Czasem słońce, czasem deszcz, czasem autobus się zatrzyma, czasem przejedzie obojętnie obok oczekujących. Malta zachwyca nadmorską panoramą i rozczarowuje niszczejącymi budynkami, którym przy odrobinie chęci można byłoby dać drugie życie. Trochę tu brytyjskości, odrobina wschodnich wpływów i katedr wzorowanych na rzymskich świątyniach, wyspa od wieków czerpie inspirację z rozmaitych części świata. Z jednej strony chaos i nowoczesność bijąca z Paceville, z drugiej spokój i cisza średniowiecznej Mdiny. Malta jest po prostu w kratkę, piękną kratkę, taką w której każdy powinien odnaleźć coś dla siebie

Bardzo krótka lekcja historii

Po trzech latach studiowania historii staram w swoich wpisach nie zanudzać Was „ciekawostkami” o tym kto, kogo, kiedy podbił i jakie były tego skutki. W przypadku Malty trudno jednak ten wątek pominąć. Miejsce w swym usposobieniu bardzo eklektyczne jest składową wielu kultur, które odcisnęły na Malcie swój wyraźny ślad. Początkowo mała wyspa na Morzu Śródziemnym  miała chronić Europę przed turecką ekspansją. Zamieszkujący ją rycerze maltańscy wypełnili swoją misję i nie ulegli wrogowi. W czasach napoleońskich nie udało się im powtórzyć sukcesu i zostali podbicie przez Francuzów. Wówczas o pomoc zwrócili się do Brytyjczyków, którzy mieli ogromny wpływ na dalsze losy wyspy, a zapach herbaty z mlekiem do dziś jest wyczuwalny w maltańskim powietrzu:)
Lekcja historii już za nami, czas wreszcie udać się w podróż!

W marcu jak w garncu

Jak się okazuje to przysłowie dotyczy nie tylko Polski. Podczas naszego wyjazdu otarliśmy się o wiosnę, jesień i lato, wszystko to w przeciągu siedmiu dni. Raz padało, raz wiało, a raz słońce świeciło z taką siłą, że wróciliśmy strzaskani na mahoń (skóra z facjaty schodzi do dziś, a w pracy mają radość i cisną, że zmarszczki będą jak nic i to nie nieodległej perspektywie). Naszym sposobem na spędzenie pierwszego wietrznego dnia na Malcie było zwiedzanie Melliehy i wieczór w Paceville – maltańskim Vegas.
Mellieha, padła naszą ofiarą jako pierwsza. Wysiedliśmy na jej przedmieściach, które jak określił Andrzej, wyglądają jak bliskowschodnie miasto chwilę po bombardowaniu. Faktycznie, ciemne niebo, wiatr i obdrapane budynki nie robiły oszałamiającego wrażenia. Nie ukrywam jednak, że lubię spojrzeć na nowe miejsca z niesztampowej perspektywy. Stromymi uliczkami, instynktownie kierowaliśmy się w stronę centrum, naszym punktem odniesienia, w którym zmierzać kierunku była górująca nad miastem świątynia Matki Boskiej Zwycięskiej. U jej stóp znajduje się malowniczo położona kawiarnia, z której rozpościera się interesujący widok na zatokę. Warto było zatrzymać się na chwilę, wypić mocną, czarną kawę i delektować się obrazkami jakie serwuje tutaj natura.

Wieczorem ruszyliśmy autobusem coś zjeść. Plan był taki, że wysiadamy tam, gdzie coś nas zainteresuje, po prostu, bez spinki i poszukiwań restauracji promowanych w przewodnikach. Padło na Paceville, miasto, do którego kursują specjale promy z Sycylii, do portu przybijają wieczorem, a odpływają nad ranem. Dlaczego? To miasto to mekka imprezowiczów, miałam wrażenie, że więcej jest tam światła nocą niż w trakcie dnia. Neony zachęcające do odwiedzin ciągnęły się jakby w nieskończoność, a my… poszliśmy na lokalne piwo i kebaba.

