam i obawiam sie, że nie opanuję przez najbliższe sto lat. Jeśli ktoś ma jakieś wskazówki, chętnie posłucham!
Jasiek na plaży poznał kilku nowych kolegów i koleżanki. To niesamowite jak szybko dzieciaki nawiązują relacje. Nie potrafią mówić, a komunikują się sprawniej niż niejeden dorosły. Nie liczą się dla nich kolor skóry, włosów, oczu, nie ważna jest płeć, wyznanie ani poglądy polityczne. One chcą się bawić, ubrudzić w piachu (albo go zjeść!) i biec w kierunku Oceanu… Piękne to!
Upalne popołudnie spędziliśmy w Portimao, a wieczorem znowu błąkaliśmy się uliczkami naszego Loule- tak, to było NASZE Loule. Przez pięć dni stało się naszą oazą, przytulnym domem, do którego po każdym dniu aktywnego zwiedzania, chętnie wracaliśmy.
Ta ostatnia niedziela
Powoli żegnaliśmy się z Algarve i jakoś trudno było mi się z tym pogodzić… Zostało nam jeszcze wiele miejsc, których nie zdążyliśmy odkryć w przeciągu niespełna tygodniowego pobytu.
Ostatnią kawę na mieście wypiliśmy w miejscowości Tavira. Tam też po raz ostatni spróbowaliśmy szczęścia w loterii Euromilhones, ale nadal nie mieszkamy w Australii, więc wnioski wyciągnijcie sami.
Ostatnie wdechy portugalskiego powietrza łapaliśmy, spacerując pomiędzy niskimi domkami wyłożonymi, charakterystycznymi dla całej Portugalii, azulejos.
Wysoka temperatura i nieco marudzący pasażer zniechęciły nas do dalszego zwiedzania miast. Wróciliśmy do Loule, wskoczyliśmy w stroje kąpielowe i resztę słonecznego dnia spędziliśmy chłodząc się w basenie, a wieczorem… A wieczorem w miejscowości Carvoeira, czekał na nas Filipe, początkujący fotograf, który spędził pół roku na Erasmusie w Szczecinie i który tamtego wieczora zrobił nam wyjątkową pamiątkę, zresztą, zobaczcie sami:)
Następnego ranka siedzieliśmy jeszcze na skwerze w Faro, a wieczorem wstawiałam pranie w Poznaniu. Bęben pralki wypełniły ubrania pachnące portugalskim wiatrem i tęsknotą za krajem kolorowych azulejos…
Portugalio, urzekłaś nas, to więcej niż pewne, wrócimy!



























































































