Grzybowa z marketu, błękitne niebo, zbuntowany 4-latek, który do stołu nie usiądzie „bo nie!”, ząbkujący niemowlak, matka Polka, która stara się ładnie wyglądać, ale wygoda dawno wygrała z elegancją i tata, który już nawet się nie odzywa, bo bezsenne noce pokonały go jak Portugalia Polskę na euro w 2016
Rok w Hiszpanii… Chociaż, tak naprawdę, spędziliśmy w niej nieco ponad dwa tygodnie to przez ten czas wydarzyło się tak wiele, że czuję się jakby nasza odyseja andaluzyjska trwała znacznie dłużej. Zmienialiśmy miejsca, zmieniała się pogoda, zmieniały się nastroje nasze i naszych dzieci. To była kolejna podróż, z której wynieśliśmy bardzo dużo lekcji. Dawno znikąd nie wróciłam z głową tak pełną różnych refleksji. Refleksji na temat naszej rodziny w życiu i w podróży. Na temat tego czego na prawdę chcemy, czego potrzebujemy i dokąd zmierzamy. Symbolicznie zamknęliśmy tu stary i otworzyliśmy nowy rok. Czas spędzony na wybrzeżu słońca pozwolił nieco uporządkować szufladki w naszych głowach, a w niektórych z nich zrobił prawdziwą rewolucję.
Rozdział I: SEWILLA tylko na chwilę
Po 3,5 godzinie, całkiem dzielnie przetrwanego lotu, wylądowaliśmy na dobrze nam już znanym, lotnisku w Maladze. Tradycyjnie wypożyczyliśmy samochód i ruszyliśmy w kierunku, oddalonej o dwie godziny jazdy Sewilli, w której jeszcze nigdy nas nie było. Niebieskie niebo nad naszymi głowami tylko utwierdzało nas w przekonaniu, że dobrze zrobiliśmy, po raz kolejny, wybierając ten kierunek na święta. Wszystko szło gładko… Do czasu dojazdu do celu. Sewilla okazała się koszmarnym miastem do parkowania! Legendy okazały się brutalną prawdą. Bywaliśmy w różnych miastach, ale tak źle nie było jeszcze nigdzie, miejsc brakowało nawet na podziemnych, płatnych parkingach. Po godzinie (!) bezowocnej jazdy, w poszukiwaniu skrawka ziemi, na której moglibyśmy zaparkować rumaka, nasze dzieci się obudziły i zaczęła się prawdziwa jazda… Zmęczony Jaś zażyczył sobie na obiad pad thaia, a Stefan uznał, że to świetny moment na zmianę pieluszki. Jakimś cudem małżonek wjechał na parking płatny „jedyne” 20 euro za dobę, oddalony od naszego apartamentu o jakieś dwa kilometry, ale nie było żadnej alternatywy. Braliśmy co zesłał los, a ten zesłał nam też wiatr i niebo nabierające sinych barw, a tego nie zamawialiśmy.
Zmęczeni po całym dniu w podróży kierowaliśmy się w stronę centrum i naszego apartamentu. Po drodze zahaczyliśmy o włoską knajpę, żeby zapchać się glutenem. Jasiu niepocieszony, że nie dostał tego o czym marzył, wsunął dwa klopsy w sosie pomidorowym i odmówił dalszej konsumpcji. My na zmianę bujając Stefka rozbieraliśmy się i ubieraliśmy, bo pogoda mocno sobie z nami pogrywała.
Kiedy większość przechodniów rozpływała się na widok najmłodszego członka naszej rodziny, ja toczyłam wewnętrzną walkę o to by jakoś dotrwać do czasu dotarcia do mieszkania.
