31 października na stałe zagościł w kalendarzu naszej rodziny jako ten szczególny, zakreślony na czerwono, wyboldowany, ogólnie wyjątkowy! Tego dnia, rok temu na świat przyszedł najmłodszy członek naszej fałdkowej załogi – Jan, mały podróżnik o wielkim sercu i szerokim uśmiechu. W związku z tym, że jego urodziny przypadają na niezbyt optymistyczny pogodowo czas, postanowiliśmy uatrakcyjnić mu roczek i zabrać go na pizzę, włoską pizzę na Sycylię
O mały włos…
Halloweenowy poranek zaczęliśmy uroczystym śniadaniem na mieście, później był rodzinny spacer w żółtych i szeleszczących liściach. Przed południem Jano zdmuchnął swoja pierwszą urodzinową świeczkę, a wieczorem… Wieczorem byliśmy już na Sycylii!
O mały włos, a nie zdecydowalibyśmy się na wyjazd. Rezerwując bilety z wyprzedzeniem miałam w głowie wizję paskudnej polskiej jesieni, a Sycylia miała być słonecznym prezentem dla naszego synka. Kiedy zbliżał się czas wyjazdu zaczęły docierać do nas komunikaty o powodziach i wichurach, które przetaczają się przez wyspę. W wiadomościach pojawiały się katastroficzne obrazki pozalewanych ulic i podtopionych domów, podczas gdy do Polski dotarła piękna złota jesień. W pewnym momencie zrezygnowaliśmy z wyjazdu, odwołaliśmy hotel i stwierdziliśmy, że nigdzie nie lecimy! Jednak dzień przed wylotem postanowiliśmy zaryzykować. Zarezerwowaliśmy na bookingu pierwsze lepsze mieszkanie i w halloweenowy wieczór zaliczaliśmy straaaaaszne lądowanie w deszczowym Palermo.
Prawdziwa Sycylia
20:00 to jednak nienajlepsza pora na lądowanie z niemowlakiem (wróć! już z dzieckiem:)). Młody zasnął kiedy w samolocie wyciemnili światło. Po opuszczeniu pokładu, ze śpiącym królewiczem na rękach, przemierzyliśmy płytę lotniska i udaliśmy się w stronę autobusu, który miał dowieźć nas do miasta. Udało się nam w miarę sprawnie odnaleźć przystanek. Pół godziny później wysiedliśmy w centrum Palermo. Książę nadal spał. W drodze do naszego lokum stolica prezentowała się nam w pełnej krasie. Porozrzucane śmieci, auta zaparkowane na przejściach dla pieszych, wyboiste chodniki, kable zwisające z kamienic – prawdziwa Sycylia! Dramaturgii dodawał obraz zza okna naszego apartamentu. Z jednego balkonu roztaczał się widok na tradycyjną włoską kamienicę, a z drugiego na „Pompeje”- tak nazwałam dziurę w ziemi, którą trudno było nawet nazwać placem budowy:)
Na całe szczęście nasz mały podróżnik tej nocy nie szalała zbyt mocno, dzięki czemu kolejnego dnia wszyscy byliśmy w miarę wypoczęci.
Artystyczny nieład
Mieszkanie, które zarezerwowaliśmy w ostatniej chwili znajdowało się na ostatnim piętrze starej kamienicy. W apartamencie mieliśmy do dyspozycji trzy balkony, a o widokach jakie mogliśmy z nich podziwiać już wiecie:) Wszystko zachowane było w tradycyjnym stylu, czyli takim który uwielbia Jaś! wszędzie było pełno klamotów, misek, pojemników, spinaczy na pranie- raj dla naszego malucha, dla nas utrapienie i kolejny powód do wygłaszania rodzicielskich uwag rozpoczynających się słowami NIE! Nienawidzę siebie takiej, matkującej i zakazującej, ale gdyby nie to, Jano dość szybko rozprawiłby się z mieszkaniem wprowadzając rewolucję, których nie powstydziłaby się Szelągowska:)
Swoje pierwsze kroki skierowaliśmy w kierunku Mercato del Cappo, po drodze zatrzymując się na bułę z mozarellą i czarne jak smoła espresso! Zanim dotarliśmy do celu minęliśmy wystawki z mebli pozostawione na środku chodnika i niezliczoną ilość śmieci, ale wiecie co? Wcale nas to nie zniechęcało do Palermo, ten wszechobecny nieład jest jakby wpisany w DNA tej wyspy. Trudno wyobrazić mi sobie te same uliczki w schludnym wydaniu. Wiem, brzmi to abstrakcyjnie, ale ten bałagan jest tam jakby trochę artystyczny. Nie wyobrażam sobie życia w takim miejscu i nie chcę usprawiedliwiać takiego stanu rzeczy, ale żeby na Sycylii czuć się dobrze, trzeba na pewne kwestie przymknąć oko i po prostu je zaakceptować.
Na rynku wypiliśmy sok z granatów i pomarańczy za zawrotne 1 EUR i ruszyliśmy dalej poznawać nowe dla nas miasto. Pod Katedrą próżno było szukać tłumów o tak wczesnej porze. Poza nami była jeszcze para emerytów, skrupulatnie studiująca mapę Palermo oraz Pani pobierająca opłatę za wstęp na punkt widokowy. Mieliśmy więc główną atrakcję, prawie wyłącznie na wyłączność:)
Na dalszą część dnia nie mieliśmy żadnych konkretnych planów, poza jednym, żeby być na maxa razem! Wspólne wyjazdy to dla nas pewien rodzaj terapii. Czas, w którym możemy się skupić na naszej relacji bardziej niż kiedykolwiek. W ramach tej terapii zawędrowaliśmy do bujnie „zalesionego” palmami parku Villa Bonanno. Jednak nie palmy, a kałuże i biegające psy stały się główną atrakcją dla naszego rocznego mężczyzny. Szczególnie do gusty przypadł mu egzemplarz poniżej.
