Plantacje herbaty, które w niczym nie ustępują tym w Indiach. Lasy, jak kostarykańska dżungla. SPA, jakby wyrwane z Bali, liczba krów, jak na podlaskiej wsi, a wszystko to osnute szkocką mgłą i portugalską melancholią. Czy ten mix może zwiastować coś dobrego? O tak! I to jak dobrego!

Dla jednych zesłanie, koniec perspektyw na rozwój i samorealizację, koniec świata – tak Azorczycy często postrzegają swój fragment lądu zawieszony gdzieś pośrodku oceanu, oceanu, który jest dla nich symbolem muru odgradzającego ich od reszty świata, uniemożliwiającego sięgniecie po własne marzenia. A później wpadasz tam Ty- Europejczyk, czy Amerykanin i percepcja odmienia się o 180 stopni. Zachwycasz się kolorami, wszechobecną zielenią, naturą, powietrzem, spokojem i wolnością. Na chwile zwalniasz, bo wszyscy tam zwalniają. Nie dlatego, że muszą, nie dlatego że są leniwi, nawet nie dlatego, że chcą, na Azorach po prostu nie ma sensu się spieszyć, nie ma dokąd biec… z jednego na drugi koniec wyspy można dostać się w zaledwie półtorej godziny. Droga pomiędzy oferuje zjawiskowe atrakcje, ale nie przaśną rozrywkę, nie plastikową turystykę. Daje za to melancholię, pozwala złapać głębszy oddech i nabrać dystansu do wielu spraw. Mnie to urzekło, ale czy Azory, a właściwie jedna z azorskich wysp- Sao Miguel, jest dla każdego?

Paragon z podróży

Od jakiegoś czasu podchodzę do wyjazdów znacznie bardziej świadomie. Nadal kuszą mnie wszelkie promki na bilety i inne „niepowtarzalne okazje”, ale staram się wyszukiwać i skupiać na tych miejscach, na których z jakichś powodów zależy mi szczególnie mocno. Wiadomo, że moje marzenie to nie jeden konkretny cel, a cały świat, ale na tym świecie są miejsca, które chce zobaczyć bardziej i mniej, takie do których jeszcze nie dojrzałam i te z których już wyrosłam. Na drodze tego typu rozważań podjęliśmy decyzję o wyjeździe na Azory! Klamka zapadła już dawno, bo w listopadzie. Już wtedy wiedziałam, że w lipcu czeka nas, uwielbiana przez wszystkich rodziców, wakacyjna przerwa w żłobku i nijak nie obędzie się bez wybrania części urlopu. Wiedząc też, że ceny w wysokim sezonie potrafią być, dyplomatycznie mówiąc, kontrowersyjne, do szukania zabrałam się znacznie wcześniej. Za bilety Tap Portugal na trasie Warszawa-Lizbona-Ponta Delgada – Warszawa, zapłaciliśmy 2200 zł. Uważam to za całkiem niezły deal, jak na trzyosobową rodzinę z trzema walizkami. Kiedy tylko bilety wpadły na skrzynkę mailową od razu zaczęłam przekopywać Internet w poszukiwaniu noclegu. Za 6 nocy w Sao Vicente Lodge zapłaciliśmy 2800 zł – dużo czy nie dużo? Trudno powiedzieć, jak na nasze standardy podróżowania raczej więcej niż mniej, jak na azorskie standardy całkiem przyzwoicie. 

