Jak wiadomo nie od dziś jestem zakochana w brzmieniu języka hiszpańskiego, hiszpańskiej pogodzie, w sangrii i ludziach zamieszkujących ten kraj – w ich beztroskim podejściu do każdego aspektu życia i serdeczności, z którą spotykam się za każdym razem, gdy wracam na południe. Poza częścią kontynentalną bardzo chętnie zwiedzam wyspy, które są Hiszpanią w pigułce, a takich pigułek potrzebuje każdy złakniony podróżnik 🙂 Łyknęłam już Ibizę, Majorkę i Formenterę, do kompletu zabrakło Minorki… Po 5 dniach spędzonych na wyspie mogę śmiało dokonać subiektywnej oceny całego archipelagu, ale o tym na końcu, tymczasem wróćmy do początku…

Rozpoznanie terenu

Tydzień temu o tej porze podchodziliśmy do lądowania w Mahon (lub Mao, jak kto woli) – stolicy Minorki. Zwiedzanie miasta postanowiliśmy odłożyć na później, wypożyczyliśmy samochód i ruszyliśmy w kierunku naszego gniazdka w Cala’n bosch. Po drodze, głód zatrzymał nas w Ferreries. Ze względu na sjestę nie dane nam było się najeść, wszystkie restauracje były pozamykane lub serwowały wyłącznie napoje. W ten oto sposób na obiedzie wylądowaliśmy w piekarni żywiąc się drożdżowymi pierożkami z farszem podawanymi, o zgrozo, na zimno!
Jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy na rekonesans dwóch najbliższych nam plaż Cala’n bosch  i Playa Son Xoriguer. Obie piaszczyste i łatwo dostępne. Z jednej na drugą można dojść specjalnie wyznaczonym, do spacerów dookoła wyspy, szlakiem.

Cami de de Cavalls

To nazwa starożytnego szlaku pieszego biegnącego dookoła wyspy. Dla spragnionych aktywności fizycznej i pięknych widoków to świetne rozwiązanie na poznanie uroków Minorki. Szlak liczy 186 km- TYLKO tyle do pokonania i AŻ tyle do zobaczenia:) My przemieszczaliśmy się tą drogę tylko na kilku odcinkach, nie zdecydowaliśmy się na „spacerek” dookoła wyspy, chociaż kto wie… Może jeszcze wrócimy i podejmiemy wyzwanie.

Komunikacyjna zagwozdka

Nie dajcie się zwieść temu, co podpowiada Wikipedia, choć wyspa jest stosunkowa mała, bo licząca 50 km długości i 16 km szerokości to, żeby trafić w konkretne miejsce trzeba się najeździć. W ciągu zaledwie pięciu dni spędzonych na wyspie przejechaliśmy 664 km, a codziennie pieszo pokonywaliśmy dodatkowo ok. 10-12 km (mniej więcej tyle rejestrował nasz krokomierz:)). Jakie jest rozwiązanie tej zagadki? Otóż przez całą wyspę, od Mao do Ciutadelli, biegnie droga szybkiego ruchu, z paradoksalnie, wieloma ograniczeniami prędkości. O ile nitkę łączącą obecną i byłą stolicę wyspy można pokonać w niespełna godzinę, o tyle jakikolwiek zjazd łączy się z kilkudziesięciominutową podróżą krętymi drogami. Nie ma możliwości przejechania „na szagę”, żeby dostać się w jakikolwiek zakamarek wyspy należy najpierw dojechać do Me- 1, a następnie zjechać w wyznaczonym miejscu. Drogę przecinającą centralną cześć wyspy mieliśmy więc opanowaną do perfekcji.

Białe miasto

Nasz pierwszy poranek na wyspie nie był łaskawy, silny wiatr i szare niebo nie pozostawiały nadziei- nici z plażowania. Zamiast opalania było więc zwiedzanie. Od rana ruszyliśmy do Mahon, zaparkowaliśmy niedaleko portu. Warto pamiętać, że w Hiszpanii parkujemy bezpłatnie na miejscach oznaczonych białą linią, za parkowanie na niebieskich należy zapłacić, a na żółtych stawać nie można, o czym mieliśmy okazję boleśnie przekonać się w Katalonii. Samo Mahon, nie wywarło na nas piorunującego wrażenia, szczególnie blado wypada przy Ciutadelli, o której też wspomnę, ale kilka linijek tekstu, niżej. Co warto zobaczyć w stolicy? Z pewnością port, który jest ponoć jednym z największych na świecie naturalnie ukształtowanych nabrzeżem. Takie mądre rzeczy wyczytałam gdzieś w internetach, ale przyznam szczerze, że  sama różnicy pomiędzy innymi portami bym nie dostrzegła. Poza tym warto iść tam gdzie nogi poprowadzą same… Taki system zwiedzania lubię i rekomenduje wszystkim podróżującym, dzięki temu można odkryć wiele ciekawych zaułków, o których próżno szukać wzmianek w przewodnikach. Ciekawostką dla fanów majonezu może okazać się fakt, że podobno właśnie w Mao wymyślono ten popularny na całym świecie sos!

