Okna brudne, pierogi i barszcz zamówione, tylko choinka nie nawaliła w tym roku. Mikołaj wpadł na Krańcową z lekkim wyprzedzeniem, a pierwsza gwiazdka spadła dzień wcześniej. Do stołu wigilijnego zasiedliśmy 23 grudnia, a dzień później witaliśmy się ze słońcem w Maladze!
Czy mycie okien, gar bigosu przyrządzony w pocie czoła, kolejki w supermarketach i 12 potraw, których KONIECZNIE trzeba spróbować to jedyna słuszna opcja na spędzenie świat? Moim Zdaniem nie! Święta to kilka magicznych dni, w których liczy się bliskość, a najlepszym prezentem jaki możemy podarować drugiej osobie to swój czas i uwaga, a z tym pierwszym u nas ostatnio krucho, ale pracujemy nad tym. W jaki sposób? Np. Tak…
Alternatywa świąteczna
Słońce, dobre wino po 2 euro, serdeczność z jaką Hiszpanie podchodzą do drugiego człowieka… to zaledwie kilka z wielu powodów, dla których tak chętnie wracamy do ojczyzny Picassa i Pique. Do tego zestawu moich zachwytów po naszym świątecznym pobycie w Maladze, mogę śmiało dołączyć zlaicyzowane podejście do świąt. Nie było widać, żeby ktoś urabiał się po pachy, tocząc nierówną walkę z czasem mierzonym ilością przyrządzonych potraw wigilijnych. Nigdzie nie grasowały pielgrzymki wystylizowanych przechodniów tłumnie napierających do drzwi świątyń. Zamiast tego w noc wigilijną na ulicy można było spotkać mnóstwo młodych ludzi celebrujących święta w towarzystwie rodziny i znajomych. Wyobrażacie sobie wzrok mamy, czy babci kiedy oznajmiacie im, że w wigilię, zamiast na pasterkę, idziecie z kolegami na piwo?! Nie wiem jak Wy, ale ja, wychowana w tradycyjnej, polskiej, katolickiej rodzinie mogłabym od razu pakować się na egzorcyzmy ze skierowaniem wydanym przez seniorkę rodu, bo przecież na pewno jakiś szatan mnie opętał, skoro w ogóle przyszedł mi do głowy tak diabelski pomysł.
Święta bez zadęcia
Tak wiec jeśli chodzi o święta to Hiszpanie lubią świąteczną atmosferę, którą tworzą m.in. zdobiąc domy lampkami, czy dekorując ulice w naprawdę spektakularny sposób! Niekoniecznie wylewając przy tym siódme poty, no chyba, że… późną nocą na parkiecie😊
24 grudnia sklepy są czynne nawet do 19:00, później poza chińskimi marketami próżno szukać czegokolwiek, co byłoby otwarte. Podobnie jest z lokalami, ale tutaj zdarzają się wyjątki. Niektóre bary są czynne dłużej, ale głównie te z alkoholikami, kuchnie w święta zamyka się tu wcześniej. A w barach? Gwar, muzyka i śpiew, dym unoszący się z papierosów, zachrypnięte, przekrzykujące się głosy lokalesów – tak bardzo charakterystyczne dla Hiszpanii!
W wigilijny wieczór rodziny zasiadają do kolacji znacznie później niż w Polsce i podchodzą do tego znacznie mniej ceremonialnie. 25 grudnia sklepy są zamknięte, ale niektóre lokale powoli się otwierają. Natomiast drugi dzień świąt to również pierwszy dzień wyprzedaży! Wszyscy chodzą wtedy na zakupy, a w restauracjach są tłumy. W naszej kamienicy tego dnia odbywał się regularny remont, z rusztowaniami, tynkarzami, malarzami i całą remontową resztą. 26 grudnia jest dniem wolnym od pracy, ale świąteczną atmosferę wyczuwalnie zastępuję karnawałowy klimat.
Takiego luzu życzyłabym całemu światu!
Nie lubię tak!