Ciocia Cookies i gady na tarasie

Nie byłabym sobą, gdybym nie naskrobała kilku zdań o samym obiekcie;) Przyznaje, uwielbiam to robić, zwłaszcza kiedy mam dużo dobrego do napisania. Sao Vicente Lodge to budynek z zaledwie kilkoma apartamentami, mieszczący się dosłownie na końcu drogi. Do celu dotarliśmy późnym wieczorem, więc nie wiedzieliśmy do końca co takiego może zaoferować to miejsce, a może dużo! Pozornie zwykły budynek, a za nim bezkres oceanu. Dookoła cisza, taka która mieszczuchom dzwoni w uszach i utrudnia zasypianie. Mieszkaliśmy w przestronnym apartamencie z ogromnym tarasem, który wychodził na niewielki basen i na którym odwiedzały nas maleńkie jaszczurki.
W holu można było zaopatrzyć się w lekturę, grę planszową lub pooglądać sekretne życie złotych rybek w okrągłym akwarium. Fanem tej ostatniej atrakcji był oczywiście nie kto inny, jak nasz pierworodny. Każdy dzień zaczynał od przywitania się z pływającymi stworzeniami, a przed pójściem spać musiał się z nimi pożegnać.
Prawie codziennie w budynku można było spotkać Panią, która opiekowała się obiektem i która nie szczędziły czułości naszemu synkowi. Każdego dnia ściskała go na przywitanie i wręczała paczkę lokalnych ciasteczek, czym zyskała przydomek Ciocia Cookies- tak mianował ją Jasiek.
W obiekcie było czysto, cicho, przytulnie i spokojnie, czyli dokładnie tak jak lubimy. Jeśli Wam też odpowiada taka atmosfera to polecam z całego serca!

Kilka zdań o logistyce

Zacznijmy jednak od tego jak udało się nam na Azory dostać, bo wbrew pozorom to nie taka prosta sprawa. Wyspa Sao Miguel, podobnie jak Madera, należy do Portugalii, ale na ten moment nie ma opcji, żeby dostać się tam bezpośrednio, tak jak na Maderę. Dlatego też wyruszyliśmy z Warszawy. Po 4h lotu, które nasz syn przespał w całości (!) dotarliśmy do Lizbony. Na przesiadkę, ze względu na opóźnienie, mieliśmy jedynie pół godziny. Udało się. 2h później lądowaliśmy na środku Atlantyku, w miejscu które nie wita masowej turystyki z otwartymi ramionami, które nie krzyczy „Weź! Kup! Wejdź!”. W miejscu, gdzie nikt nie próbuje Cię naciągnąć, niczym zachęcić. W miejscu które nie wciela się w żadną z pożądanych przez komercyjny świat ról, które niczego nie udaje i nie próbuje iść w ślady innych, chętnie odwiedzanych miejsc… Jeszcze nie.
Kiedy samolot zbliżał się do lądowania małżonek spojrzał przez okno i z lekką dezaprobatą w głosie stwierdził, że „to wygląda jak Szkocja”. Nie chodzi o to, żebyśmy mieli coś do Szkocji, ale nie tego pragnęliśmy w środku lata. Soczysta zieleń nijak nie przypominała,  popalonych słońcem, terenów Europy południowej, gdzie często gonimy ładować baterię przed naszą polską jesienią. Niska zabudowa, i kamienne murki dookoła domów, wszechobecne krowy pasące się na bezkresnych pastwiskach i niebo. Niebo nad Sao Miguel podczas naszego pobytu często było spowite chmurami, takimi który zwiastują najkoszmarniejsze burze, siekierę zawieszoną w powietrzu i każdy tylko czeka, aż lunie, ale… nie pada. Z wyjątkiem kilku drobnych epizodów deszcz nas oszczędził. Niebo straszyło nas jednak codziennie, jakby chciało pogrozić nam paluszkiem, wskazać żebyśmy chwytali dzień, bo nigdy nie wiadomo, co może nas spotkać.

Mleko w Atlantyku i biznes na Azorach

No więc chwytaliśmy, a zaczęliśmy od Ribeira Grande. Z racji na nasz przyjazd o późnej porze, w lodówce nie mieliśmy nic poza światłem, więc do miasteczka ruszyliśmy w konkretnym celu – zjeść śniadanie. Poszukiwania klasycznej jajecznicy okazały się nie lada wyzwaniem. Finalnie się udało, ale wyciągnęliśmy z tego wnioski i na kolejne dni dobrze zaopatrzyliśmy naszą lodówkę. To nieco zabawne, jak bardzo przywykliśmy do tego, że wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Knajpy, z co najmniej kilkoma wariantami napoi mlecznych i szeroki wybór dań. W kartach coraz częściej możemy wybierać spośród wersji wegetariańskich, wegańskich, czy bezglutenowych, a tutaj… Tutaj żyją bez tych „luksusów” i nie wyglądają na przesadnie zmartwionych tym, że zabrakło mleka sojowego do ich ulubionej latte.