Kuchenne opowieści

Ufff… Kolejny dzień powitał nas całkiem przyjemną temperaturą i słońcem! Polskę kochamy, ale kochamy też słoneczną pogodę, a tego pogodzić się przez większą część roku niestety nie da.  Zdecydowanie zbyt długo przeciągająca się zima sprawia, że kiedy tylko nadarza się okazja dokonujemy desantu na cieplejsze kierunki.
Przed przybyciem na wyspę czytałam o miejscu, w którym kręcono film o przygodach pierwszego propagandysty jedzenia szpinaku- Popeya. Wioska nazwana jego imieniem miała powstać na potrzeby filmu, a po jego ukończeniu  miała zostać zdemontowana. Podobnie jak wieża Eiffla powstała na potrzeby chwili (dłuższej, ale nadal chwili), a została z Francuzami na wiele lat, tak Popeye Village jest z Maltańczykami już od 1979 roku. Z wioski uczyniono atrakcję turystyczną, dojeżdża do niej autobus nr 101, a bilet dla dorosłego kosztuje około 10 euro.  W cenie jest wstęp (wiadomo), a do tego fotka, pocztówka i wino- skorzystaliśmy tylko z jednej opcji, zgadnijcie z której:)

Co mogę powiedzieć o wizycie w tym osobliwym miejscu? Dzieci na pewno bym tam nie zabrała! Na zdjęciach dostępnych w sieci widzimy kolorowe domki, barwnie poprzebieranych ludzi, miejsce wręcz idealne na spędzenie rodzinnego popołudnia. Jak jest w rzeczywistości?  Więcej tam strachu niż zabawy i jak zobaczycie na poniższych zdjęciach- nie przesadzam.

Zdecydowanie więcej radości z wizyty w miasteczku mieli dorośli mężczyźni, którzy krnąbrnego marynarza pamiętają jeszcze ze swojego dzieciństwa, niż dzieci, które nie miały pojęcia kim był człowiek z fajką w ustach. Na miejscu można obejrzeć cały film (biało- czarny- średnio atrakcyjny dla nieco znudzonych maluchów), wejść do kolorowych chatek i pooddychać w nich zatęchłym powietrzem, poocierać się o zakurzone, wyglądające niczym z horroru zabawki i niejednokrotnie przerazić się na widok upiornych kukieł imitujących ludzkie postacie.
Miejsce mnie jednak nie rozczarowało, pobyt tam mogę śmiało potraktować, jako interesujące doświadczenie. To idealny przykład na to jak social media potrafią zmanipulować rzeczywisty obraz, wykreować na ładne i przyjazne coś co jest straszne. Na pewno są osoby, które mojego zdania nie podzielają i wioska ich zachwyciła, mnie nie. Nie żałuję jednak, że skusiliśmy się na tę wizytę, bo dzięki niej po raz kolejny uświadomiłam sobie jak wielką siłę ma Internet. Tym, którzy nie chcą wydawać pieniędzy, ale chcą mieć ładne zdjęcie, polecam dojechać na miejsce wspomnianym autobusem i kierować się równoległą do wioski drogą, z urwiska rozpościera się bardzo ładny widok na kolorowe domki i Anchor Bay, stąd odbiór tego miejsca jest zdecydowanie bardziej pozytywny:)

Na obiad wróciliśmy do pobliskiej Melliehy. Poza sezonem nie ma tam tłumów, więc w restauracji na którą się zdecydowaliśmy, byliśmy jedynymi gośćmi. Dzięki temu właściciel lokalu, który nas obsługiwał znalazł chwilę na pogawędkę. Uwielbiam takie rozmowy z lokalsami, to niepowtarzalna okazja, aby spojrzeć na dane miejsce oczami mieszkańca. Opowiedział nam o filmach, które kręcono na wyspie, lista jest na prawdę imponująca. Zaczął tradycyjnie od Popeya. Opowiedział o tym, że dla Maltańczyków było to budzące ogromne emocje wydarzenie, samo budowanie wioski na potrzeby produkcji, trwało kilka miesięcy. Nasz rozmówca wspomniał też o tym, jak pokłócił się z jedną osobą z obsługi planu, o miejsce postojowe, które należało do niego, a które gość z ekipy zastawił. Poza przygodami marynarza, w rolę którego wcielił się wówczas początkujący aktor, Robin Williams, na Malcie kręcono m.in. Troję, Gladiatora, Grę o Tron, a na pobliskiej wyspie Gozo swoją produkcję zrealizowała Angelina Jolie, w której zagrała z Bradem Pittem. Perypetie małżeństwa w głębokim kryzysie usytuowane zostały na tle pięknych gozańskich krajobrazów, ale o Gozo opowiem kilka wersów niżej.
Maltańczyk, z którym rozmawialiśmy zaskoczył nas swoją wiedzą na temat naszego kraju. Kiedy zorientował się, że jesteśmy Polakito, opowiedział o swojej wizycie Warszawie i planach odwiedzenia Krakowa. Mówił, że chciałby zobaczyć Wawel, Wieliczkę i obóz koncentracyjny w Auschwitz, że oglądał Pianistę i całkiem nieźle orientował się w polskiej historii. To miły, gdy ktoś spoza granic naszego państwa wie o Polsce coś więcej niż to, że Jan Paweł II był Polakiem, że Robert Lewandowski pochodzi z Polski i że Polki to piękne kobiety.
Wieczorem spadł deszcz, taki jesienny, chłodny i nieprzyjemny, wyskoczyliśmy do Buggiby na zupę rybną. Miasto porównać można do Władysławowa latem, stragany, hotele, stragany, nic wartego głębszej uwagi, ale zupa była pyszna:)!

