Majorka to wyspa, która zawsze będzie dobrym wyborem, zarówno dla singli, szczęśliwych nowożeńców, czy zdezorganizowanych rodziców goniących za rozbrykanymi bombelkami. Wszystko to za sprawą kameralnych i nie zawsze łatwo dostępnych zatoczek oraz szerokich plaż ze spokojną wodą w egzotycznych odcieniach. Jeśli dorzucimy do tego zestawu liczne małe wioski, w których w okolicy kościoła, katedry, czy innej budowli sakralnej znajduje się skwer, a na nim zawsze znajdzie się jakiś bar to szykuje się opcja na przyjemny wypoczynek! Jeżeli uda nam się cały ten plan zrealizować poza szczytem sezonu wakacyjnego, kiedy powietrze ma przyjemną temperaturę, a tłumy turystów nie zadeptują jeszcze każdego skrawka majorkańskiej ziemi to będą wakacje idealne! Wakacje o smaku sangrii i zapachu morskiej bryzy…
Matka Polka biegająca
Mój trzeci raz z Majorką zaczął się niezwykle komfortowo, bo po raz pierwszy leciałam z Poznania! Odpadł więc czas dojazdu do innego miasta. Coś co w zamierzchłych czasach przeddzieciowych nie stanowiło żadnego problemu, teraz jest jedną z fundamentalnych kwestii decydujących o wyborze wakacyjnych kierunków. Chwilę przed 18:00 samolot wyładowany po brzegi pasażerami wznosił się nad Ławicą, a Jasiek zawierał pierwsze znajomości! Przebiegał wzdłuż całego samolotu zbijając ze wszystkimi piątki, a z tyłu zawsze ja- matka Polka biegająca. Przez myśl przeszło mi wtedy, że gdybym była introwertyczką to podczas niespełna trzygodzinnego lotu na bank zapadłabym się kilka razy pod ziemię, albo przynajmniej zaszyła w luku bagażowym.
Po wylądowaniu szybko przypomniałam sobie, jak ogromne jest lotnisko na Majorce i tutaj mały tip dla wszystkich, którzy planują wakacje na wyspie! Na tym lotnisku nie można sobie pozwolić na spontaniczne przybycie „na ostatnią chwilę”, bo zwyczajnie można nie zdążyć na samolot. Odległości są naprawdę duże, a nam się bardzo spieszyło. Powód pośpiechu? Nasz mały podróżnik zupełnie niespodziewanie dostał zapalenia spojówek, zbliżała się sobotnia noc, a ja wiedziałam, że na tę przypadłość może pomóc jedynie antybiotyk… na receptę! Gnając po ciemku w kierunku hotelu najprawdopodobniej zostaliśmy jeszcze bohaterami sesji zdjęciowej, wykonanej przez przydrożny fotoradar, ale o tym przekonamy się (lub nie) wkrótce.
Dobry wieczór Majorko, też miło Cię znowu widzieć:)!
BAM! BAM! BAM!
Niestety tej nocy Jasiowi mogliśmy pomoc tylko domowymi sposobami. Na szczęście nasz mały mężczyzna z chorobami radzi sobie bardzo dzielnie i kolejnego ranka zamiast rozpaczać nad swoimi biednymi oczkami obudził nas o wschodzie słońca i zmotywował do podziwiania go z perspektywy przyhotelowej plaży Cala Esmeralda. Kiedy tata smacznie spał my stawialiśmy pierwszy babki z piasku, które Janek w ekspresowym tempie niszczył, radośnie wykrzykując przy tym „bam, bam, bam!”.
Kiedy na zegarku wybiła „ludzka” godzina, ruszyliśmy na miasto w poszukiwaniu śniadania! Trafiliśmy do Cafeteria Neptuno, której zdecydowanie NIE polecamy. Uprzejma obsługa i smaczny sok ze słodkich pomarańczy nie były w stanie zrekompensować zupełnie nieudanej jajecznicy, którą nam zaserwowano. Zrekompensował je natomiast widok kolejnej plaży! Leżącą w samym sercu miasta Cala d’Or – Playa Cala Gran obserwowaliśmy w ciszy i spokoju, bo młody zdecydował, że to najlepsza pora na ucięcie drzemki.