W Maladze gościliśmy 7 dni, 7 długich, leniwych i wypełnionych po brzegi słońcem, dni. Pierwszy raz od bardzo dawna urlop nie zleciał mi w mgnieniu oka. Nie wynajęliśmy auta i niczego nie zaplanowałam. Czułam się jak totalna ignorantka lecąc do miejsca, o którym tak niewiele wiedziałam. Nie lubię tak! Kto mnie czyta, ten wie, że zanim się gdzieś wybiorę, lubię przestudiować dane miejsce z Pascalem, Lonely Planet, Pinterestem no i Google oczywiście. Za każdym razem tworzę też swoją wirtualną mapę z pinezkami umiejscowionymi w punktach, które z jakichś przyczyn warto zobaczyć. Czasami są to miejsca z rekomendacji blogerów, czasem z przewodników, innym razem z poleceń znajomych. Tym razem było inaczej… tegoroczne święta mieliśmy spędzić lepiąc bałwana i jedząc knedliczki, w czeskiej stolicy. Jednak zmiana pracy, totalna reorganizacja (chociaż tutaj odpowiedniejszy określeniem byłaby – dezorganizacja!) życia i ogólny wkurw na pogodę, smog, choroby, inflacje i zatłoczone tramwaje o 7 rano, sprawiły, ze dość spontanicznie zmieniliśmy plan. W podjęciu decyzji pomogły oczywiście, relatywnie tanie, bilety do Malagi. Po pandemii czuć wyraźny wzrost cen biletów do Hiszpanii, więc kiedy za naszą trójkę płacimy 1500 zł to uwierzcie mi- jest tanio. Nocleg zarezerwowałam w starej dzielnicy rybackiej – Pedregalejo, jakieś 4 km od ścisłego centrum. Im bliżej lokalesów tym lepiej- tak lubię najbardziej;) Wynajem apartamentu z widokiem na morze wyniósł nas niespełna 2000 zł. Luksusów nie było, był za to pył unoszący się z remontowanej klatki schodowej i zapach starej kamienicy, ale to nic kiedy codziennie rano wchodząc do kuchni widzisz wschodzące nad morzem słońce i od tego morza dzieli Cię zaledwie jedno przejście dla pieszych.
Od cholery i ciut ciut
Chciałabym napisać Wam o Maladze, o tym gdzie warto jeść, spać, co koniecznie trzeba zobaczyć, ale tego nie zrobię z prozaicznych powodów. Nie wiem. Przez 7 dni spacerowaliśmy bez celu. wchodziliśmy do knajp, kierując się bardziej intuicją niż oceną na tripadvisorze. Kupowaliśmy sery, szynki, oliwki i wino, pakowaliśmy to razem z kocem w plecak i ruszaliśmy zupełnie bez planu w miasto. Kiedy młody zmęczony pogonią za zielonymi papugami, graniem w piłkę, zbieraniem kamieni i robieniem przystanków na KAŻDYM placu zabaw (a tych w Maladze jest od cholery i ciut ciut)- padał… Jak na typowych rodziców dwulatka przystało, padaliśmy razem z nim. Wcześniej rozbijając nasze obozowisko pod pierwszą lepszą palmą, czy na innym skrawku ziemi z widokiem na morze, popijając przy tym, z reguły ciepłe już, wino, z plastikowych kubków, które „na wszelki wypadek” zawsze mieliśmy pod ręka;)
Cel tego wyjazdu był jeden. No dobra, może w sumie, dwa. Spędzić jak najwięcej czasu na świeżym powietrzu i robić to na co Junior ma ochotę. Ostatnie miesiące mocno przeczołgały naszą rodzinkę i serce nam pękało kiedy patrzyliśmy jak Jasiek całymi popołudniami gapi się w telewizor, a tam na zmianę hity dwulatków- Strażak Sam, Psi Patrol, Pepa Pig i dzięki Bogu, Krecik, który na chwilę pozwalał odpocząć zmysłom od szalonych dźwięków i kolorów. Możecie nas teraz zlinczować, ale wracając z pracy po 17:00, nie mam ani siły ani ochoty na animowanie czasu wolnego, więc zalegam z dzieciem w objęciach na naszej zielonej sofie i wspólnie oddajemy się praniu mózgu. Książeczki też czytamy, wiadomo, ale każdy kto czytał, wie, że lektura jednej pozycji dla dwulatka to w porywach 2 minuty roboty, a każda bardziej rozbudowana historia nie spotyka się z aprobatą rozbrykanego malucha.