Bastion letnich uciekinierów

Kolejny dzień był najbardziej wietrznym ze wszystkich, które spędziliśmy na wyspie. Nie mieliśmy jednak zamiaru z tego powodu zrezygnować ze zwiedzenia. Naszym kolejnym celem było zdobycie trzech, moim zdaniem niedocenionych plaż, Golden Bay, Ghain Tuffieha i Gnejna Bay. Miejsc do wypoczynku na piasku jest na Malcie jak na lekarstwo, tymczasem te trzy położone obok siebie są ewenementem na skalę wyspy. Każda z nich inna, każda ciekawa i na swój indywidualny sposób intrygująca. Dodatkowym atutem jest ich dostępność, aby przejść od jednej do kolejnej trzeba przygotować się na mały trekking. Poziom trudności jest niewielki, ale to zawsze spacer, w dodatku ścieżką z niezwykłymi widokami z klifów wprost na wzburzone morze.

Jadąc dalej zahaczyliśmy o Mostę – malownicze miasteczko słynące głównie z katedry pod wezwaniem NMP. Dla mnie Mosta to pięknie zachowane okiennice,  kolorowe drzwi i nietuzinkowe kołatki. W ogóle drzwiom i okiennicom maltańskim można byłoby poświęcić gruby album fotograficzny. Ten kto zastanawia się co tak porywającego może być w drewnianym skrzydle, aby poświęcać mu tak dużo zainteresowanie, ten musi odwiedzić tę wyspę, szybko pojmie w czym sęk:)

Kiedy, tak upragnione przez nas słońce schowała się za chmurami, kiedy zerwał się wiatr, dojechaliśmy do Mdiny, zwanej również miastem ciszy- pierwszej stolicy Malty.  Paradoksalnie to ulubione miejsce turystów w upalne dni, ponieważ wysokie mury zapewniają upragniony chłód i ucieczkę przed palącym słońcem. Bastion letnich uciekinierów bardzo nam się spodobał, ale to co latem jest niewątpliwą zaletą tego miejsca, zimą potrafi być utrapieniem dla tych nieodpowiednio ubranych oczywiście, czyli dla nas! Uratowała nas gorąca herbata, jednak dalsze zwiedzanie tego dnia postanowiliśmy sobie odpuścić. Mdina jest miejscem, które bezwzględnie, będąc na Malcie zobaczyć trzeba, to poniekąd wizytówka całej wyspy.

O komunikacji słów kilka

Choć wyspa jest niewielka, bo rozmiarem najczęściej porównuje się ją do Krakowa to zjechanie jej komunikacją miejską stanowi nie lada wyzwanie. Wydawałoby się, że podróż z północy na południe to bułka z masłem, tymczasem to ciężki orzech do zgryzienia i co najmniej 3 godziny drogi. Przy odrobinie pecha autobus z powodu przeładowania może się po prostu na przystanku nie zatrzymać. Warto mieć też na uwadze, że częstotliwość z jaką zatrzymują się konkretne linie to pół, a czasem nawet godzina. Będąc na wyspie po raz pierwszy i nie znając zasad tam panujących łatwo też taki transport przegapić. Jak? Bardzo prosto, nie machając na autobus. Jeśli nie dasz znać kierowcy, aby się zatrzymał, ten przejedzie obok Ciebie obojętnie, a kolejny zjawi się za co najmniej 30 minut. Bilet ważny przez 2 godziny kosztuje 1,50 euro, można też zdecydować się na kartę za 15 euro, która jest ważna na 12 przejazdów i odbija się ją za każdym razem tuż po wejściu do autobusu.  W ramach ciekawostki dodam, że w  jednym z nich poznaliśmy jednego z trzydziestu zamieszkujących wyspę Polaków. Za każdym razem kiedy z nim jechaliśmy witał nas i żegnał w języku ojczystym, a cóż że na Malcie!