Naszej podróży nie ułatwiał fakt, że mieliśmy ze sobą tylko jeden wózek, w teorii był przeznaczony dla Stefana, w praktyce został zaanektowany przez starszego brata. Wyobraźcie sobie więc proszę widok, tej umęczonej familii, marzącej, nie o podziwianiu uroków miasta słynącego z flamenco, a o wygodnym łóżku na którym może paść i nic nie robić! Zanim jednak padliśmy, gospodyni wystawiła naszą cierpliwość na próbę, spóźniając się po hiszpańsku 15 min, a kto podróżuje z dziećmi ten wie, że ułamki sekund mają duże znaczenie. Klucze wręczała mi kiedy siedziałam na murku karmiąc, mocno zniecierpliwionego, niemowlaka. Kiedy w końcu dotarliśmy do celu totalnie nie mieliśmy ochoty na nic, zasnęliśmy, a w nocy obudził nas… kaszel Stefka, taki który nie zwiastuje nic dobrego, więc całą noc „spałam” w oczekiwaniu na dalszy rozwój akcji.
Rankiem w nieco lepszych nastrojach i powiedzmy, że wypoczęci wyszliśmy na śniadanie do knajpy z pysznymi mini croissantami. Próbowaliśmy jak najszybciej odnaleźć się w nowej rzeczywistości, bez pracy, bez codziennych obowiązków i bez przedszkola. Za to z dwójką aktywnych dzieci wymagających atencji nieustannie przez całą dobę. Zadanie okazało się niełatwe i zajęło nam więcej czasu niż optymistycznie przewidywaliśmy…
Kierowaliśmy się w stronę atrakcji Sevilli. Bez przewodnika w ręku szliśmy przed siebie próbując wyciągnąć z wyjazdu jak najwięcej się da. Dla nas najwięcej jak się da to skromne wypicie ciepłej kawy w słońcu, a dla Janka to wizyty na każdym napotkanym placu zabaw. Nauczyliśmy się już godzić te dwa światy różnorodnych potrzeb, a kiedy do tego wszystkiego dochodziła drzemka Stefka, było idealnie jak na podróżniczo, mocno obniżone standardy 4-osobowej rodziny.
W Sewilli spędziliśmy łącznie 3 noce. Spaliśmy w Cervantes Suites Apartment, który mogę szczerze polecić ze względu na standard, cenę i lokalizację. Minusem był, jak się pewnie domyślacie brak miejsca postojowego, ale w Sewilli taki dodatek, okazuje się prawdziwym luksusem i ceny apartamentów z parkingami też są, powiedzmy, „luksusowe”.
Spacerowaliśmy z bombelkami po dzielnicy Alfalfa i Santa Cruz. Odwiedziliśmy wiele placów zabaw i Park Marii Luizy, gdzie szczęśliwy Jan próbował dokarmiać kaczki żelkami. Uspokajam wszystkich obrońców zwierząt, udaremniliśmy to przedsięwzięcie:).
Wpadliśmy też z wizytą na Plaza de Espana, który nie bez powodu jest totalnym „must see”. Na zawsze w mojej głowie utkwi obraz placu skąpanego w pełnym słońcu, tęczy nad fontanną, Jaśka biegającego za mydlanymi bańkami i skrzypka grającego w tle Hallelujah Cohena. Kiedy w wyobraźni wracam do tamtej chwili czuję, że dla takich momentów warto podróżować mimo wszelkich niedogodności.
Kiedy Stefik zasnął udało mi się porwać Janka na Setas de Sevilla, czyli największą drewnianą konstrukcję w Europie. Bilet kosztował około 15 euro i upoważniał do dwukrotnego wejścia, więc wieczorem ponownie odwiedziliśmy to miejsce. Płaciłam tylko ja, Janek miał wstęp gratis. Kiedy Andrzej w towarzystwie śpiącego niemowlaka pił w spokoju kolejne espresso, my biegaliśmy po schodach w chmurach. Udało nam się nawet zaliczyć 10-minutowy seans filmowy o kulturze i tradycji andaluzyjskiej:) Z naszej „randeczki”, jak nazywamy z Jasiem wyjścia tylko we dwoje, wyrwał nas telefon od taty – Stefan się obudził, wracajcie. Tak oto mąż ściągnął nas dosłownie z nieba na ziemię, a kolejnego dnia zabrał nad morze.