Zupełnie nieprzypadkowo po południu jechaliśmy, tymczasowo nasza Kią, do pobliskiego Portocolom. Przystanek w tej miejscowości był zdeterminowany tym, że jedynie tam w niedziele znaleźliśmy otwartą aptekę, a w niej pomocną farmaceutkę, która bez wnikania w szczegóły wydała nam lek! Byliśmy uratowani?!
Po dniu pełnym niepewności, czy uda nam się załatwić krople ciśnienie opadło… Mimo, że młodego czekała tygodniowa kuracja to nauczeni doświadczeniem, wiedzieliśmy, że za kilka dni stan małego pacjenta znacznie się poprawi i w pełni będzie mógł cieszyć się wakacjami.
Si, si, aqui!
Kolejny dzień przywitał nas zachmurzonym niebem, co wywołało w nas lekki niepokój, bo nie to obiecywały zachęcające do wyjazdu prognozy, które sprawdzaliśmy przed wylotem.
Pełna optymizmu zaproponowałam wycieczkę na jedną, z ponoć najpiękniejszych we wschodnim rejonie, plaże. Kiedy zbliżaliśmy do celu nawigacja, wbrew znakom zakazu, natarczywie nakłaniała nas do skrętu. W obawie przed (być może kolejnym już) mandatem zaparkowaliśmy ponad kilometr drogi od miejsca docelowego. Wcześniej jeszcze dla pewności, swoim raczkującym hiszpańskim zapytałam pobliskich robotników, czy na pewno: aparcamiento aqui?! W odpowiedzi usłyszałam: si, si, aqui! Uznałam więc, że jesteśmy we właściwym miejscu i nic złego nie powinno się wydarzyć.Do Cala s’Almunia szliśmy w ciszy, lekko niepewni tego, czy aby na pewno dotrzemy tam gdzie chcemy dotrzeć. Napięcie budowała też rozkapryszona tego dnia pogoda, która nie mogła się zdecydować, czy doszczętnie nas zmoczy, czy tylko postraszy. Na ostatnim odcinku trasy dramaturgii dodały pionowe skalne schody prowadzące do plaży. Z Jaśkiem na rękach i z lekko rozedrganymi łydkami ruszyłam na dół, za mną małżonek z ponad 10- kilogramowym wózkiem pod pachą. Na miejscu olśniewające widoki… niekończący się błękit, malownicza zatoczka i wszystko to czego rodziny z dziećmi nienawidzą, czyli wystające, ostre kamienie i niebezpieczne przepaści, wyjątkowo kuszące dla naszego ciekawskiego malucha. Miejsce niezwykle romantyczne i bardzo „niedzieciowe”. Pokarmiliśmy przez chwilę wzrok, wdech- wydech i ruszyliśmy tą samą drogą z powrotem.
Zostawiłam serce w…
Atmosferę tego dnia uratowało miasteczko Santanyi– moja majorkańska perła! Trudno określić, czy zachwyt nad tym miejscem spowodowany był krążąca w moim krwiobiegu sangrią, wypitą po ponad dwuletniej sangriowej przerwie, czy słońcem, które zupełnie nieoczekiwanie wyszło zza chmur i rzuciło złote światło na kamienne budynki. Być może to przez liczne sklepy z ceramicznymi cudeńkami, kolorowymi sukienkami, czy ręcznie szytymi (i piekielnie drogimi) misiami, które wyjątkowo spodobały się najmłodszemu z ekipy. Sama nie wiem. Czasami pojawiam się w jakimś miejscu, miejscu zupełnie niepozornym i zostawiam tam kawałek swojego serca. Dokładnie tak było w przypadku Santanyi, którą polecam każdemu kto będzie w okolicy?