Na Malcie po angielsku

To, że na śniadania w europejskich hotelach serwuje się fasolkę to już niemal standard, ale w Malcie jest dużo więcej brytyjskości niż w jakimkolwiek innym państwie, w którym dotychczas byliśmy. Bardzo dobra znajomość języka angielskiego wśród mieszkańców, przyczyniła się do tego, że na wyspie organizowana jest cała masa rozmaitych kursów językowych dla chętnych z całego świata. Kolejną rzeczą, do której trudno było przywyknąć był ruch lewostronny, który podczas mijania się z innym pojazdem mroził krew w żyłach. Nie mogłam pozbyć się przeświadczenia, że jedziemy niewłaściwym pasem.
Ciekawe jest też to, że w wielu miejscach można natknąć się na charakterystyczną dla londyńskich ulic czerwoną budkę telefoniczną! No i herbata z mlekiem… Za każdym razem podawana w takim duecie- dla nas ohyda, dla Brytyjczyków standard.

Europejska Stolica kultury 2018

Valetta– tego zabraknąć nie mogło! Stolica Malty, okrzyknięta w tym roku europejską stolicą kultury, musiała znaleźć się na naszej liście miejsc, które trzeba zobaczyć. I bardzo dobrze, bo jest przeurocza. Pełno wąskich ulic, wysokich budynków i suszącego się na słońcu prania, do tego ogrody Barraca, w których można by spędzić pół dnia wpatrując się leniwie w morze i małe beżowe domki po drugiej stronie.  Będąc w Valettcie uległam pokusie i skosztowałam przedświątecznego przysmaku, twardego ciasteczka powstałego z połączenia migdałów, miodu, skórki pomarańczowej i… nie wiem czego jeszcze, ale to było pyszne!

Zwiedzanie miasta większość zaczyna od Fontanny Trytona i dalej idąc ulicą Republiki dociera do Fortu Elma. My byliśmy „większością” i taką też obraliśmy trasę:) Później pobłąkaliśmy się jeszcze chwilę wśród ulic stolicy, zaglądaliśmy ciekawsko w wąskie zaułki, gasiliśmy pragnienie sokami owocowymi i przyjemnie spędzaliśmy słoneczny dzień.

Trudno znaleźć jeden właściwy sposób na poznanie Valetty. Najlepiej jest chyba iść prosto przed siebie i zatrzymywać się tam, gdzie przyjdzie na to ochota. Nas nogi zaprowadziły do portu, z którego odpływał statek do Sliemy, czas rejsu- zawrotne 5 minut! Widok na piątkę z plusem. Wszystkie zdjęcia, przedstawiające panoramę Valetty robione są właśnie z tej perspektywy. To jedyne miejsce, z którego można objąć wzrokiem to niewątpliwie piękne miasto.

W kolorze Curry

Na Gozo dostaliśmy się promem, który odpływał kilka razy dziennie spod naszego okna. Muszę przyznać, że niewielka wyspa położona 30 minut morskiej drogi od Malty nas oczarowała. Być może zachwyt nad tym miejscem spowodowany był pogodą, a ta była dla nas tego dnia wyjątkowo łaskawa. Nie wykluczam takiej opcji, ale z całego serca polecam odwiedzić ją tym, którzy będą mieli ku temu okazję.

W stolicy – Victorii, zwanej również Rabatem znajduje się  górująca nad wyspą cytadela, słońce pali tam niemiłosiernie, latem większość ludzi spaceruje w tym miejscu z parasolami przeciwsłonecznymi. Przyjemnie było popatrzyć z góry na rozległe tereny pokryte zieloną trawą i żółtymi mleczami- niby nic, a cieszy, bo to wiosna i jej pierwsze symptomy!
Będąc na Gozo trzeba pamiętać, że bez względu na to, w które miejsce finalnie chce się trafić, to wcześniej należy zatrzymać się w stolicy i przesiąść do odpowiedniego autobusu. Wszystkie węzły komunikacyjne krzyżują się właśnie tutaj. Tak więc prosto z promu wsiedliśmy w autobus, który zawiózł nas do Rabatu, a tam przesiadka i dalej na plażę w kolorze curry.

