Miało być Alicante, była bostonka i wcale nie mam tu na myśli zdrobnienia od małej wycieczki po Bostonie… niestety. Miał być przedłużony weekend na deszczowym hiszpańskim wybrzeżu, który przemienił się w słoneczny tydzień na zaskakująco atrakcyjnym Cyprze. Miała być podróż z planem, wyszedł spontan!

Jak NIE poleciliśmy do Alicante

Nie będę się oszukiwać, podróże z dzieckiem to faktycznie już „nie to samo”. Nie ma się co czarować. Można oczywiście próbować zaklinać rzeczywistość, ba! Nie raz to robiłam, ale prawda jest taka, że wszystko wygląda inaczej. Weźmy np. wspomnianą wcześniej bostonkę. Kupujesz bilety z wyprzedzeniem, czytasz przewodnik, PLANUJESZ. Wylot we wtorek wieczorem, a we wtorek rano odbierasz niepokojący telefon ze żłobka. W słuchawce jedna z zatroskanych cioć, lekko stłumionym głosem przekazuje Ci zatrważającą wiadomość: „Jasiu ma bostonkę, proszę odebrać dziecko ze żłobka” i tak oto w jednej chwili Twój plan bierze w łeb. Po raz kolejny przekonujesz się, że samo słowo PLAN, kiedy w domu towarzyszy ci półtoraroczny bombelek, to pojęcie z pogranicza science fiction.
…i tak oto nie polecieliśmy do Alicante!

Cypryjskie zachwyty

Podróż na Costa Blanca chyba nie była nam pisana, bo w czasie kiedy mieliśmy tam być, nad wybrzeżem zawisły, dosłownie, czarne chmury. Wszystkie prognozy pogody, wręcz krzyczały: nie lećcie, bo zmokniecie!
Bostonka i ulewy nie zniechęciły nas jednak do dalszych poszukiwań! Na tydzień przed wylotem zdecydowaliśmy się lecieć na Cypr, chociaż nigdy wcześniej nie braliśmy tego kierunku pod uwagę. Jak się później okazało to była decyzja idealna, a Cypr okazał się podróżniczym odkryciem dekady!
Na wrocławskim lotnisku powitał nas wiatr i nasi przyjaciele, z którymi wspólnie mieliśmy spędzić najbliższy tydzień.

Chwilę przed 21:00 wylądowaliśmy na wyspie Afrodyty, z wyjątkowo aktywnymi, jak na tę porę dzieciakami. Szybkie wypożyczenia auta i wjo do naszego domku na jedną noc!
Kolejny dzień zaczęliśmy w słonecznym Paphos, ganiając za Jaśkiem próbującym zagłaskać lokalne koty i degustującym mandarynki (ze skórką!) spadające z przydrożnych drzew.

Do przejechania tego dnia mieliśmy 180km, ambitny plan jak na podróż z dwójką maluchów. Kto przeżył ten zrozumie! Kiedy już udało się zapakować najmłodszych pasażerów ruszyliśmy lewą stroną (!), w kierunku Skały Afrodyty, a właściwie punktu widokowego, z którego rozpościerała się panorama na tę atrakcję. Na miejscu czekały na nas piękne widoki i pierwsze zachwyty nad kolorem cypryjskiej wody. Nigdy nie utożsamiałam tej wyspy z atrakcyjnymi plażami i pod tym względem Cypr niezwykle mnie zaskoczył, a jak się później okazało, to był dopiero początek cypryjskich zachwytów?
Nadchodził moment drzemki, więc pełni nadziei na synchronizację chłopaków ruszyliśmy dalej. Udało się! Oboje zasnęli w prawie tej samej chwili, a my w błogiej ciszy mogliśmy delektować się widokami za oknem i słońcem, którego tak bardzo nam już brakowało!

Beztrosko i bez planu

Do przejechania mieliśmy właściwie całe południowe wybrzeże wyspy, a dzięki temu doskonałą okazję do podziwiania zmieniającego się krajobrazu. Jedne miasta charakteryzowały się strzelistą zabudową, inne były zupełnie płaskie. Budynki rosły i malały, a to co się nie zmieniało to soczysta zieleń, która towarzyszyła nam przez cała trasę. Muszę przyznać, przyjemne zaskoczenie, bo jednak Cypr kojarzyłam głównie z wysuszoną od słońca ziemią. Przełom marca i kwietnia to moim zdaniem idealna pora na odwiedzenie wyspy, w czym upewniałam się każdego kolejnego dnia naszego pobytu.
Po dotarciu do Villa Avian ciekawski Jan zrobił obchód całej posesji, która ku naszemu miłemu zaskoczeniu, okazała się wyglądać znacznie lepiej niż na zdjęciach prezentowanych w Internecie.