Rozdział II: KADYKS stary i jary
Nad morze do Kadyksu! Najstarszego miasta w Europie, miasta które rok temu pokochałam miłością bezwarunkową i do którego bardzo chciałam wrócić. Tym razem zarezerwowałam nam apartament w starej części miasta, a nie nad samym morzem i to okazało się nie do końca słusznym wyborem. Wielkie blokowiska usytuowane w pierwszej linii, tuż przy nadmorskiej promenadzie, raczej nie oczarują miłośników architektury, ale entuzjastów plażowania, owszem. Mieszkania w starych kamienicach (a na takie się zdecydowaliśmy) mają swój urok, można pokusić się nawet nieco bardziej literacko, że mają duszę. Mają też niestety mało światła, ciasne klatki schodowe i cienkie ściany przez które słychać najmniejsze szmery. My w dodatku trafiliśmy na ulicę, nazwijmy to łagodnie, nie do końca elegancką. Już na samym początku przywitały nas głośne krzyki. Nie trzeba było być biegłym lingwistą, żeby zrozumieć, że nie było to radosne hałasowanie. Kiedy co drugie słowa pada „la puta” czujesz się jak na planie Narcosa, ale nie, to nie był film. To był tętniący, osobliwym życiem, Kadyks. Cisza nastała dopiero po interwencji policji. Tak głośno przywitało nas najstarsze miasto w Europie.
Pięć poranków w Kadyksie upływało pod znakiem kawy pitej na Mercado Central de Abastos, gdzie lokalni sprzedawcy oferowali swoje produkty. Panował tam klimat porównywalny do tego na rynku wildeckim, czy placu wielkopolskim. Można było zaopatrzyć się zarówno w świeże ślimaki i owoce, jak i w koszulę nocną, czy skarpetki. Dookoła było pełno kawiarni, w których podobnie jak my, mieszkańcy zaczynali swój dzień filiżanką cafe solo. Starsi panowie pchali swoje wózki na zakupy, a dzieciaki biegały po pobliskim placu zabaw. Szybko zdałam sobie sprawę, że to miejsce ewidentne nie jest jedynie przestrzenią do zrobienia zakupów, ale przede wszystkim areną spotkań towarzyskich.
Ten punkt na mapie nie jest na pewno niczym szczególnie urodziwym, czy budzącym zachwyt, jest natomiast bardzo autentyczny, dzięki czemu można być bliżej prawdziwej Hiszpanii.
Podczas naszej drugiej wizyty, z przyjemnością wróciliśmy na plaże La Victoria i La Caleta, gdzie Jasiu zaprzyjaźnił się z biszkoptowym szczeniakiem, za którym tęsknił przez kolejne kilka dni. W najmniej spodziewanych momentach wyskakiwał z głową zwieszoną w dół i z tekstem „bardzo tęsknię za tym piesiulkiem mamuś, wiesz”.
Jednego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do stolicy sherry, czyli Jerez de la Fronetera. Bynajmniej nie po to by rozkoszować się mocnym trunkiem, czy zwiedzać ponoć, bardzo urokliwe stare miasto. Wybraliśmy się tam ze względu na ciudad de los ninos– park zabaw dla dzieci. Wstęp i wiele atrakcji jest bezpłatne, ale w cenie 10 euro można korzystać ze wszystkiego, bez żadnych ograniczeń.
Jasiek jak szalony pokonywał kolejne przeszkody w dmuchanym zamku i małpim gaju. Tamtego dnia do miasteczka przybył z wizytą sam Papa Noel, któremu nasz syn dziarsko wskoczył na kolana i z wypiekami na twarzy wrócił do nas z garścią cukierków od Świętego.
Czy, gdyby nie nasze małe gluty upijalibyśmy się w andaluzyjskim słońcu winem wzmacnianym brandy i podziwiali architektoniczne perełki? Być może, ale już nie teraz i jeszcze nie teraz. W tym momencie naszego życia największą satysfakcję przynosi patrzenie ile radości naszym dzieciom dają bardzo drobne rzeczy.
Mimo, że Papa Noel „chyba był jakiś oszukany”, jak stwierdził Janek, to wizyta w parku bardzo mu się podobała.