Po łyku małej czarnej udaliśmy się do Binibeci, miasteczka słynącego z śnieżnobiałej zabudowy. Przez wielu porównywane do Santorini. W rzeczywistości faktycznie miasteczko przypomina grecką wyspę. Zdecydowanie polecam przechadzkę ciasnymi uliczkami Binibeci. Jest cicho i spokojnie, a to z pewnością za sprawą wszędobylskich tabliczek przypominającym o nakazie zachowania ciszy ze względu na mieszkańców, którzy codziennie przeżywają turystyczne oblężenie.

Chwilę przed opuszczeniem  miasteczka zrobiliśmy update pogody i nadzieja powróciła… Według prognoz jeszcze tego samego dnia miało wyjść słońce! Odpaliliśmy naszą polóweczkę i ruszyliśmy w kierunku Cala Trebalúger. Google wyprowadził nas dosłownie w pole, więc szybko obraliśmy inny kurs i kilka minut później byliśmy już na parkingu przy Cala Mitjana.

W związku z tym, że Minorka to jeden wielki rezerwat przyrody, istnieje wiele przepisów dotyczących m.in. zabudowy. Do większości plaż trzeba iść ok. 1,5-2 kilometrów od miejsca najbliższego parkingu. Przy większości plaż nie ma też żadnej infrastruktury- barów, toalet, wypożyczalni sprzętów- dosłownie nic! Są oczywiście małe odstępstwa od tej reguły, ale o tym za chwilę. W przypadku Cala Mitjany było tradycyjnie, parking oddalony od plaży jakieś 20 min pieszo, a po dojściu na plażę czysta przyroda, skały, lasy, woda- bosko!

Wyjątek od reguły

Plażowanie na Minorce spodobało nam się na tyle mocno, że kolejny dzień cały spędziliśmy w ten leniwy sposób. Z reguły trudno mi cały dzień wyleżeć na plaży, lubię to, owszem, ale zaraz ciągnie mnie gdzieś dalej, żeby zobaczyć więcej, takie moje podróżnicze nienasycenie.
Plan A był następujący, jedziemy wylegiwać się na, podobno najpiękniejszej plaży na wyspie – Cala Macarella, plan legł w gruzach, gdy okazało się, że aby się tam dostać trzeba dojechać na parking, z którego następnie odjeżdża bus. Nie byłoby w tym nic niemożliwego do zrealizowania, gdyby nie wskazówka kelnera, który stanowczo odradził nam podróż na tę plażę w sobotę. Dodał, że w weekendy bilety są z reguły wyprzedane i można stracić pół dnia w oczekiwaniu na swoją kolej. Czas na Plan B- dojechać do parkingu Son Saura, zostawić tam auto i… plażować. Bang! Kolejny plan legł w gruzach, kiedy chwilę przed 11:00 okazało się, że nie ma już wolnych miejsc parkingowych.
Poddaliśmy się pojechaliśmy do sąsiadki naszej wczorajszej plaży – Cala Galdana. Tutaj następuje wspomniany wyjątek od reguły. Przy plaży znajduje się ogromny hotel oraz kilka barów, a sama droga z parkingu zajmuje maksymalnie 10 min spacerem i nie jest szczególnie wymagająca.

Kierując się w stronę plaży drogowskazy kusiły informacją o znajdujące się 3 km dalej Cala Macarelli, tak tej samej o którym pisałam w Planie A:) Poleżakowaliśmy więc dłuższą chwilę nad pierwszą z plaż, po czym ruszyliśmy Cami de cavalls w kierunku naszego celu. Po niespełna godzinnym spacerze dotarliśmy i oniemieliśmy – najpiękniejsza z plaż wyglądała jakby ktoś wypuścił błękitną wodę i wpuścił ropę. Prawdopodobnie przypływ spowodował nagromadzenie gnijących roślin, które zepsuły cały efekt. Kilometr dalej była jednak Cala Macareletta, która odczarowała nam całkowicie to co zobaczyliśmy wcześniej. Zdecydowanie wygrała w naszym rankingu minorkańskich plaż, a zresztą co tu będę pisać… sami zobaczcie:)

Czekała nas jeszcze droga powrotna, jakieś 5 kilometrów, ale co tam… są wakacje, słońce świeci, nigdzie nie trzeba się spieszyć…

Polowanie na parking

Bogatsi o parkingowe doświadczenie, wstaliśmy wcześniej, żeby upolować miejsce na wspomnianym wcześniej parkingu Son Saura. Chociaż znaki prowadzące do tego miejsca pozostawiały wiele do życzenia, a google prowadził nas wszędzie tylko nie tam gdzie trzeba, to dzięki uprzejmości Minorkańczyka jadącego przed nami skuterem, dotarliśmy do celu! 
Szeroka Platja de Bellavista, która ukazała się naszym oczom, chwilę po opuszczeniu auta to jedno z tych miejsc, które nie potrzebują filtra, by prezentować się bajecznie na zdjęciach.