Niewątpliwym plusem podróżowania poza wysokim sezonem są ceny! Za tygodniowy pobyt zapłaciliśmy jedynie 2000 zł. Łatwo przeliczyć, że na rodzinkę wyszło po 1000 zł! W cenie: prywatna willa z basenem na cichym, strzeżonym osiedlu i bezcennymi metrami kwadratowymi powierzchni dla rozładowania dziecięcej energii. Idealnie!


Ogólnie jestem wielką fanką życia w mieście, lubię hałas, zgiełk, przywykłam do pędu i doceniam to, że tzw. „wszystko” mam na wyciągnięcie ręki, ewentualnie na podróż tramwajem. Jednak nasze cypryjskie osiedle wybudowane pośrodku pól, z widokiem na piętrzące się w oddali morskie fale i z wieczornymi koncertami cykad, to było coś czego zdecydowanie potrzebowałam.
Ten dzień i kolejny, i jeszcze jeden spędziliśmy jak na typowe rodziny z małymi dziećmi przystało. Były spacery po okolicy, cypryjski grill, gry w piłkę dla dzieci i bąbelki dla dorosłych. Było testowanie temperatury wody w basenie i wypady na plac zabaw w pidżamie, było beztrosko i bez planu!

Bajeczny błękit

Po kilku dniach totalnego lenistwa zaczęliśmy eksplorować okolicę, a żeby nie doznać szoku i przesadnie się nie zmęczyć rozpoczęliśmy od zwiedzania pobliskiej plaży? A tam… Kolory! Po soczystej zieleni nadeszła pora rajski błękit. NissiBeach, nie bez powodu nazywana jest jedną z najpiękniejszych w Europie. Myślę, że najlepszym uzasadnieniem mojego zachwytu nad tym miejscem będą po prostu zdjęcia.

Ani tłum, który tego dnia szturmował plaże, ani głośna muzyka dobiegające z pobliskiego baru nie zepsuły efektu jaki zrobiło na nas to miejsce. Jeśli będziecie w okolicy koniecznie wpadnijcie nacieszyć oko kojącym widokiem bajecznego błękitu.
Zachód słońca podziwialiśmy już z zupełnie innej perspektywy. Ze wzgórza na którym poza nami i maleńkim kamiennym kościółkiem Profitis Elias było jeszcze bardzo dużo kotów. Kotów za którymi nasz synek szaleje i zupełnie nie wiem po kim odziedziczył tę bezgraniczną miłość i trudną do okiełznania potrzebę głaskania futrzanych stworzeń.

Egzotyczny blondyn

Wieczorem zajechaliśmy do miejscowości Paralimni, w której całe życie skupia się wokół skweru i kościoła, przez co, przez moment poczułam się jak w rodzinnych stronach. Jasiek okazała się nie lada atrakcją, bo pod wspomnianym kościołem grupa hindusek poprosiła o małą sesję z naszym blondynem, który lekko zawstydzony, pozwolił jednak na kilka ujęć. Na placu zabaw czekała na nas inwazja małych ciemnowłosych dziewczynek. Zachwycone platyną na głowie Jaśka zapragnęły go po tej głowie wymacać. Jasiowi ta forma atencji nie do końca przypadła do gustu, więc dosyć szybko ewakuowaliśmy się z miejsca zagrożenia. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z tak żywiołową rekcję na naszą egzotyczną, jak na tamtejsze standardy, urodę i musze przyznać, że było to dziwne uczucie, które trudno nazwać przyjemnym.

Z plażą sam na sam

Nasz kolejny poranek rozpoczął się jak zwykle zbyt wcześnie. Nie mogąc zmarnować tego słonecznie rozpoczynającego się dnia wzięliśmy małolata pod pachę, dwie kawy w dłoń i pojechaliśmy na opustoszałą jeszcze plażę Kalamies obok której stał mały bielony kościół z błękitną kopułą, bardzo charakterystyczny dla greckiego krajobrazu. Po tym, kiedy młody przekopał już znaczną część plaży i pogonił kilka kotów, naszła go ochota na kąpiel, a dla nas to był znak, że najwyższy czas się zbierać…

Pora na kąpiel, owszem, nadeszła, ale po południu. Tym razem odwiedziliśmy Makronissos Beach. Niemniej malowniczą niż, znajdująca się po sąsiedzku, plaża Nissi, ale w przeciwieństwie do poprzedniczki, na tej byliśmy zupełnie sami!