Jeśli zdecydujcie się odwiedzić to miejsce to nie spodziewajcie się zawrotnie nowoczesnej infrastruktury, ale na pewno przyjaznej atmosfery i dobrej zabawy no i słońca oczywiście:)
Wracając zatrzymaliśmy się na plaży Cortadura, w Moana Beach Bar. Korzystając z drzemki Stefana mogliśmy całą swoją uwagę poświęcić starszakowi, a to nie zdarza się zbyt często. Jasiek tworzył z tatą wybitne budowle z kamieni, a ze mną zbierał muszle i rysował bałwany na piasku. Biegaliśmy po wydmach udając, że jesteśmy w kosmosie i musimy walczyć z podstępnym łotrem, któremu Janek nadał, oryginalne imię Mendiklifer – idealne dla złoczyńcy, sami przyznajcie.
Uwielbiam takie dni. Uwielbuam to, że mój synek ma tak bogatą wyobraźnię, dzięki której przenosi mnie do swojego świata, w którym na moment też mogę stać się małą dziewczynkę strzelającą do wyimaginowanych potworów.
Rozdział III: TARIFA wiecznie wietrzna
Po wizycie w Kadyksie nastała era Tarify, do której jechaliśmy pewni, że będą to raczej kiepskie cztery dni. Kiepskie ze względu na prognozy pogody, które uparcie informowały nas o porywistym wietrze. Próbowałam nawet odwołać naszą rezerwację i poszukać czegoś innego, ale na szczęście się nie udało! Na szczęście, bo Tarifa to obłędne miejsce. Obłędne ze względu na swoje plaże, klimat i ludzi… Okazało się, że grudniowy wiatr, nie stanowił dla Jaśka przeszkody do morskich kąpieli. Luz i spontan- obyś nosił to w sobie jak najdłużej synku <3
Wiatr z każdym dniem się wzmagał, ale nie doskwierało nam to jakoś szczególnie mocno. Nasz taras był osłonięty, a widok z niego osłodziłby nam chyba nawet największy sztorm. Co wieczór obserwowaliśmy czerwone zachody słońca, a kiedy Stefek budził się w nocy spacerując z nim po mieszkaniu słyszałam śpiew fal, które koncertowały tuż pod naszym oknem. Samo mieszkanie daleko odbiegało od ideału, ale widok i lokalizacja tuż przy samej Playa de los Lances sprawiły, że czas spędzony w Tarifie zasłużył na noty 10/10. Chyba dopiero tam, codziennie budząc się z widokiem na smaganą wiatrem, pustą plaże, poczułam spokój, taki wakacyjny stan relaksu. Mimo, że z dwójką dzieci trudno o relaks, w tradycyjnym rozumieniu tego słowa.
Rok wcześniej próbowaliśmy już zatrzymać się w Tarifie, ale ze względu na brak miejsc postojowych, zrezygnowaliśmy z mocnym postanowieniem powrotu. Rok temu dotarliśmy natomiast na wydmy Valdevaqueros i kiedy chcieliśmy odwiedzić je ponownie, na naszej drodze stanęły… pługi! Pługi w grudniu nie stanowią nadzwyczajnego widoku, ale te zgarniające z drogi piach zamiast śniegu są już pewnego rodzaju powodem do zdziwienia.
Wizyty na wydmach nie udało się więc powtórzyć, za to bez większych problemów dotarliśmy do Playa de Bolonia. Tam z kolei na zbyt długie brykanie po piasku nie pozwolił Stefan, którego wyrzynające się jedynki popsuły mu nastrój i zmusiły nas do powrotu. Nie udało się nam więc zdobyć wydmy, która z daleka przypominała stok narciarski, wrócimy:)!
Okres Świąt Bożego Narodzenia spędziliśmy słuchając, po kilka razy dziennie, „choinko piękna jak las”, w wykonaniu naszego małego artysty, w mekce surferów. W miejscu gdzie Atlantyk spotyka się z Morzem Śródziemnym, gdzie w grudniu chodzi się w klapkach, gdzie za oknem dzieje się magia!