Po śniadaniu wylądowaliśmy, nieco przypadkowo, na Plaży św. Barbary. Przypadki, z reguły wychodzą nam całkiem nieźle i kiedy czegoś nie planujemy, często miło się zaskakujemy:) Plaża była szeroka, fale ogromne, a bryza unosząca się nad czarnym piachem dawała efekt podobny do rozedrganego powietrza wiszącego nad rozgrzanym asfaltem w upalny dzień. Jasiek dawał upust swoim emocjom, ganiał po plaży jak szalony. Turlał się z piaskowej górki zamieniając się w devolaya. W międzyczasie kazał zakopywać się w piasku, żeby móc się z niego wygrzebać i żebyśmy znowu mogli go zakopać i żeby mógł się wygrzebać i żeby… a kiedy fale się załamywały i zamieniały w białą pianę, krzyczał w niebogłosy „mleko!!!” i wiem, że był wtedy najszczęśliwszy na świecie:)
Dla zainteresowanych dodam, że na tej plaży można pobierać lekcję surfingu.

Wieczorem wyskoczyliśmy do Ponta Delgada – stolicy Sao Miguel. W największym mieście na wyspie nie ma chyba czegoś takiego, jak główna atrakcja, albo mi to jakoś umknęło. Może poza restauracjami, do których nie można było się dostać i to jest kolejny fenomen wyspy. Jak się okazywało niejednokrotnie podczas naszego pobytu, nie tylko my mieliśmy ochotę skosztować azorskiej wołowiny, czy innych przysmaków. W większości restauracji całowaliśmy jednak klamkę ze względu na full booking. Także jeżeli szukacie pomysłu na biznes to polecam- restauracja na Sao Miguel.

Góry, hortensje i Piekielne Usta

Kolejny poranek przywitał nas słońcem, więc Jan chwycił po koło i jeszcze przed pierwszym kęsem parówki wyciągnął nas na basen. Nie ma, że nie! Poranny rozruch musi być. Po aqua aerobicu pojechaliśmy podziwiać widoki na Lagoa Azul i Lagoa Verde z Miradouro da Boca do Inferno. Droga do najbardziej rozpoznawalnego punktu azorskiej wyspy była w stylu azorskim, czyli kiepsko oznaczona i bardzo dziurawa. Momentami powątpiewaliśmy, czy jedziemy we właściwym kierunku i czy dojedziemy tam z podwoziem w jednym kawałku. Uszliśmy z życiem, i my i auto. Na miejscu był parking, z którego można było udać się na bardziej wymagający trekking lub spokojniejszy spacer. Dla każdego coś atrakcyjnego. Z racji na to, że Jaśkowi włączyło się „mama, na rączki” wybraliśmy drugą opcję, która z 15-kilogramowym obciążeniem na klacie też dała szansę się spocić. Widok u góry był wart każdego wysiłku. Droga przez las, później las i ogromne fioletowe hortensje, porośnięte zielenią góry i finał z niebanalnym widokiem na jeziora mieszczące się w kraterze wulkanicznym – podobno to taki przedsmak Hawajów. Chyba musimy to kiedyś zweryfikować:)