Odpowiedzialność za poszukiwanie miejsca na popołudniowe plażowanie postanowiłam przerzucić na małżona. W obawie przed gniewem, który może na mnie spaść, jeśli po raz kolejny zafunduje mu wyczerpujący maraton z metą na kamiennej plaży, przekazałam mu pokornie pałeczkę organizatora. Tak oto trafiliśmy na Cala Marcal, plażę o której nie słyszałam, nie czytałam, której nikt nie rekomendował, a okazała się bardzo przyjazna, zwłaszcza dla podróżujących w modelu 2+…
Plażowy wyłudzacz
Rutynowo kolejny dzień zaczęliśmy nie gdzie indziej, jak na plaży. Tym razem zdecydowaliśmy się na Es Trenc– miejsce, które odwiedzam za każdym razem będąc na Majorce i za każdym razem odbieram je inaczej. Podczas pierwszej wizyty przypływ wyrzucił na plażę bardzo dużo śmieci, więc zupełnie nie rozumiałam kogo może zachwycić to wysypisko. Tym razem śmieci nie było, a zachwytom nie było końca? Z rzeczy mniej przyjemnych parking niestety nie należy do najtańszych, bo trzeba przygotować się na wydatek w wysokości 7 euro i nie ma nawet cienia szans na dyskusję w stylu „my tylko na godzinkę”, albo płacisz, albo sio! No więc płacisz…
Na plaży Jasiek znalazł sobie 4-letniego kolegę, który dysponował aż czterema pistoletami na wodę i którymi ochoczo podzielił się z naszym małym rewolwerowcem. Poza tym, na swoje niebieskie oczka Jano wyłudził jeszcze kokosa od dwóch Niemek i plaster arbuza od pana handlującego na plaży owocami. Myślę, że ten młody człowiek z głodu nie umrze i da sobie w życiu radę!
Z Es Trenc przetransportowaliśmy się do stolicy. Do Palmy nie wracam z nadzieją na przeżycie porywającej przygody. Kiedy ją odwiedzam nie przeszywa mnie dreszczyk emocji, który zwykle towarzyszy mi podczas odkrywania nowych miejsc, ale nie to jest celem. Nie jeżdżę tam po to, żeby odkrywać nowości, a wręcz przeciwnie, po to, żeby powłóczyć się po znanych i lubianych miejscach, miejscach do których wracam z przyjemnością. W Palmie czuje się bezpiecznie, z Palmą wiąże się wiele pięknych wspomnień, Palma nigdy nie zawodzi.
Nauczyciel życia
Kolejny dzień Janek zaczął od przeglądu technicznego czerwonego kajaka leżącego na brzegu Cala Agulla, lania mamy wodą i straszeniem wyjątkowo nieustraszonych mew.
Te zadania okazały się dla niego na tyle wycieńczające, że w drodze do Arty zasnął, a my dzięki temu oboje mogliśmy zjeść ciepły posiłek i bez gonitwy za szalonym małolatem poszwędać się ulicami sennego i słonecznego miasta, z rozrzewnieniem wspominając jak to było kiedyś i jednocześnie nie wyobrażając sobie do tego powrotu, bo przecież w wózku smacznie pochrapywał nasz najwierniejszy towarzysz podróży, bez którego nie umiem już zaplanować nawet wyjazdu do Lidla.
Wypoczęte dziecko postanowiliśmy trochę zmęczyć na kolejnej plaży- Platja de Canjamel… Wiem, wiem… nudy, ciągle tylko te plaże i mały dzieć, ale cóż tak wygląda wakacyjna rzeczywistość z młodym człowiekiem. Jego radość na widok wody i podekscytowanie wywołane przez piasek przesypujący się przez palce są niesamowite. Zachwycam się nad tym ile radości dają mu prozaiczne rzeczy i staram się tego od niego uczyć, a jak wiadomo najlepsza nauka to nauka przez zabawę, najlepiej na plaży?
Dorwać futrzaka
Kontynuując naszą wakacyjną tradycję, szlakiem plaż, dotarliśmy do Cala Mondrago. O 10:00 byliśmy na niej prawie sami, a o 12:00, kiedy już zbieraliśmy do dalszej drogi, plaża zaczęła zapełniać się ludźmi, głównie lokalesami.
Tego dnia obiecałam Andrzejowi, że zabiorę go do jednego z najbardziej romantycznych miejsc na Majorce, do Valdemossy. Już z trasy, skalne miasteczko wyłaniające się spośród zieleni, robiło sporo wrażenie i zapowiadało pozytywne doznania, Jan miał jednak tego dnia odmienny plan! Chyba mamy z synem nieco inne wyczucie klimatu, kiedy ja próbowałam zarazić chłopaków zachwytem nad pięknem tego miejsca, Jachu usilnie próbowałam dorwać kota na pobliskim targowisku… Nie pomogła próba przekupstwa bananem, nie pomogła pizza ani lody, kot okazał się znacznie bardziej interesujący. Kiedy postanowiliśmy ukrócić cierpienia, nieco przytłoczonego nadmierna ekscytacją naszego syna, futrzaka i zabraliśmy Jana z dala od zwierzaka, ten zrobił nam taką awanturę, że magia Valdemossy uleciała w niewiadomym kierunku, a tata marzył o jednym – o powrocie do hotelu!