W wigilijny wieczór na naszym stole na pewno nie doliczylibyśmy się dwunastu potraw. Wylądował na nim natomiast krem z pieczarek z marketu i coś a’lla pierożki z sosem grzybowym. Zamiast kompotu z suszu był mniej tradycyjny, ale według mnie znacznie smaczniejszy, sok z pomarańczy. Nie obyło się, jak to bywa w wigilię, bez sporów. Tym razem kłótnie wszczął nasz 4-latek, który zakwestionował potrzebę zasiadania do stołu w pełnym składzie osobowym. Tym oto sposobem zaliczyliśmy rodzicielską pogawędkę o wartościach, bliskości i o tym, co tak naprawdę jest w świętach najważniejsze. Nie to gdzie i jak je spędzasz, ale z kim i w jakiej atmosferze.
Kiedy nerwy opadły, zamiast na mszę poszliśmy do knajpki pod blokiem delektować się tym samym zachodem słońca, ale z nieco innej perspektywy. W towarzystwie trzech przystojniaków, w eleganckiej różowej sukience przykryta nieelegancką dresową bluzą jadłam ciasto marchewkowe i zamiast na Kevina na szklanym ekranie, gapiłam się w morze.
Rozdział IV: ESTEPONA towarzysko
Ostatni rozdział naszej podróży rozegrał się w Esteponie. Mieszkaliśmy na wzgórzu, w nowo wybudowanym apartamentowcu, skąd do morza mieliśmy ok. 5 min jazdy autem. Polecam to miejsce ze względu na to, że mieszkanie jest nowe i bardzo przestronne, ma ogród i dwa sezonowe baseny, a Javier jest bardzo gościnnym i pomocnym gospodarzem.
Pozostałe dni wykorzystaliśmy na totalne lenistwo, bez żadnych dalekich podróży autem, bez spiny, towarzysko. Towarzysko, bo w okolicach Estepony mieszkają nasi znajomi, więc spotykaliśmy się, piliśmy kawę w pełnym słońcu, spacerowaliśmy, gotowaliśmy, odkrywaliśmy kolejne parki i place zabaw i cieszyliśmy się słońcem, które na Costa del Sol zachodziło dwie godziny później niż w Polsce. Chłonęliśmy Hiszpanię i przywitaliśmy w niej kolejny rok.
Bez lukru
Dlaczego ten wpis? Taki nie do końca optymistyczny i nie ociekający lukrem? Po pierwsze na pamiątkę, bo pamięć lubi być zawodna, a ja „lubię wracać tam gdzie byłam”, zwłaszcza z dzieciakami, nawet kiedy nie było łatwo. Zwłaszcza kiedy nie było łatwo! Po drugie, żeby uświadomić wszystkim tym, którzy myślą, że nasze podróże składają się wyłącznie z sielankowych chwil, a nasze dzieci to cyborgi zaprogramowane na „posłusznych podróżników”, że tak nie jest. Wręcz przeciwnie, nasze wyjazdy bywają totalnie męczące. Z dwójką dzieci, w wieku 4 lata i 4 miesiące, są koszmarnie wymagające i pod wieloma względami, zwyczajnie trudne, ALE… kochamy je! Podróże i nasze dzieci;)
Mimo wysiłku i wielu wyrzeczeń, z perspektywy czasu to wspólne wyjazdy są dla nas najlepszą inwestycją i najskuteczniejszym sposobem na oderwanie się od codziennych spraw.
Zorganizowanie takiego wyjazdu jest teraz jeszcze bardziej wymagające, ale my chyba po prostu lubimy mierzyć się z rozmaitymi wyzwaniami:) Chociaż bardzo często po takim wyjeździe z dzieciakami mówimy sobie, „Ostatni raz! Teraz to już na pewno Turcja i na pewno all in”, a później wracamy i stawiamy sobie poprzeczkę jeszcze wyżej.
W marcu czeka nas kolejne podróżnicze wyzwanie, ale wierzę, że wysiłek włożony w planowanie i samą podróż zostanie wynagrodzony z nawiązką.









































































