Myślę, że w okolicy można spędzić cały dzień przemieszczając się od punktu do punktu widokowego, których w tamtym rejonie jest pełno i każdy z nich robi efekt „wow”. Nasz syn jednak powoli ucinał sobie drzemkę, więc nie chcąc drażnić tego lwa po prostu jechaliśmy podziwiający widoki zza szyby samochodu.
Jadąc przed siebie dotarliśmy do Praia dos Mosteiros. Nasz drzemiący w foteliku pasażer nie mógł jednak stracić nic z wyjazdu, więc kiedy tylko Andrzej zgasił silnik, Jasiek z nową energią oznajmił, że już nie śpi i chce iść się kąpać! Plaża, jak każda inna na wyspie była czarna i otoczona wysokimi, porośniętymi zielnią klifami, a atmosfera miasteczka była bardzo leniwa i spokojna, dopóki nie weszliśmy na obiad do O Américo de Barbosa. W restauracji było gwarno i aromatycznie.Widać było, że obsługa działa na pełnych obrotach, a o wolny stolik może być trudno. Chyba jednak zrobiło im się nas żal i znaleźli dla nas coś w ogródku. Dwóch sympatycznych Panów, w trosce o Jasia, zaproponowało, że zamienią się z nami miejscami, bo koło naszego stolika latały pszczoły. Przyznaję, że to był bardzo miły gest. Widać było, że są stałymi gośćmi lokalu i miłośnikami różowego wina Mateus:)
Długi czas oczekiwania został w pełni wynagrodzony kiedy kelnerka przyniosła nasze talerze. Nawet nie zdążyłam sięgnąć po telefon, żeby uchwycić tę gigantyczną porcję ryby z warzywami. Głód wziął górę. To było bardzo smaczne popołudnie, a adres z pewnością wato zapamiętać!

Dzień skończyliśmy widokiem na Ocean z Miradouro dos Negros, oddalonego od naszego hotelu o jakieś 3 kilometry. Na chwilę zatrzymaliśmy się też w miejscowości Capelas, w której można było skorzystać z piscinas naturais. Wokół basenów czas spędzali głównie lokalesi, którzy korzystali z kąpieli, grali w kosza i jeździli na rowerach. To tam Jasiek po raz pierwszy pożyczył rower na czterech kółkach i bez żadnych instrukcji ruszył przed siebie. Dziś taki sam model mamy w domu.

Nieoczywista niespodzianka

Kolejnego dnia przywitały nas chmurki, ale nie powstrzymało to naszego amatora wodnych przygód od kąpieli w basenie. Po tradycyjnej już rundzie piruetów pojechaliśmy na Cascada Salto del Cabrito. Podobno wodospadów na wyspie jest całkiem sporo i z chęcią skorzystałabym z nich wszystkich, ale muszę przyznać, że z juniorem to nie taka prosta sprawa. Chociaż woda byłą orzeźwiająca i czysta to dojście do celu groziło, co najmniej skręceniem kostki lub awanturą rodzinną. Mimo ryzyka, popluskaliśmy się w chwilę. Jasiek naturalnie w swoim ulubionym stroju, czyli w stroju Adama wyglądał jak Tarzan w dżungli, ja natomiast, starając się ratować buty całej rodziny przed utonięciem, w najmniejszym stopniu nie przypominałam uroczej Jane.

Kolejnym punktem naszej wycieczki miały być gorące źródła, jednak po dotarciu na miejsce okazało się, że ilość miejsc jest ograniczona i dziś nie ma już szans na skorzystanie z dobrodziejstwa natury. Źródła musiały poczekać…
Zamiast wracać do pokoju ruszyliśmy w kierunku pierwszej stolicy Sao Miguel, czyli Vila Franca do Campo. Miasto sprawiało wrażenie wymarłego. W pierwszej linii brzegowej stały domy z pozabijanymi deskami oknami i zamurowanymi wejściami. Po raz kolejny nie mogłam wyjść z podziwu nad niewykorzystanym potencjałem tego miejsca. Nagle naszym oczom ukazała się całkiem nowoczesna restauracja, Mercado da Vila. Kolejne zaskoczenie! W centrum tej niewielkiej miejscowości ogromny lokal, z bogatą historią i kilkoma utytułowanymi kucharzami, specjalistami m.in. od sushi, kuchni włoskiej i deserów. Puzzel zupełnie niepasujący do układanki, ale takie właśnie są Azory, pełne nieoczywistych niespodzianek.