W poszukiwaniu piękna
Kiedy zrozpaczony separacją z czworonogiem, Jaś nieco ochłonął zrobiliśmy przystanek w miejscu, który oboje z mężem wspominamy z sentymentem, na Platja es Palma, w miejscowości s’Arenal. To tutaj, kilka lat temu zatrzymaliśmy się na Majorce. Dla spłukanych studentów to było miejsce idealne. Nasze niezbyt wygórowane oczekiwania były tam w pełni zaspokojone! Dziś przechodząc ulicami pełnymi śmieci porozrzucanych po nocnych imprezach, wzdłuż kolorowych budynków z odpadającym tynkiem, mijając kolejne krzykliwe szyldy informujące o promocjach na drinki, wiemy, że Majorka to coś znacznie więcej niż „to”, co oferuje s’Arenal. Warto się nieco oddalić od mekki wieczorów kawalerskich, żeby odnaleźć prawdziwe piękno wyspy.
Blanco y frio
Nasze dni na wyspie upływały pod znakiem słońca, plaż i copas de vinos (najczęściej blanco i frio:))- hedonistycznie, czyli tak jak lubimy najbardziej! Trudno było pogodzić się z myślą, że ta urlopowa sielanka za chwilę się skończy. Przygnębiające myśli o powrocie odłożyliśmy na bok i wybraliśmy się do Porto Cristo na poranną kawę. Portowa miejscowość nie zrobiła na nas szczególnego wrażenia i gdyby nie deficyt kawowy, z którym mierzyliśmy się tamtego poranka, pewnie byśmy się tam nie zatrzymali.
Cala Angulla, którą odwiedziliśmy jako kolejną, z pewnością nie rozczaruje wymagających. Jest tam bar otwarty w sezonie, biały piasek i czysta woda. Jak na standardy Majorki niby nic nadzwyczajnego, ale dla przedstawicieli Europy środkowo – wschodniej to zdecydowanie obrazek niecodzienny. Wizja życia w miejscu, w którym jest tak wiele malowniczych zakątków sprawia, że mam ogromne poczucie niesprawiedliwości, że nie urodziłam się właśnie tam- na Majorce.
Tego samego dnia odwiedziliśmy jeszcze miejscowość Manacor, z której pochodzi słynny tenisista Rafa Nadal. Wykorzystując chwilę drzemki Jaśka zatrzymaliśmy się tam na obiad w restauracji włoskiej prowadzonej przez Azjatkę i wbrew pozorom to była bardzo smaczna decyzja.
Adios!
Mimo lotu o późnej porze nie udało się nam przedłużyć doby hotelowej, więc od rano spakowaliśmy nasze bagaże, pożegnaliśmy Cala d’Or i ruszyliśmy w kierunku Palmy.
Ostatnie przedpołudnie spędziliśmy na Platja Major, miejskiej plaży znajdującej się na obrzeżach stolicy. Jasiek był w swoim żywiole, stawiał babki i psuł babki, stawiał babki i psuł babki… Biegał na golaska z wiadrem na głowie i bez wątpienia był szczęśliwy!
Od naszego powrotu minęło już kilka dni. Jest noc, a ja od dłuższego czasu siedzę i zupełnie bez pomysłu wpatruje się w klawiaturę. Ostatni akapit powinien być zaskakujący lub pełen nostalgii, zabawny lub przejmujący, pozostawiający czytelnika z refleksją lub subtelnym niedopowiedzeniem, rozbudzonym apetytem na więcej! Tymczasem u mnie w głowie zupełna pustka. Tak jakbym nie chciała kończyć, jakbym wcale nie chciała wracać z tej podróży… Mówią, że do trzech razy sztuka, ale to nie może się tak po prostu skończyć i skrycie wierzę, że kolejne relacja z Majorki, opublikowana w odległej przyszłości , będzie nosiła tytuł: Moje życie na Balearach:)




















































































