1,5 kilometra dalej czekała na nas równie atrakcyjna Cala des Talaier. Moglibyśmy iść nieco dalej i odwiedzić Cala en Turqueta, ale na to nie starczyło nam już mocy w nogach. Resztę dnia spędziliśmy opalając brzuszki i taplając się w wodzie.

…a wieczorem

A wieczorem odwiedziliśmy Ciutadellę! To miasteczko przypomina mi maltańską Mdinę- wszystkie uliczki mają piaskowy kolor, gdzie nie gdzie, przewijają się kolorowe budynki, które w świetle zachodzącego słońca zyskują wyjątkowo intensywną barwę. Otwierane po sjeście restauracje zaczęły wypełniać wąskie uliczki zapachem przygotowywanych owoców morza. Ku naszemu zaskoczeniu ulice pełne były biesiadujących ludzi. Mieszkańcy wystawiali przed swoje domy krzesła, rozmawiali, śmiali się i pili mieszankę ginu z lemoniadą, tradycyjny drink zwany pomadą, a wszystko to ku czci świętego Jana.

Rozmaitości

Ostatni dzień na wyspie zdecydowaliśmy się spędzić na nieco innej niż poprzednie plaży. Do Cala Pilar dojechaliśmy bez większych niespodzianek, parking ku naszemu zaskoczeniu dysponował całkiem pokaźną liczbą wolnych miejsc. Cala Pilar, bardziej niż poprzednie, kuszące karaibskim błękitem plaże, przypominała kanaryjskie wybrzeże. Zamiast miałkiego, białego piachu, był drobny pomarańczowy żwirek, a dookoła zamiast piniowych lasów pełno było czerwonych skał. Chociaż zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu poprzednie plaże to uważam, że dla urozmaicenia warto zobaczyć Minorkę również od tej, nieco innej strony.

Nasza skóra, nieco już obrażona na nas i słońce nie pozwoliła nam na długie wylegiwanie się. Na obiad postanowiliśmy wybrać się do Fornells, które słynie z tradycyjnej zupy z homara. Plany zmieniły się jednak, gdy przejeżdżaliśmy przez Es Mercadal, kolejne małe miasteczko, które poza spokojnymi uliczkami i kościołem w centrum nie ma nic innego do zaoferowania, a mimo to totalnie obezwładnia swoim urokiem.
Na wieczór zafundowaliśmy sobie coś, czego podobno nie można ominąć będąc na wyspie, wizytę w Cova d’en Xoroi. Dodam, że była to jedyna atrakcja za którą trzeba była zapłacić, bo podczas naszego pobytu poza jedzeniem, piciem i jednym eurasem wydanym na niebieski parking, nie wydaliśmy nic więcej. Wejście do klubu, znajdującego się w skale, tuż nad morzem kosztowało nas 30 euro za dwie osoby. Cena uzależniona jest od pory dnia, bilety na zachód słońca są droższe. Fajnie było poszwędać się po jaskini, z której roztaczał się bezkresny błękit, ale jeśli ma się ograniczony budżet to zdecydowanie bardziej polecam tułaczkę po darmowych i robiących spektakularne wrażenie plażach Minorki.

Niełatwe wybory

No i co teraz… Gdzie i kiedy jechać? Czy wybrać wiecznie roztańczoną Ibizę, spokojną Formanterę, plażowanie na Minorce, czy idealny połączenie wszystkich trzech- Majorkę?
Wszystko zależy kiedy, z kim i w jakim celu planujecie swój wyjazd. Tak czy inaczej Baleary polecam poza sezonem, najlepiej w czerwcu lub we wrześniu, kiedy upały i natłok turystów nie doskwierają zbyt mocno.
Ibiza to zdecydowanie raj dla imprezowiczów. Nieszczególnie polecałabym ją rodziną z dziećmi, choć są i tacy śmiałkowie, którzy decydują się na taki obóz przetrwania. Ibiza smakuje jednak najlepiej nocą, a za dnia po prostu śpi. Miłośnicy muzyki elektronicznej co noc znajdą dla siebie inne ciekawe propozycje w tamtejszych klubach.
Formentera to idealne miejsce dla tych, którzy chcą niezmąconego spokoju i białych plaż.
Majorka to wyspa idealna dla każdego- dla rodzin, singli, przyjaciół, czy par. W miejscowościach takich jak Magaluf, czy El Arenal można poczuć klimat Ibizy. Jest też cała masa miejsc, w których odnajdą się zarówno zakochane pary szukające romantycznych plaż i zapierających dech w piersiach widoków, a także rodziny, dla których liczą się dobre hotele przy łagodnych plażach.
Minorka to raczej raj dla par lub osób starszych, choć plaże oszałamiają to czasami trudno do nich dotrzeć, a na miejscu często brak jest toalet i sklepów, co może być problematyczne dla rodzin, zwłaszcza tych z małymi dziećmi. Jeśli szukacie miejsca, gdzie dosłownie staniecie się offline to jest to idealne rozwiązanie, bo po dotarciu na większość z plaż, które opisywałam wcześniej na wyświetlaczu telefonu wyświetla się symbol przekreślonego kółka, oznaczający jedno – jesteś poza zasięgiem.