Vila Franca jest znana głównie z wyspy Ilhéu de Vila Franca, do której można dopłynąć stamtąd w zaledwie 15 minut. Do wyspy na której w serialu Przypływ Jose Condessa, wcielający się w rolę Eduardo, ukrył ładunek kokainy. Poza tym w Villa Franca mieści się Ermida de Nossa Senhora da Paz– świątynia tylko dla gorliwie wierzących, bo żeby się do niej dostać trzeba pokonać całkiem pokaźną liczbę schodów. Jako niepraktykujący i czasami nieco leniwi, nie zdecydowaliśmy się jednak na tę pielgrzymkę ku niebiosom.

Namiastka Azji

Wiedzieliście, że w Europie też uprawia się herbatę?! Przyznaję się szczerze, że ja nie. Lekcję z upraw i hodowli odrobiłam właśnie na Azorach, bo to tam od 1820r. hoduje się krzewy znanego wszystkim naparu. Wstęp do Cha Gorreana jest darmowy! I tutaj kolejne zdziwienie, bo jak to można nie chcieć zarobić na turystach???  A no można i to z klasą😊 Każdy może wejść do środka budynku i od kuchni zobaczyć proces wytwarzania produktu finalnego lub po prostu pospacerować wśród krzewów. W jednym z pomieszczeń wydzielono przestrzeń na kawiarnię, w której ZA DARMO można spróbować czarnej i zielonej herbaty. W budynku znajduje się też sklep z (i tutaj nie będzie wielkiego zaskoczenia) herbatą. Widać, że Azorczycy są dumni ze swojego dziedzictwa i chętnie dzielą się nim z resztą świata. Przyznaje też szczerze, że ta herbata faktycznie była bardzo smaczna i co ciekawe nie pozostawiała na białych filiżankach nalotu, który chyba wszystkim nam jest dobrze znany. Nawet Jasiek, wierny dotychczas wyłącznie sokom i mleku, biegał ochoczo po dolewki. Taka rekomendacje nie pozostawia złudzeń- warto!

Park Jurajski

Z herbacianego raju przenieśliśmy się w czasie do okresu kredy. W Parque Terra Nostra w Furnas, żeby poczuć się jak w filmie Spielberga, brakuje jedynie dinozaurów. Poza tym jest wszystko, co ma zadatki na przeniesienie człowieka w czasie do epoki wielkich gadów lub, co najmniej na plan filmu o tych stworzeniach. Nienaturalnie dużych rozmiarów liście, lilie wodne, na których bez obaw mógłby dryfować Janek, śpiew ptaków i promienie słońca próbujące przebić się przez gąszcz ciemnozielonych roślin. Dla mnie odjazd, totalnie warto się tam zgubić, co też zresztą uczyniliśmy, zupełnie tego nie planując. Znalezienie drogi do wyjścia nie należało do najprostszych zadań, ale na tych którym uda się już obrać właściwy azymut czeka możliwość skorzystania z kąpieli w rdzawej wodzie o leczniczych właściwościach. W związku z tym, że nasz syn to entuzjasta kąpieli wszelakich (nawet kałuży nie przepuści), przystanek w basenie był oczywistym punktem wyprawy. Mimo, że na dworze panowało przyjemne 25 stopni, wskoczyliśmy do wody której temperatura wynosiła pomiędzy 35-40 stopni. Na Azorach zgrzytające zęby i sine usta raczej nie grożą, za to rumieńce na policzkach, owszem.