Po czapki kres

Bez pamiątkowego zdjęcia wykonanego na skalnym łuku miłości mało kto uwierzyłby nam, że w ogóle byliśmy na Cyprze. Dotarliśmy tam i muszę przyznać, że jest to kolejne miejsce, które zdecydowanie warto zobaczyć. Mimo, że niebo tego dnia spowijała chmurka to woda i tak prezentowała się zjawiskowo. Zapatrzona w szmaragdową toń nie zdążyłam złapać czapki, którą w ułamku sekundy wiatr zdmuchnął z głowy Jasia! Nie było szans na odratowanie zguby, która skończyła swój żywot w niezwykle romantycznej scenerii. Kto wie… Może to sygnał do ponownego odwiedzenia wyspy!

Idąc zupełnie bez celu mijaliśmy kolejne plaże, a każda z nich zachwycała kolorem wody. Na Cyprze nie ma brzydkich plaż. Serio! Szukaliśmy i nie znaleźliśmy.

Wracając do domu zatrzymaliśmy się jeszcze przy Sea Cave, równie charakterystycznej, co łuk miłości, cypryjskiej atrakcji. Nie zabawiliśmy jednak tam zbyt długo, bo wymęczony wznoszeniem zamków z piasku, Jaś, zaczął domagać się odpoczynku. Tę miejscówkę, choć zobaczoną w biegu również z czystym sumieniem, rekomenduję. Zresztą, sami zobaczcie…

Dzień świstaka

Zupełnie oczarowani cypryjskimi plażami, kolejny dzień spędziliśmy na kolejnej plaży, a konkretnie na położonej w zatoce Konnos Beach, która jest częścią Parku Narodowego Capo Greco.

Następnego dnia wieczorem czekał nas lot powrotny do Polski. Wcześniej jednak nie omieszkaliśmy odwiedzić… kolejnej plaży. Na Fig Tree Bay Beach poznaliśmy dziennikarkę, która przygotowywała właśnie materiał o Cyprze do bułgarskiej telewizji. Pytała ile Jaś ma lat i sama pochwaliła się, że wkrótce zostanie babcią (kiedy to piszę, na pewno już nią jest?). Na pożegnanie podbiegła do nas dziewczynka, która towarzyszyła ekipie filmowej i wręczyła Jasiowi okulary! Bilans zysków i strat się wyrównał, nie było czapki, ale były oksy, w których Jan dumnie, choć tylko przez chwilę, defilował po piachu. Później podkradł jeszcze parę wiaderek, konowek i sitek innym dzieciom, wziął prysznic pod hydrantem i biegał z gołym kuperkiem, nie dając się złapać. Bezgranicznie kocham tego szalonego, małego człowieka i choć czasem nie dźwigam poziomu energii, jakim Jan emanuje, to innego za nic w świecie bym nie chciała!

Po wylądowaniu we Wrocławiu, małżonek zaliczył z przyzwyczajenia, jazdę pod prąd, na szczęście szybko przestawił się na ruch prawostronny i bezpiecznie dojechaliśmy do domu!

Wracamy? Czemu nie!

Podczas naszego tygodniowego pobytu na wyspie, odkryliśmy zaledwie jej fragment i mocno zaskoczyliśmy się tym, co w sobie skrywa. Nie zwiedziliśmy właściwie nic poza plażami, więc powodów do ponownej wizyty jest co najmniej kilka i mają one nazwy konkretnych miast i górskich wiosek no i… kolejnych plaż oczywiście?
Pogoda, kolory, szeroka baza noclegowa i niewygórowane, jak na europejskie standardy, ceny- wszystko to sprawiło, że nie wykluczamy rychłego powrotu. Najchętniej wiosną, kiedy w Polsce tęsknota za latem i wszechobecna nostalgia dają się we znaki lub jesienią, gdzie przesadnie melancholijna aura potrafi wpędzić w depresję największego optymistę. Poza tym, ta zgubiona czapka zobowiązuje do powrotu? Mąż zaakceptował ze względu na dawkę słońca jaką uraczyła nas wyspa, synek ze względu na koty, a ja… a ja, wiadomo, najszczęśliwsza jestem wtedy, kiedy chłopaki są szczęśliwi!

…a do Alicante i tak kiedyś polecimy?