Bijące serce miasta
Spacerując zupełnie bez pośpiechu odkrywaliśmy kolejne sekrety Palermo. Wąskie ulice były tak wąskie, że ktoś kto przesadziłby z pastą i pizzą, w niektóre z nich mógłby się po prostu nie zmieścić! Nogi zaprowadziły nas do Placu Quattro Canti, serca miasta, w którym krzyżują sie dwie główne ulice via Maqueda i via Vittorio Emanuele. Serca bijącego bardzo głośno zarówno w dzień, jak i w nocy!
Chwilę później bez żadnych wskazówek dotarliśmy do Fontanny Pretorianów, kolejnego charakterystycznego dla Palermo punktu miasta. Nadal nie było tłumów, te pojawiły się natomiast kiedy wracaliśmy po południu do mieszkania.
Wiercący się w nosidle pasażer żądający natychmiastowej strawy poniekąd zmusił nas do zrobienia przystanku. Zatrzymaliśmy się w restauracji przy Porcie. Chciałabym napisać, że w SPOKOJU wypiliśmy kawę, ale nie… Kawę owszem, wypiliśmy, w międzyczasie uskuteczniając pościg za młodym człowiekiem, który odkąd zaczął maszerować, wykorzystuje każdą okazję, aby móc się tą umiejętnością pochwalić! Tak więc, tak… W Palermo jest port, a w nim restauracja, a w niej kawa i Aperol, byliśmy i my, matka, ojciec i dziecko- wulkan energii.
Mydło i powidło
Wracając zahaczyliśmy o targ Vucciria, ale okazało się, że tamtego dnia byłnieczynny, więc musiał zadowolić nas napis Mercato Vucciria i kilka malunków na ścianach utwierdzające nas w przekonaniu, że ten targ faktycznie tu jest tylko my trafiliśmy o niewłaściwej porze.
Najgwarniejszy i najbardziej aromatyczny okazał się jednak Mercato Bellaro, czuć było na nim bardziej atmosferę arabskich suków niż europejskich targowisk. Sprzedawcy, o różnym pochodzeniu etnicznym, donośnie krzyczeli, auta przemieszczające się ciasnymi ulicami bez przerwy trąbiły, wszędzie unosił się zapach ziół i przypraw. Na rynku można było kupić chyba wszystko! Od jedzenia zaczynając na podróbkach torebek znanych marek kończąc. Jakby to ładnie określić- mydło i powidło. Dla nas trochę zbyt głośno i zbyt aromatycznie. Targ jest olbrzymi, więc jeśli komuś odpowiada taki klimat to pół dnia ma z głowy!
Sjestę spędziliśmy najbardziej leniwie, jak się tylko da, czyli w łóżku, a wieczorem udaliśmy się pod Teatro Massimo i na sycylijskie owoce morze, z których najlepsze okazało się… wino! Nasze polskie podniebienie na schabach wychowane, chyba nie potrafiło docenić kunsztu dań śródziemnomorskich.
Powitanie słońca
Kolejny dzień nasz syn zaczął od powitania słońca na balkonie. Kilka minut po 9:00 jechaliśmy już w kierunku Mondello, miasteczka oddalonego 20 min drogi od sycylijskiej stolicy. Po dotarciu do położonej nad morzem miejscowości szybko pozazdrościłam mieszkańcom Palermo, że tuż pod nosem mają taką perłę. Woda miała obłędnie jasnoniebieski kolor, a piach pod piętrzącymi się falami mienił się na różowo. Cudownie byłoby tak móc po pracy wyskoczyć sobie poleniuchować na plażę… W LISTOPADZIE!
Mimo naprawdę zachęcającej pogody, nie spotkaliśmy zbyt wielu plażowiczów, za to Jan… Jan nadrabiał za co najmniej kilkoro z nieobecnych i ku naszemu zaskoczeniu nie zajadał się już piaskiem, jak miał to w zwyczaju podczas wcześniejszych wizyt na plaży, a starannie go w siebie wcierał. Sukces!
W sosie pistacjowym
Na obiad zatrzymaliśmy się przypadkowej restauracji o nazwie Isgro ,która przekonała nas swoim wystrojem i dużą liczbą klientów z bajecznie wyglądającymi talerzami. Oboje zamówiliśmy spaghetti z krewetkami w sosie pistacjowym. Budzące apetyt danie podpatrzyliśmy u kobiety z sąsiadującego stolika. Nie tylko pysznie wyglądało, ono było pyszne! Nawet nasz syn- naczelny niejadek skubnął kilka klusek, a ja z trudem powstrzymywałam się, żeby nie odpalić googla i nie sprawdzić najczęstszych objawów towarzyszących alergiom na owoce morza i orzechy. Obyło się bez komplikacji, a danie było warte czekania i matczynych obaw!
Wieczorem pokręciliśmy się jeszcze po centrum, zjedliśmy cannoli wypełnione aksamitną ricottą, wrzuciliśmy monety do futerału pewnego ulicznego grajka i bujaliśmy się tak przez chwilę. Uwielbiam te momenty, pamiętam jak jeszcze we wrześniu wirowaliśmy w ten sposób w Portugalii. Czas się zatrzymuje, muzyka gra, a ja chłonę ulotne chwile tuląc w ramionach najcenniejszy skarb… Tak mogę tańczyć z Tobą całe życie Synu. Wszystkiego najlepszego!
























































