Po kolejnym dniu pełnym zdumień i zachwytów, postanowiliśmy zjeść spokojną kolację w stolicy. W mieście tego dnia akurat odbywał się festyn. Chór miejski śpiewał portugalskie piosenki, a Jasiek podjudzał rówieśników w galowych strojach do zabawy w superbohaterów, Po chwili zgraja małolatów biegała pod sceną udając, że strzela do siebie pajęczymi sieciami.
Na koniec dnia wskoczył jeszcze do dmuchanego zamku, w którym szalał z pozostałymi dziećmi do późnego wieczora.
Niosąc go totalnie spoconego i zupełnie padniętego do auta usłyszeliśmy z jego ust „ale było wspaniale!”- śmiem twierdzić, że chodziło mu bardziej o skakanie na dmuchanych zabawkach niż o całokształt podróży i udzielający się mu mój zachwyt nad każdym listkiem i źdźbłem tamtejszej trawy, ale i tak, cholernie miło usłyszeć od własnego dziecka, że jest mu z nami dobrze.

Ze SPA na karuzelę

Choć Sao Miguel to wyspa, którą pozornie można zwiedzić całą w 5 dni to polecam Wam jednak poświecić jej nieco więcej czasu, bo jest tego warta. Nam nie udało się dojechać do Nordeste i nie zobaczyliśmy Miradouro da Ponta do Sossego. Z racji na ograniczenie wynikające z posiadania turbo aktywnego 2-latka nie przeszliśmy też żadnego szlaku, ani nie wykąpaliśmy się porządnie w żadnym z wodospadów. Ostatniego dnia postawiliśmy na relaks. Plan zaczęliśmy realizować od wizyty w Caldeira Velha– strefie wód termalnych, do których poprzednio nie udało się nam wejść, a skończyliśmy w Ponta Delgada na samochodowej karuzeli dziecięcej. Tak żegnaliśmy się z Sao Miguel.

Lizbona przelotem

Następnego dni byliśmy już w Lizbonie, mojej ukochanej Lizbonie… Po przylocie tradycyjnie, nacięliśmy się na nieuczciwego taksówkarza, ale mamy już (niestety) wprawę w negocjacjach z oszustami, więc po całkiem kulturalnej wymianie zdań pożegnaliśmy się z Panem, który chciał nas skasować jak za złoto, ale miał pecha, bo nie trafił na leszczy😊. Niesmak próbowaliśmy zatrzeć pysznymi burgerami w Honorato, w Parque das Nações, w dzielnicy, z której postanowiliśmy się nigdzie nie ruszać. Centrum Lizbony zwiedziliśmy całkiem dokładnie podczas naszej ostatniej wizyty, więc tym razem zdecydowaliśmy się zostać w nowoczesnej części miasta, która była dla nas czymś zupełnie nowym. Mieliśmy niespełna 24h, żeby nacieszyć się stolicą Portugalii, więc musieliśmy dokonywać ostrej selekcji. W tej części miasta znajdują się m.in. Oceanarium, muzeum nauki i kolejka linowa. Wybór padł na Pavilhão do Conhecimento – muzeum nauki. Jasiek był zachwycony, bo w budynku na najmłodszych czekała cała masa atrakcji. Od odkopywania szczątków dinozaurów w ogromnej piaskownicy po tworzenia własnego robota. Nie nudziliśmy się, a pawilon opuszczaliśmy jako ostatni goście. Jasiek usnął mi na rękach trzy minuty po zamknięciu drzwi obiektu. Wróciliśmy do hotelu który swoją drogą również polecam ze względu na lokalizację, widok z okna, obsługę i wygodne łóżko. Spakowaliśmy Jasia w wózek i ruszyliśmy w miasto nacieszyć się ostatnimi chwilami urlopu. Mieliśmy właściwie niezapowiedzianą randkę, którą zgotował nam junior. Wykorzystaliśmy ten czas na piciu win, gapieniu się na Ocean i rozmowach podczas których Andrzej stwierdził, że te Azory to jednak coś zupełnie innego niż Szkocja i, że tak w ogóle to lubi Portugalię.

Już teraz czuję, że będę wracać do tego wpisu często i z dużym sentymentem. Za każdym razem kiedy za mocno zagalopuje się w życiu zawodowym, albo pogubię w prywatnym… Azory potrafią być opatrunkiem na wiele ran, a pozorne zesłanie dla wielu może być wybawieniem.