Ramla Bay, zwana czerwoną plażą to atrakcja na Gozo, która dzięki charakterystycznemu kolorowi piasku i czystej wodzie przyciąga wielu turystów, zarówno tych łaknących widoków zaspokajających ich poczucie estetyki, jak i tych, którzy chcą zwyczajnie wygrzać swoje cztery litery:)
Nad plażą wznosi się jaskinia, z którą związana jest legenda. To ponoć w niej legendarna nimfa Kalipso przez siedem lat przetrzymywała Odyseusza wracającego z wojny trojańskiej.

Czas na wyspie mijał nam przyjemnie i niespiesznie, a zwolnił jeszcze bardziej gdy dotarliśmy do miejscowości Marsalform. W pierwszej lepszej knajpie ze stolikami na zewnątrz zamówiliśmy dania, dzbanek schłodzonego wina z owocami i gapiliśmy się w wodę, która ma tutaj wyjątkowo piękne barwy. Słońce świeciło, a my niczym kuracjusze z Ciechocinka milczeliśmy upajając się tą przyjemną chwilą.

Z błogostanu wyrwała nas godzina. Było po 16:00, a w planach mieliśmy jeszcze Azure Window, a właściwie to miejsce upamiętniające tę formację skalną. Dotarliśmy tam na ostatnią chwilę, ostatnim busem. Kolejny przyjechał po nas, gdy w okolicy panowała już kompletna ciemność.
To było piękne popołudnie. Na miejscu poza nami była garstka innych osób, więc nie było ścisku, jaki z pewnością towarzyszy temu miejscu w sezonie. Wiatr wiał dosyć mocno, więc schroniliśmy się za jedną ze skałek i jak zmarznięte pingwiny tuliliśmy się patrząc w czerwony talerz nurkujący w morzu.
Strasznie fajnie, że ten Stary jest i że jest taki fajny <3. Tyle z romantyzmu na dziś.

Wracaliśmy późnym wieczorem. Na promie zaopatrzyliśmy się w Kinnie, lokalny napój na bazie ziół i gorzkich pomarańczy. Wiele o nim słyszałam przed przyjazdem na Maltę, więc teraz musiałam sama wyrobić sobie zdanie na jego temat. Ma on zarówno swoich wielkich fanów, jak i zagorzałych przeciwników, którzy już na samo „keee….” reagują gęsia skórką, ja jestem chyba gdzieś pomiędzy jednymi a drugimi, Andrzej był zdecydowanie na nie!

Comino i Błękitna laguna

Dużo czytałam o Marsaxlokk i niedzielnym targu rybnym, który się tam odbywa, dlatego też w planach była wyprawa również w ten zakątek wyspy. Czasami jednak zdrowo jest zmienić plany i spróbować czegoś innego. Ostatniego dnia naszego pobytu wydaliśmy resztę eurasów na wycieczkę na Comino.
Dostaliśmy się tam łodzią, która podobnie jak prom na Gozo odpływała spod naszego okna.
Słońce świeciło jak szalone, jak szalony wiał też wiatr, który starannie kamuflował dość wysoką temperaturę. To właśnie tego dnia nasze ciałka zmieniły kolor na mahoniowy.
To co chcieliśmy zobaczyć najbardziej to oczywiście, owiane sławą i plasujące się wysoko w rankingach na najczystszą wodę, Blue Lagoon . Rzeczywiście, kolor wody, która zastaliśmy na miejscu można śmiało porównać do karaibskich błękitów. Nie brakowało odważnych, którzy dali porwać się chwili i wskakiwali do wody. Nas zdecydowanie satysfakcjonował sam widok, zabrakło nam odwagi by pluskać się razem ze śmiałkami. Kąpiel nas ominęła więc zdecydowaliśmy się na spacer wzdłuż i wszerz wyspy. Jeśli ktoś planuje tu grube zwiedzanie to może się grubo zaskoczyć, bo to co można na Comino zobaczyć to, poza wspomnianą laguną,  jeden funkcjonujący i jeden zamknięty już hotel, piękne widoki na morze i skały i całe stadka zielonych jaszczurek.
Błękitem laguny zakończyliśmy swoją podróż w głąb najbardziej brytyjskiej z nie brytyjskich wysp.