Czy nasz podróżniczy cel został osiągnięty? Oooo tak! Najlepszym dowodem na to jest krokomierz. Każdego dnia robiliśmy pomiędzy 9, a 16 km i muszę przyznać, ze to strasznie dołujący wynik, w zestawieniu z ilością kilometrów, które robimy w tygodniu roboczym:( Możecie zapytać, gdzie tyle łaziliśmy, ale serio… trudno mi powiedzieć. Błądziliśmy ulicami, parkami, plażami, barami… Mój mózg nadwyrężony wzmożoną ilością obowiązków, które kolokwialnie rzecz ujmując, „dojechały” mnie w ostatnim czasie, wziął sobie prawdziwy urlop… Polecam!
Out of the box
Każda podróż jest wyjątkowa, ale ten wyjazd wyraźnie różnił się od wszystkich dotychczasowych. Zupełnie nie wpisywał się w nasze schematy. Będę wspominać go przez pryzmat godzin spędzonych na placach zabaw, wieczornych rozgrywek piłkarskich toczonych przez dzieciaki na środku ruchliwego deptaku i porannego bieganie, do którego nie trzeba było się przymuszać, bo wschodzące słońce skutecznie wyrywało z łóżka. Przez pryzmat uśmiechów na twarzach mieszkańców, który wywoływał nasz mały człowiek, rzucając sam z siebie, feliz navidad, griacias, adios, czy, moje ulubione- mama, tranquilo!– nie mam pojęcia skąd dzieciaki łapią te teksty i co bardziej zdumiewające, skąd wiedzą kiedy ich użyć!
W poszukiwaniu szczęścia
Cały czas poszukujemy swojego miejsca na świecie i nie ukrywam, ze Andaluzja spełnia wiele naszych oczekiwań w kontekście miejsca idealnego do życia. Powrót w te rejony jest nieunikniony. Muszę zobaczyć Rondę, Kordobę, Sewillę, Alhambre, wysokie fale w Tarifie, przespacerować się pueblos blancos, przejść Caminito del Rey, i odwiedzić co najmniej dwa muzea w Maladze! Niestety tour po miastach i zachwyt nad bielonymi domkami nie do końca wpisuje się w zainteresowania naszego syna, więc póki nie wejdzie w etap swojego życia, kiedy to sam zacznie wysyłać nas na urlopy, czerpiąc korzyści z wolnej chaty, to pozostają nam tour po placach zabaw i cieszenie się widokiem tarzającego się w piasku malucha. Piszę to z przymrużeniem oka, bo czas leci jak szalony. Wiem, że dorwie mnie jeszcze ta pełna nostalgii chwila, kiedy mocno zatęsknię za obrazkami z naszych rodzinnych wakacji, zapominając o tym ile potu wylałam dźwigając 13-kilogramowego chłopczyka na odcinku 3 km i ile nerwów kosztowały mnie nieprzespane noce, bo Jan grubo po północy składał zamówienia na kabanosy i sok, a ja niczym pracownik McDriva robiłam kursy do lodówki, w półśnie potykając się o wszystko co stawało na mojej drodze… Jeszcze za tym zatęsknię. Tak mówią;)
Kończąc ten mało konkretny, chaotyczny i chyba trochę sentymentalny wpis, wrzucam Wam porcje zdjęć, które mam nadzieję rozbudzą w Was chęć odkrywania nie tylko Malagi, ale całej Andaluzji, a mnie będą motywowały do rychłego powrotu.




































































To faktycznie mały nieporadnik😅
Czekałam, aż opiszesz jakiś magiczny zakątek.
Klimat na święta do pozazdroszczenia. Bez kotów tym razem 😝
Przyjmuję to jako wyzwanie:)
Teraz to już koniecznie trzeba tam wrócić i poszukać perełek!